Blue Flower

Tekst Andrzeja W. Kaczorowskiego, treść referatu z ogólnopolskiej konferencji naukowej „PAMIĘĆ KRESÓW – KRESY W PAMIĘCI”, Gliwice 25-27 października 2017 r., zorganizowanej przez IPN Oddział w Katowicach i Muzeum w Gliwicach


WITOLD SZOLGINIA / TOLU Z ŁYCZAKOWA / 1923-1996 / LWOWIANIN SEMPER FIDELIS / UTRWALAŁ PAMIĘĆ O LWOWIE / MOWĄ I PISARSTWEM / W WIERSZACH I GRAFICE – taki napis znajduje się na jego płycie nagrobnej na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Z wykształcenia architekt (studia rozpoczynał jeszcze u polskich profesorów na już sowieckiej Politechnice Lwowskiej), z zawodu – pracownik naukowy (doc. dr hab.), był człowiekiem wielu talentów i umiejętności, m.in. znakomitym popularyzatorem wiedzy z dziedziny architektury, urbanistyki i budownictwa. Największą pasją jego życia stał się jednak rodzinny Lwów. Przez współczesnych nazywany był „Strażnikiem Miasta i Grobów” (określenie Zbigniewa Herberta), arcylwowianinem i lwowskim encyklopedystą, według Jerzego Janickiego „po papiesku nieomylnym w kwestiach lwowskich”; legendarny Tońko (Henryk Vogelfaenger) ze słynnej przedwojennej Wesołej Lwowskiej Fali przekazał Szolgini zaszczytny tytuł barda miasta Lwowa1.

Grób Witolda Szolgini na Powązkach w Warszawie; kwatera 237, rząd 3 (fot. © Ryszard Siwicki).

Na początku było lwowskie słowo

Do rangi symbolu urasta fakt, że zrodzona z wielkiej nostalgii za utraconym miastem bogata twórczość lwowska Szolgini zaczęła się od wierszy pisanych bałakiem – „mową rodzinną”, gwarą lwowskiej ulicy, językiem batiarów górnego Łyczakowa. Swej ogromnej tęsknocie autor dawał wyraz już od pierwszych zapisanych słów: „Tak mi si dziś marzy, ży jezdym wy Lwowi”. Jak wspominał, „zaczęło się to pewnego grudniowego wieczora w połowie lat pięćdziesiątych [XX w.], kilka dni przed Wigilią świąt Bożego Narodzenia”, gdy w euforii, „w radosnym, ale jakby przez łzy uniesieniu” napisał pierwszy w życiu wiersz pt. „Wigilia”; z niepojętego dla niego nakazu – w bałaku, gwarze swego miasta, był bowiem głęboko przekonany, że „jedynie tak, bałakowo, będzie prawdziwie i autentycznie…”2

Za pierwszym wierszem „poszły potem dość szybko następne, wszystkie również lwowskie w swej treści, czterowersowe i dwunastozgłoskowe w formie oraz bałakowe w stylu”3, które złożyły się na cykl ponad dwudziestu utworów zatytułowany „Krajubrazy syrdeczny”. Kolejne cykle: „My – zy Lwowa!”, „Lwoski kuścioły” oraz „Lwoski pumniki” powstawały później. Początkowo były pisane do szuflady, stanowiąc dla Szolgini rodzaj autoterapii. Ilustrowane jego rysunkami, z czasem wyszły z kręgu domowego, przekazywane przyjaciołom, kolegom i znajomym ze Lwowa. Zwykle podpisywane „Tolu z Łyczakowa”, rozprzestrzeniały się w diasporze lwowskiej w kraju i zagranicą na zasadzie „łańcuszka św. Antoniego”, często wracając do autora zmienione, zniekształcone (tłumaczone na język literacki!), a nawet przywłaszczone przez kolejnych czytelników. Podawane „z ręki do ręki” lub przesyłane pocztą, krążyły w kręgu środowiskowym, poza obiegiem oficjalnym i cenzurą państwową.

Swą twórczość autor prezentował także podczas spotkań towarzyskich z udziałem grona lwowskich przyjaciół od lat siedemdziesiątych XX w. tworzących nieformalne Koło Literacko-Artystyczne. „Jak widać, Szolginia pokusił się o coś, czego nikt przed nim nie zrobił, a mianowicie dokonał zapisów krajobrazów dzieciństwa bałakiem – gwarą lwowską. Adresatem wierszy uczynił więc wąskie grono dawnych lwowian, wśród nich – nie u wszystkich – przetrwała bowiem znajomość bałaku”4.

W wierszach i w prozie

Witold Szolginia zamierzał włączyć te wiersze do swych zbeletryzowanych wspomnień z lat 1929-1939. Impulsem do ich napisania był pierwszy po 22 latach od opuszczenia miasta pobyt autora we Lwowie we wrześniu 1968 r. Maszynopis „Domu pod żelaznym lwem” odrzuciły cztery wydawnictwa i dopiero Janina Kolendo z Instytutu Wydawniczego PAX doprowadziła do ich druku, wykorzystując krótki okres liberalizacji cenzury po objęciu kierownictwa przez nową ekipę partyjno-rządową Edwarda Gierka. Opowieść została opublikowana w 1971 r. bez niewygodnych dla „władzy ludowej” fragmentów o wkroczeniu Armii Czerwonej do Lwowa we wrześniu 1939 r., a także bez rozdziału o lwowskich Żydach5.

Okładka książki Witolda Szolgini „Dom pod Żelaznym Lwem”, wyd. 1, Instytut Wydawniczy „Pax”, Warszawa 1971.

 

Wprawdzie zabrakło poezji bałakowej – usuniętej z tekstu zapewne ze względów redakcyjnych – ale cała prawie 300-stronicowa książka, w której ani razu nie wymieniono nazwy miasta, nasycona została rodzynkami gwary lwowskiej. Już w pierwszych zdaniach o łyczakowskiej szkole dowiadujemy się, że kolega, który dostał „cwajera”, nazwał autora „ślipundrem” (tzn. okularnikiem – od szkieł, które Szolginia nosił)6. Syn sąsiadki Miśku wesoło podśpiewuje: „A ty, Jóźku, nie bońdź frajir, weź harmonii, zaaagraj sztajir…” Sprzedawca woła do ulicznego tłumu: „Ludzi! Kto sy kupi takiego szac karpa? Dwa i pół kila! Ta weź gu sy, pańcia, zrób gu pu żydosku, a nafutrujisz nim na Wilii cały swoji familii!” Tońko z Wesołej Lwowskiej Fali – najsłynniejszy lwowski batiar, symbol Lwowa i mistrz jego mowy ulicznej w pierwszym liście z Londynu do autora wkrótce po otrzymaniu książki stwierdził: „twój bałak, to mój bałak”7; obaj pochodzili z górnego Łyczakowa.

Mimo braku recenzji prasowych cały 10-tysięczny nakład rozszedł się błyskawicznie, wywołując wielki rezonans wśród lwowian. Wspomnienia Szolgini porównywano z utworami Kornela Makuszyńskiego i Jana Parandowskiego, autora nazwano potem „lwowskim Homerem”, a książkę „pierwszą kroplą, która wydrążyła szczelinę w niewzruszonej dotąd skale cenzury”, jednak to twierdzenie Jerzego Janickiego nie jest ścisłe. Mimo istniejących zakazów – obejmujących m.in. twórczość niektórych autorów (na przykład Mariana Hemara) oraz dotyczących pomijanych oficjalnie wydarzeń historycznych (jak walki polsko-ukraińskie o Lwów w 1918 r. czy okupacja sowiecka w 1939 i 1944 r.) – wcześniej wydano bowiem w PRL co najmniej kilkanaście publikacji książkowych o tematyce lwowskiej8, a w prasie wrocławskiej ukazywały się nawet (wprawdzie tylko okresowo) teksty satyryczne pisane bałakiem9; z drugiej zaś strony opowieść o domu przy Łyczakowskiej 137 nie stanowiła żadnego przełomu w działaniach Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk aż do lat pieriestrojki i głasnosti.    

Rodzinny dom Witolda Szolgini we Lwowie, Łyczakowska 137 – Dom pod Żelaznym Lwem (fot. © Jan Szolginia).

Debiut w Londynie

I książka, i ulotne wiersze z kraju wywołały duże zainteresowanie w polskim Londynie – światowym centrum diaspory lwowskiej. Założone tam w 1960 r. Koło Lwowian liczyło ponad 700 członków indywidualnych z 22 krajów świata (w większości z Wielkiej Brytanii) oraz kilkanaście zrzeszonych organizacji lwowskich i kresowych; od 1961 r. wydawano jako półrocznik w nakładzie tysiąca egzemplarzy „Biuletyn Koła Lwowian” – czołowe pismo emigracyjne o polskim Lwowie – który mimo braku debitu docierał także do PRL10. W tym właśnie periodyku pod koniec 1971 r. ukazało się pięć utworów bałakowych Tola z Łyczakowa11. Był to więc debiut poetycki Szolgini (choć pod pseudonimem)12.

Nie wiadomo, w jaki sposób wiersze dotarły do Londynu i czy opublikowano je za wiedzą i zgodą autora. Można tylko przypuszczać, że doszło do tego w sposób zupełnie przypadkowy, a redakcja pisma początkowo nawet nie wiedziała, kto jest twórcą tej oryginalnej poezji13.  Niewątpliwie poezja ta mogła zaistnieć tylko w wolnym świecie w obiegu emigracyjnym; wiersze były również czytane na spotkaniach lwowian i londyńskich obchodach rocznicy obrony Lwowa. Poezja bałakowa Szolgini stanowi rzadki przypadek wzbogacania twórczości emigracyjnej przez twórczość krajową.

Wiersze Witolda Szolgini rozprzestrzeniały się w diasporze lwowskiej w kraju i zagranicą poza obiegiem oficjalnym i cenzurą państwową (ten wiersz w wydanym później zbiorze „Krajubrazy syrdeczny” ma inny tytuł: „Jak zwyczajni w maju…”, są też pewne różnice w tekście).

 

Bliższy kontakt z Kołem Lwowian w Londynie Szolginia nawiązał zapewne dopiero w 1973 r. za pośrednictwem swego syna Krzysztofa, który spędzał studenckie wakacje na wyspie. Korespondencję z autorem bałakowych wierszy prowadził Stanisław Kwieciński, członek władz Koła i zarazem kierownik jego biura. Tolu z Łyczakowa był zainteresowany możliwością wydania swoich utworów zagranicą. Wkrótce prezes gen. Stanisław Kuniczak zapowiedział publikację tomiku wierszy „tego autora” w celu „kultywowania lwowskiej gwary, która zanika”14. Wielkim entuzjastą tej poezji był zwłaszcza Henry Barker (takiego nazwiska używał na emigracji Henryk Vogelfaenger), czyli niezapomniany Tońko, również związany z Kołem Lwowian w Londynie15.

W tym czasie w PRL oficjalnie ukazał się tylko jeden wiersz pisany bałakiem („Na słunecznym zygarzy”), umieszczony okolicznościowo w bibliofilskim druku (111 egz., Katowice 1974), zawierającym reprodukcje ekslibrisów Szolgini dla Jana Parandowskiego. Nie wiadomo, czy autor próbował publikować swe utwory (na przykład w prasie krajowej), czy też z góry starania takie uznał za bezcelowe.

Kryptonim „Lwowiak”

Londyńskie kontakty Szolgini nie uszły uwadze Służby Bezpieczeństwa, której komórki przeglądały korespondencję zagraniczną obywateli PRL. Przez 2,5 roku (od października 1973 do kwietnia 1976 r.) Tolu z Łyczakowa został objęty ścisłą kontrolą w ramach kwestionariusza ewidencyjnego (KE), a następnie sprawy operacyjnego rozpracowania (SOR) o kryptonimie „Lwowiak”16.  Zastosowano wobec niego szeroki arsenał środków: perlustrację, podsłuch telefoniczny, obserwację, ponadto wykorzystano osobowe źródła informacji –  m.in. tajnego współpracownika, który był przełożonym figuranta w miejscu pracy17, tj. Instytucie Kształtowania Środowiska. Oprócz kontaktów z „wrogimi ośrodkami dywersji ideologicznej na Zachodzie” niepokój SB budziło kolportowanie „drogą pocztową wśród b. mieszkańców Lwowa” wierszy o tematyce lwowskiej, w których autor wyrażał żal z powodu utraty Lwowa oraz nadzieję, że jeszcze kiedyś Lwów do nas powróci.

Ustalono ponad sto kontaktów Szolgini, w tym dwadzieścia dwa „warte dalszego zainteresowania”, czym zajęli się funkcjonariusze SB z sześciu Komend Wojewódzkich MO; wśród korespondentów, którzy otrzymywali wiersze Tola z Łyczakowa, byli przedstawiciele środowiska intelektualnego i twórczego (m.in. pisarz Parandowski, literaci i dziennikarze Jerzy Janicki i Adam Hollanek, śpiewak Andrzej Hiolski, profesorowie Jan Ernst, Artur Hutnikiewicz, Andrzej Maryański, Stanisław Nahlik, Tadeusz Riedl, Wiktor Zin, artystka malarka Irena Nowakowska-Acedańska, fotografik Janina Mierzecka, mecenas Witold Lis-Olszewski).

            Funkcjonariusz SB przeprowadził z „Lwowiakiem” dwie rozmowy „profilaktyczno-ostrzegawcze” (15 marca i 7 kwietnia 1976 r.), twierdząc, że jego wiersze wyrażające tęsknotę za Lwowem mogą być wykorzystywane przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa w propagandzie antykomunistycznej i antyradzieckiej. Na odczepnego Szolginia złożył „deklarację lojalności” wobec PRL, chociaż SB zdawała sobie sprawę, że „nie ma to żadnego znaczenia wobec faktu ukrywania znanych nam spraw dot. jego działalności”18. W tym czasie w Londynie trwał już druk „Wierszy Lwowskich” Tola z Łyczakowa19; autorem słowa wstępnego do 64-stronicowego tomiku zawierającego 30 utworów pisanych bałakiem był Henryk Vogelfaenger – słynny Tońcio z Wesołej Lwowskiej Fali, z którym Szolginia był zaprzyjaźniony20. Ostatecznie tomik nie ujrzał światła dziennego; nie wiadomo, dlaczego nie doszło do jego wydania. Można jedynie przypuszczać, że stało się to w wyniku nacisku SB na autora, który postanowił jednak zrezygnować z londyńskiej publikacji i w następnych latach rozluźnił swe kontakty z Kołem Lwowian21. „Biuletyn Koła Lwowian” anonimowo dwukrotnie jeszcze drukował jego wiersze, ale miało to charakter przypadkowy22.

Słownik „Ślipundra”

Witold Szolginia był wielkim miłośnikiem mowy lwowskiej ulicy. Tolu z Łyczakowa poświęcił bałakowi nie tylko swój najdłuższy, liczący ponad 60 zwrotek wiersz, opatrzony dowcipnymi rysunkami tłumaczącymi słownictwo gwarowe  – „O, mowu rudzinna, o, bałaku lwoski…”; pisanie tej inwokacji służyło autorowi jako swoista terapia szpitalna przed operacją oka.

Miał znakomity słuch językowy, przez długie lata układał i sukcesywnie uzupełniał słownik gwary lwowskiej; jego kartoteka liczyła około 700 jednostek leksykalnych i wraz z bałakowymi wierszami została ofiarowana przez autora prof. Zofii Kurzowej z Uniwersytetu Jagiellońskiego – lwowiance, która przygotowywała rozprawę o polszczyźnie Lwowa i kresów południowo-wschodnich do 1939 roku. Materiał pochodzący m.in. „z rękopiśmiennych wierszy o Lwowie” Szolgini oraz ze sporządzonego przez niego słownika stanowił punkt wyjścia do badań językoznawczych.

Ilustrowany słowniczek lwowskiego bałaku – jedna z ilustracji do wiersza „O, lwoski bałaku…” w czwartym tomie „Tamtego Lwowa” (rys. © Witold Szolginia).

 

Praca została wydana w stanie wojennym w 1983 r. i była prawdziwym wydarzeniem w piśmiennictwie PRL-owskim dotyczącym Lwowa23. Szolginia był cytowany w książce Kurzowej aż 240 razy; drugie rozszerzone wydanie ukazało się w 1985 r. i zawierało 316 cytatów24. Tolu z Łyczakowa poświęcił pani profesor fragment swoich „Lwoski dzieci”: „Muszym jednak wierszym zrobić Jij laudacji (…) za Jij u bałaku lwoskim dysertacji”.

„Dobrodziej” z Bytomia

Powstanie drugiego obiegu wydawniczego w PRL w niewielkim stopniu wprowadziło do odbioru społecznego tematykę lwowską; na ponad 6500 publikacji bezdebitowych z lat 1976-1989 wydano zaledwie około 30 książek i broszur dotyczących Lwowa o bardzo ograniczonym nakładzie. Tolu z Łyczakowa jako jeden z nielicznych niewątpliwie był beneficjentem tej sytuacji, o czym zadecydował szczególny splot okoliczności. W 1986 r. jego wiersze trafiły do przebywającego we wrocławskim szpitalu Waldemara Markowskiego (1937-1988), lwowianina z Bytomia, przedsiębiorcy budowlanego z zawodu. Zachwycony urodą poezji bałakowej, wdzięczny za poprawę zdrowia czytelnik postanowił wydać ją własnym sumptem; na jego życzenie Szolginia zilustrował wiersze piórkowymi rysunkami czarnym tuszem.

Kilka miesięcy później „Dobrodziej” z Bytomia zawiózł do Warszawy i wręczył autorowi 100 egzemplarzy zbioru jego wierszy. Sygnowany przez fikcyjną Oficynę Lwowską, bibliofilski 140-stronicowy tomik (prawdziwe cymelium) złożony z 44 utworów i kilkudziesięciu ilustracji nosił tytuł „Krajubrazy syrdeczny” i był podpisany znanym pseudonimem Tolu z Łyczakowa; oprawa opatrzona herbem Leopolis Semper Fidelis stanowiła dzieło bytomskiego mistrza sztuki introligatorskiej Wacława Tomaszewskiego (rodem z górnego Łyczakowa).

Okładka wydanego pod pseudonimem Tolu z Łyczakowa, napisanego w gwarze lwowskiej (bałaku), zbioru wierszy Witolda Szolgini „Krajubrazy syrdeczny”, wyd. 1 poza zasięgiem cenzury, Bytom 1986.

 

Wiersze były ułożone w cztery cykle tematyczne. Najobszerniejszy był otwierający tomik cykl tytułowy „Krajubrazy syrdeczny”; w dwudziestu dwóch utworach autor zawarł w porządku kalendarzowym, od styczniowego „spacyru” po grudniowy wieczór,  „serdeczne bałakowe opisy i zapisy wszystkich owych lwowskich wiosen, lat, jesieni i zim oraz różnorakich wizerunków Miasta w tych porach roku”25. Drugi cykl pt. „My – zy Lwowa…!” obejmował utwory z nostalgią prezentujące lwowski „genius loci” z wielkim peanem na cześć bałaku na czele, przy czym niektóre elementy słowne gwary lwowskiej zostały dodatkowo objaśnione przejrzystymi rysunkami autora. „Frygaj, hamaj, kakaj, taj nic ni bałakaj!” to z kolei głos jego matki wspomniany w wierszu „Lwoski frygani”. Nie brak też strof poświęconych przyjaciołom ze Lwowa, a nawet dedykowanych im  utworów. Oddzielne miejsce zajmuje kończąca cykl, licząca 42 zwrotki, „Moja Łyczakoska”. Dwa pozostałe cykle wierszy bałakowych upamiętniały miejsca w krajobrazie miasta szczególnie drogie autorowi. „Lwoski kuścioły” opiewały dwie katedry (łacińską i ormiańską) oraz „Kościół Matki Boskij Ustrubramskij na Łyczakowi”, natomiast „Lwoski pumniki” prezentowały najbardziej znane monumenty miasta „lwów pod ratuszym”. Tomik był dedykowany „wszystkim Lwowskim Dzieciom – gdziekolwiek są”.    

Wydawca poezji Tola z Łyczakowa podał zmyślone dane, jakoby zbiorek wydrukowało Koło Lwowian w Londynie w liczbie 70 sztuk w 1984 r.26 Zapewne w sposób niezamierzony nawiązywał do pierwszej, niedoszłej do skutku londyńskiej inicjatywy wydawniczej sprzed dziesięciu lat27; w każdym razie podobieństwo było tak uderzające, że trudno to uznać za zwykły przypadek. Mimo „konspiracyjnego” charakteru publikacji SB się nią nie zajmowała, w tym czasie bardziej niebezpieczne były bowiem podziemne druki solidarnościowe28.

Wyjście z katakumb

W tym samym roku 1986 wiersze Tola z Łyczakowa pojawiły się także w bezdebitowej antologii poezji o Lwowie „Semper Fidelis” (dwanaście utworów). Z kolei w 1988 r. jego wiersz o lwowskim bałaku znalazł się w drugoobiegowym almanachu „Leopolis. Dzieje i kultura Lwowa”29. Także w 1988 r. Stanisław Sławomir Nicieja opublikował jeden z bałakowych  wierszy („Pirszy listupada”) „ze zbiorów prywatnych doc. Witolda Szolgini” w swej głośnej monografii Cmentarza Łyczakowskiego. Poezja bałakowa z drugiego obiegu przechodziła do obiegu oficjalnego, co było swego rodzaju świadectwem końca PRL.

Okładka pierwszego tomu ośmioksięgu Witolda Szolgini „Tamten Lwów”, wyd. 2, Wydawnictwo Wysoki Zamek, Kraków 2010.

 

W nowej rzeczywistości politycznej po 1989 r. Tolu z Łyczakowa mógł wydawać swe lwowskie wiersze już bez żadnych przeszkód; niektóre zostały „podleczone”, zyskując zmienioną redakcję językową, bowiem autor poniewczasie dostrzegł zawinione przez siebie „usterki w ich urodzie”30. Jeszcze zanim ukazało się nowe wydanie tej poezji, Szolginia bogato nasycił swoimi wierszowanymi utworami poszczególne tomy fundamentalnego dzieła o „Tamtym Lwowie”31. Wiele miejsca poświęcił tam dialogom radiowym Szczepka i Tońka z Wesołej Lwowskiej Fali, którzy posługując się bałakiem rozpropagowali mit Lwowa i jego mieszkańców; o twórcach audycji napisał oddzielny rozdział swego opus magnum32. Osobista, prawie piętnastoletnia znajomość z Tońciem, aż do jego powrotu i śmierci w Warszawie, oraz fascynacja najsłynniejszą przedwojenną audycją znalazły odzwierciedlenie w książce na ten temat33. Bałak był wreszcie stale obecny w gawędach radiowych „Krajobrazy serdeczne”, które Szolginia regularnie co niedzielę wygłaszał swym charakterystycznym dźwięcznym głosem na antenie Programu III Polskiego Radia przez siedem ostatnich lat swego życia (1989-1996).   

Witold Szolginia w warszawskim mieszkaniu,1994 (fot. © Krzysztof Szolginia).

 

Kustosz pamięci o Lwowie

Do dzisiaj z oryginalnej twórczości bałakowej Szolgini chętnie korzystają autorzy spektakli teatralnych, kabaretów i utworów muzycznych dokumentujących życie dawnego Lwowa34. Rzecz jasna, poezja ta stanowi jedynie mały fragment różnorodnej twórczości lwowskiej Szolgini i w ogóle jego wszechstronnej działalności na rzecz utrwalenia pamięci o polskim Lwowie.

W 1974 r. Witoldowi Szolgini za twórczość lwowską przyznano złotą odznakę Koła Lwowian w Londynie, wedle ustaleń SB przemyconą do kraju przez Jerzego Janickiego35. W 1981 r. „za stałe utrwalanie pamięci o Lwowie w słowie i piśmie” otrzymał Krzyż Obrony Lwowa 1939-1944 nadany przez kapitułę Bractwa Orląt Lwowskich, której przewodniczył gen. Mieczysław Boruta-Spiechowicz.

Nie ulega wątpliwości, że w pełni zasłużył na zaszczytny tytuł „Kustosza Pamięci Narodowej”, od 2017 r. przyznawany przez Instytut Pamięci Narodowej także pośmiertnie.   

 


Post scriptum

Witold Szolginia uprawiał turystykę górską już od szkolnych lat, kiedy wyjeżdżał ze Lwowa na wakacje w Bieszczady do Sianek. Przemierzył potem z żoną, dziećmi i przyjaciółmi wiele szlaków turystycznych w górach. W ten sposób najchętniej spędzał urlopy. Wieloletni członek Klubu Turystów Górskich (późniejsza nazwa Polski Klub Górski) i PTTK, zdobył kwalifikacje przodownika (1963) i Górską Odznakę Turystyczną PTTK „Za wytrwałość” (1972).

Witold Szolginia na tatrzańskim szlaku, Czerwone Wierchy 1969 (fot. © Krzysztof Szolginia).

 


1 Więcej: A.W. Kaczorowski, Arcylwowianin – Witold Szolginia (1923-1996), „Biuletyn IPN” 2009 nr 1-2, s. 117-124; idem, „Pamięć, skarb tułaczy…” (Witold Szolginia) [w:] W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 8 Arcylwowianie, Wrocław 1997, s. 201-217; A. Pacholczykowa, Szolginia Witold Ryszard [w:] Polski Słownik Biograficzny  z. 199 (t. 48/4), Warszawa-Kraków 2013, s. 501-502; H. Wiórkiewicz, Witold Szolginia 1923-1996, „Niepodległość i Pamięć” 1996 nr 6, s. 212-217.
2 W. Szolginia, Tamten  Lwów. T. 1 Oblicze miasta, Wrocław 1992, s. 129-130.
3 Ibidem, s. 130.
4 U. Jakubowska, Mit lwowskiego batiara, Warszawa 1998, s. 290.
5 Uzupełnione i poprawione wydanie ukazało się w 1989 r. w nakładzie 40 tys. egz.; zmianie uległa także forma ortograficzna tytułu (na „Dom pod Żelaznym Lwem”).
6 Na jedną z uroczystości imieninowych w latach 80 XX w. Jerzy Michotek napisał specjalnie dla gospodarza i odśpiewał balladę „Łyczakowski Ślipunder”; od tego czasu tak niekiedy nazywano Szolginię w kręgu przyjaciół.
7 „To jest JEDYNA książka, która namalowała atmosferę i melodię naszego miasta” (w liście z 29 października 1973 r.); W. Szolginia, Tamten Lwów. T.6 Rozmaitości, Wrocław 1994, s. 142. 
8 Więcej: B.Hadaczek, Historia literatury kresowej, Kraków 2011; U. Jakubowska, op. cit.; A.W.Kaczorowski, Lwów niecenzuralny (na przykładzie twórczości Witolda Szolgini) [w:] Literatura w granicach prawa (XIX-XX w.), red. K. Budrowska, E. Dąbrowicz, M. Lul, Warszawa 2013, s. 309-325; K. Kotyńska, Białe plamy a rebours. Lwów w literaturze PRL i USRR [w:] eadem, Lwów. O odczytywaniu miasta na nowo, Kraków 2015, s. 109-137; J. Wasylkowski, Lwowska beletrystyka Lwowa dotycząca, „Rocznik Lwowski” 1991, s. 77-104. 
9 W latach 1946-1948 na łamach „Słowa Polskiego” i „Wrocławskiego Kuriera Ilustrowanego” oraz w roku 1957 w „Nowych Sygnałach”, gdzie ukazały się nawet dialogi Szczepka i Tońka z przedwojennej  audycji radiowej Wesoła Lwowska Fala; U. Jakubowska, op. cit., s. 127-135.
10 Pismo regularnie otrzymywała Biblioteka Narodowa, gdzie pracowała Wanda Szolginiowa (1926-2010), żona Witolda; niektóre numery były na nią adresowane.
11 Tolu z Łyczakowa, Zima we Lwowie, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 21, grudzień 1971, s. 94-99. Na publikację składało się pięć utworów bałakowych: Grudniowy wieczór, Gdy nadchodzu świenta…, Wigilia, W dzień Bużego Narudzenia i Łyczakoska zima.
12 W tym czasie niewielu autorów krajowych publikowało w oficynach i pismach emigracyjnych nawet pod pseudonimem , m.in. Stefan Kisielewski jako Tomasz Staliński wydawał swe powieści w Instytucie Literackim w Paryżu. Gdy w 1973 r. Kazimierz Orłoś jako pierwszy pisarz z PRL wydał tam pod własnym nazwiskiem zatrzymaną przez cenzurę w kraju książkę, został pozbawiony pracy i objęty zakazem druku. 
13 O barierze informacyjnej na linii emigracja – kraj (i vice versa)  świadczy fakt, że gdy w publikacji londyńskiej autora „Domu pod żelaznym lwem” uśmiercono, podając nieprawdziwe daty jego życia (1912-1972), sprostowanie  tej błędnej wiadomości ukazało się w „Biuletynie Koła Lwowian” dopiero pod koniec 1973 r. (!).
14 Opłatek lwowian, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 26, czerwiec 1974, s. 69.
15 „Ach, te Twoje wierszyki! Jakie oni  śliczny, można powiedzić: <cuny>!” – pisał do Szolgini (w liście z 29 października 1973 r.); W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 147.
16 AIPN BU 0246, AIPN BU 01322/305. Więcej A.W.Kaczorowski, Służba Bezpieczeństwa na tropach Tola z Łyczakowa, „Wschodni Rocznik Humanistyczny” T. 10 (2014), s. 75-90.
17 Zbigniew Nosek (1917-2000) – zarejestrowany jako TW „Waldemar” w latach 1962-1990.
18 Chodziło m.in. o zaprojektowanie tablicy pamiątkowej ku czci Orląt Lwowskich, którą uroczyście odsłonił w katedrze warszawskiej 31 X 1975 r. kard. Stefan Wyszyński w asyście  dwóch generałów – uczestników obrony Lwowa Romana Abrahama i Mieczysława Boruty-Spiechowicza.
19 Informację taką podano podczas Walnego Zebrania Koła Lwowian w Londynie 18 II 1976; „Biuletyn Koła Lwowian” nr 30, czerwiec 1976, s. 82.
20 Podczas kolejnej wizyty w Polsce zimą na początku 1976 r. Tońko po raz pierwszy złożył wizytę w warszawskim mieszkaniu Szolginiów.
21 Szolginia nie pozostawił żadnej relacji na temat swych kontaktów z Kołem Lwowian w Londynie ani też w sprawie rozmów z funkcjonariuszem SB, o których nie wiedziała nawet jego najbliższa rodzina.
22 Wigilia lwowiaka, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 37, grudzień 1979, s. 72 („wiersz nadesłany z Kraju, a napisany przez jednego z mieszkających tam braci – lwowiaków”); Figura Matki Boski na Placu Mariackim, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 43, czerwiec 1982, s. 84 („Autor w Kraju”).
23 Mimo charakteru naukowego publikacja miała 10 tys. nakładu; tytuł został wybity na okładce, która otrzymała barwy lwowskie (czerwono-niebieskie), odbyły się spotkania promocyjne  i ukazały recenzje prasowe. Nakład drugiego wydania zwiększono dwukrotnie.
24 Wyliczenia Wandy Szolginiowej.
25 W.Szolginia, Tamten Lwów. T. 1, op. cit., s. 130.
26 W tekście metryczki wydawniczej „nic nie odpowiadało  prawdzie”. „Swoiste, rozbrajająco naiwne <utajnienie> tego nielegalnego wydawnictwa” było dziełem Markowskiego, który „aż trzykrotnie przenosił się w konspiracyjnych warunkach z drukarni do drukarni w różnych miastach Górnego Śląska, czyniąc to zwykle późną nocą”; na ostatnim etapie druk odbył się w Tarnowskich Górach. W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 92-93.
27 „Biuletyn Koła Lwowian” nie odnotował publikacji krajowej tomiku Tola z Łyczakowa.
28 Rok później Markowski wydał własnym sumptem  „Kwiaty lwowskie” W. Szolgini – wzorowany na „Kwiatach polskich” Juliana Tuwima zbiorek wierszy pisanych polszczyzną literacką (m.in. poświęcony bałakowi 15-zwrotkowy wiersz „O, mowo nasza…”); tym razem tomik został powielony techniką kserograficzną. „Książeczka ta, w związku z ówczesnym niejakim złagodzeniem politycznych i społecznych warunków w Polsce, została już częściowo <odtajniona>”; autor wprawdzie wystąpił na stronie tytułowej pod pseudonimem Tolu z Łyczakowa, ale na jej odwrocie pojawiło się już jego imię i nazwisko wraz z adnotacją „Wydano 100 egz. na prawach rękopisu w listopadzie 1987 r. Opracowanie graficzne autora”; W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 94. Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami druki tego rodzaju nie podlegały cenzurze. Także inne leopolitana były na tej samej zasadzie powielane prywatnie przez autorów.
29 Obie pozycje wyszły w serii bezdebitowej „Biblioteki Lwowskiej”, której autorką była Danuta B. Łomaczewska (1928-2009) występująca pod pseudonimem Jerzy Wereszyca. 
30 Tolu z Łyczakowa [W. Szolginia], Krajubrazy syrdeczny, Wrocław 1995, s. 7. Poprawki w tekstach dotyczyły głównie zapisów słownictwa bałakowego.   
31 M.in. już w pierwszym tomie przytoczył historię powstawania  swych wierszy i umieścił kilkanaście utworów z cyklu „Krajubrazy syrdeczny”.; innymi ilustrował kolejne tomy. Odrębny rozdzialik poświęcił bałakowi (W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 4 My, lwowianie, Wrocław 1993, s. 51-85), publikując tam wiersz o „mowie rudzinnej” (wraz ze stosownymi rysunkami), i mniej tasiemcowy  o „mowie naszej”. „Lwowski bałak kocham, wiele z niego do dziś pamiętam, czasem nim jeszcze mówię” – pisał (ibidem, s. 80).  
32 Około „Lwowskiej Fali” [w:] Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 97-151.
33 W. Szolginia, Na Wesołej Lwowskiej Fali, Warszawa 1991.
34 Na przykład znany częstochowski zespół Makabunda od kilku lat z powodzeniem wykonuje piosenkę o tym samym tytule, by wykorzystując fragmenty wiersza Szolgini o lwowskim bałaku wyjaśnić znaczenie tej nazwy (makabunda = lwowski batiar).
35 Żeby autorowi z kraju nie zaszkodzić, decyzji tej nie ogłoszono publicznie. Szolginia podczas rozmowy z funkcjonariuszem SB twierdził, że odznakę (za „Dom pod żelaznym lwem”) otrzymał pocztą, jednak  na podstawie podsłuchu  telefonicznego jego rozmów i analizy akt paszportowych Jerzego Janickiego stwierdzono, że to właśnie Janicki kontaktował się ze Stanisławem Kwiecińskim i przywiózł z Londynu odznakę Koła Lwowian dla Szolgini przyznaną za wiersze o tematyce lwowskiej.


Autor: Andrzej W. Kaczorowski, członek Stowarzyszenia "Res Carpathica"

Sentymentalna opowieść Jacka Gutowskiego o rodzinnym pobycie w Czarnohorze i o poszukiwaniu śladów bohaterów Vincenza - polskiego Homera Huculszczyzny. Rzecz działa się w 2002 roku, zapewne mogłaby i dziś, choć co rok ubywa pamięci i dawnych obyczajów... 


W drewnianej chacie Hanusi i Wasyla Łucjuków wita nas zapach pieczonego w domowym piecu świeżego chleba. Wraz z moją rodziną oraz rodziną zaprzyjaźnionych Ukraińców ze Lwowa spędzimy w Krzyworówni, położonej w sercu Huculszczyzny, dwa wakacyjne tygodnie. Gospodarze na czas naszego pobytu przenoszą się na poddasze, a my zajmujemy cały dół: dwie izby sypialne oraz obszerną sień-jadalnię z werandą. 

„Całość chaty nie tonie bezbronnie w otoczeniu zieleni czy bieli zimowej i nie gubi się w podmurowaniu. Odcina się od terenu jak odrębne ciało, co więcej, zamyka się zakutana, nawet opancerzona. Szczególnie dawne chaty zawierały się zawzięcie niby twierdze, czasem nie byle jakim obwarowaniem. (...) ukazują się zdziwionemu wędrowcowi obwarowane i zawarte szczelnie zameczki drewniane. Nieraz podobne kapliczkom o powyginanych uroczo kopułkach, daszek do daszku nachylony przyjaźnie, półpiętrowe – przyziemne gniazda-zacisza, a cacka budowlane. Bywają grażdy obszerne i malutkie, w szczegółach styl ich nieco samowolny, każda nieco inna, ale zasada ta sama, że po obu stronach chaty otacza je tabor zabudowań gospodarczych z dachami niższymi od chat a spadającymi na zewnątrz. Tu i tam, gdzie tylko zdołają się wepchnąć, tulą się do nasady chaty, a wybiegają poza nią. A ona, niby opierając się na nich bokiem dachu, bierze je pod skrzydła i tuli do siebie.”

Dzisiejsze domy huculskie, w tym chata Łucjuków, to proste drewniane chaty o spadzistych dachach, kryte blachą, przypominające nieco chaty w stylu zakopiańskim. Wyróżnia je tradycyjny wystrój wnętrza – wyszywane w charakterystyczne wzory makatki i liżnyki na ścianach ze świerkowych desek, obok nich ikony i stare portrety przodków rodu w barwnych strojach huculskich, tych samych, które do dzisiaj wiszą w szafach, przechowane z dziada-pradziada na odświętne okazje. Któregoś dnia przebierzemy się w nie wszyscy, aby wykonać pamiątkowe zdjęcia. Nasz zachwyt wzbudzi szczególnie kobiecy naszyjnik, wykonany ze srebrnych monet z czasów Marii Teresy i późniejszych, polskich monet z czasów międzywojennych, który w swoisty sposób wyraża historię tej ziemi. Chata otoczona jest ogrodem i łąkami, na których pasie się półdziko marżyna – konie, świnie, owce i głównie krowy, które same zbierają się na udój o określonej porze. Okoliczne chaty, rozmieszczone na stromym stoku, zamieszkuje klan Zelenczuków, z rodu których pochodzi Hanusja. A w dolinie, dwieście metrów poniżej, szumi Czeremosz. Ten szum i dzwonki pasącej się i wędrującej swobodnie po wsi marżyny, to jedyny dźwięk jaki nam towarzyszy, gdy milknie gwar rozmów, a cień ramienia Ihreca powoli przesuwa się ku górze po zboczu Synyci. Jedynie on zwycięża majestatyczną ciszę odbijającą się od gór.

„Nieraz z daleka już się witają, wołają z pełnej piersi, aż lasy odhukują:
– Zdrowiście, Wasylku luby? Sława Isu!
Odpowiedź równie gromka:
– Na wieki Bohu sława i wam Dmytryku!
– Zbliżają się, ściskają dłonie, potrząsają rękami, starzy ludzie po dawnemu całują się wzajemnie w ręce. 
– Boże pomahaj w drodze! 
– Daj Boże i wam! 
– Czy dużi? (Czyście mocni?)
– Dobrze, jak wy?
– Jak się wam trwa? Jakeście dniowali? Jak spali?
– Myròm. (W spokoju).
– A rodzina?
– Myròm.
– A ojcowie?
– Myròm.
– Żonka-gazdyńka, dziateczki?
– Myròm.
– A co słychać w dolinach, pobratymie słodki ta godny?
– Dobrze tymczasem, Bóg świąteńki cierpi nas, łaskaw jakoś.
– A co na wierchach?
(...) Siadają, kurzą fajki, coraz bardziej zbliża ich rozmowa. (...) Po tych powitaniach niezbędnych zaczynają sobie opowiadać gazdowie nieco dokładniej, co słychać we wsi, a co na świecie. Ciekawy to i cudowny sposób (przez obcych wędrowców zwany huculskim telefonem), którym po górach rozszerzają się wieści i docierają do najdalszych zakątków.”

Nazajutrz wczesnym rankiem budzi nas rześki kobiecy głos. Dobryj deń, ja ciocia Wasyla, a de Hanusja? Nawet moja znajomość ukraińskiego pozwala rozpoznać huculski dialekt. Wiele w nim, jak i u polskich górali, słów zapożyczonych z języków nizin okalających Karpaty: polskiego, słowackiego, rumuńskiego, węgierskiego. Akcent, jak w polskim, pada wcześniej, na drugą, charakterystycznie przeciąganą sylabę, a nie jak w ukraińskim na ostatnią (np. huculskie Zelénczuk zamiast ukraińskiego Zełenczúk). Także ostatnie słowo frazy jest melodyjnie rozciągane. Potakiwanie wyraża się węgierskim („zakarpackim”) ijooo.

Ciocia gospodarza przybyła pomóc zapracowanej Hanusi w przygotowywaniu posiłków dla nas. Jej i Hanusi specjalność to tradycyjne huculskie potrawy: banysz, pidbitok, bryndza, budz, kulesza, wareniki z afinami albo z cebulą i ziemniakami („z cebuleju ta kartofleju”), różnie przyrządzane grzyby, jarzynowe i grzybowe zupy oraz wywary z lokalnych ziół jako napoje. Przybyła niewzywana przez nikogo z odległej o 15 km Werchowyny, coraz częściej po staremu nazywanej Żabiem (hucul. Ziébie).

 Ludzie mówili, że u Hanusi goście, tak ja ne snidała i pryszła.

Przypominam sobie fragment z powieści Vincenza o dorocznej podróży duszpasterskiej proboszcza Krzyworówni do leżącego w głębi Czarnohory Bystreca. Nim ksiądz przebył połowę z górą dwudziestokilometrowej drogi – w Bystrecu, przy kapliczce, ludzie czekali zebrani na nabożeństwo.... Wkrótce, dzięki „huculskiemu telefonowi”, stajemy się ogólnie znani i rozpoznawani nawet w odległych, porozrzucanych prisiłkach i osedkach, do których wędrujemy przez niekończące się strome łąki, poprzegradzane woriniami, tradycyjnymi ogrodzeniami, wykonanymi ze smrekowych drągów. Po wstępnym, obowiązkowym powitaniu: - Sława Isusu!,  – Sława na wiki Bohu! - zawsze jest czas na niespieszną, serdeczną rozmowę. 

„Ten i ów gazda był na chramie w Jasieniu węgierskim albo na jarmarkach w Kosowie, w Syhocie na Węgrzech, a drugi aż w Stanisławowie i to nie raz. (...) Ale znów dużo takich było dawniej i dziś się zdarzy niejeden, co ani razu nie byli nawet w Kosowie. Jak to się mówi: od urodzenia nie bywali w mieście żadnym, ani nikt z ich rodu. O mieście tylko tyle słyszeli, że tam śmierdzi, aż dusi, nie ma wody, nic nie widać, że ciasno i strasznie. Stąd też domy nastawiane jeden drugiemu na głowie i tak też biedacy ludzie latami mieszkają, jeden drugiemu na głowie się tłoczą. Zdarzy się jednak, że taki „niechożały” (nieuchodzony) gazda musi się wybrać gdzieś daleko do miasta, czy do Kosowa, czy do samej Kołomyi. Wtedy jest źle. Gazda, podobnie jak jego nieuchodzony koń, co latami pustuje na pastwiskach, stracha się łatwo, traci wiele czasu, gubi różne rzeczy. Na dolskich gościńcach fury śpieszą się okropnie, nie wiadomo po co. Woźnica wrzeszczy i grozi z daleka, a tu gazda zagapi się i już fura najedzie nań, zrani konia, trąci człowieka. I jeszcze ten woźnica dolski, paskudne człowieczysko, najmniejszej grzeczności nieświadom, widać że z pustego rodu, nawymyśla tak, że w górach za takie głowę by zrąbali. A ten jakoś nic, jedzie sobie dalej. Marny naród. Do miasta przychodzi gazda albo zbyt rano o świcie i tam wyczekuje cierpliwie przed urzędem do południa, albo choć i w biały dzień przyjdzie, ale dla nich czegoś za późno, czekajże teraz przez noc. Tam u nich swój czas. (...) Ale niech tutaj w góry przylezą te łaty miastowe! Tam gdzie byle mizerny chłopczyna w godzinkę pobiegnie po ser czy masło i wróci, ot tak rzec, parę kroków do stai na tej połoninie, którą stąd widać, powiadają, że to wycieczka. Jeden dzień śpią przedtem, a dwa dni potem. Idą jak barany za procesją pogrzebową, odpoczywają jak cyganie po sławetnej pracy cygańskiej. Potem tłumaczą, że to niezdrowo tak zanadto prędziutko latać po górach. Za to zdrowo żyć w mieście. Inny jest ten czas górski, nie może się zgodzić z obcym czasem.”

 

Rodzina Marii i Jacka Gutowskich w Krzyworówni (2002)

Jakże chciałbym, aby był z nami tutaj mój nieżyjący już ojciec, który zaraził mnie miłością do prozy Vincenza i do Hucułów. W pogórskiej podtarnowskiej wiosce, w której zamieszkał, uciekając w latach osiemdziesiątych z miasta na swą emeryturę – okoliczne góry mianował nazwami z Czarnohory: Baba Lodowa    Eudokia, Pop Iwan, Szpyci, a charakterystyczne postacie swych sąsiadów określał imionami bohaterów „Prawdy starowieku” i „Zwady”. W czasach, w których żył, mogliśmy jedynie z rozrzewnieniem spoglądać z Halicza na wschód w kierunku Pikuja i daleko majaczących Gorganów. Dopiero w późnych latach osiemdziesiątych okowy sowieckiej izolacji wschodnich Karpat nieco zelżały. W Czarnohorę ruszyły pierwsze od 1939 roku wyprawy polskich turystów, a dziś wędrowcy z Polski dominują na jej odludnych szlakach, o czym przekonujemy się podczas wyprawy na Popa Iwana. W Krzyworówni, gdzie stał dwór dziedzica Przybyłowskiego, dziadka Stanisława Vincenza, jesteśmy jednak jedynymi przybyszami, jacy zatrzymali się na dłużej.

„Schodząc ze schodów witał ich pan Krzyworówni, wyprostwany i wysmukły, choć siwy już, ziemianin polski, o niebieskich oczach, o łagodnej, ściągłej, nieco schorowanej twarzy. Zrównoważony, lecz smętny też, a małomówny – pierwszy gazda górski. Za nim na półpiętrowym, dość wysokim ganku stała w tłoku rodzina skupiona, lecz w oddaleniu należnym, wokół obszernego fotela, na którym siedziała sędziwa dama, matka dziedzica, zwana przez wnuki Bunia. Słońce już zaszło dawno, lecz fioletowa jej suknia słoneczniła się i promieniowała, jak gdyby cała jej duma rodowa skupiła się w tej sukni. Nikt nie odzywał się , nikt nie śmiał odezwać się dopóki go Bunia nie zagadnęła, i nikt nie ruszył się bez jej zachęty. Dopiero gdy dziedzic zeszedł na dół, zerwała się zaraz najstarsza jego córka, ulubiona przez Bunię, i zeszła za ojcem. Dyscyplina naruszyła się do tego stopnia, że wszystko, co żyło, żona dziedzica, krewni, dzieci dorosłe i małe, domownicy, a także psy, wysypało się bezładnie w dół ku gościom z połoniny. Witano się gwarnie i długo, i powszechnie. Wyłączono jednak przezornie od powitania rzekomo oswojonego młodego niedźwiedzia, zwanego Brus, i najzupełniej oswojonego, ale tylko w stosunkach z ludźmi, nie ze zwierzętami, rysia zwanego Smyk. Jeszcze zanim otwarto bramy, zamknięto je pośpiesznie do furdygi, to jest do aresztu z kamiennych głazów, który znajdował się w dolnym sadzie. Ten nieco ponury pomnik surowych czasów, jeszcze przed stu laty przeznaczony dla dzikich napastników, teraz miewał tylko chwilowe zastosowanie dla takich domowników jak Brus i Smyk. Ponownie otwarto na oścież bramę do ogrodu, w tym jednym dniu trzody połonińskie miały dostęp wszędzie. Witano je jeszcze dłużej niż ludzi. Krowy, grymaśne jak zazwyczaj , poszły od razu do młynówki, pewne, że i tak o nich zapomną. Brodziły po wodzie, popijały ją, a tymczasem chłopaki i dziewuchy ze służby dworskiej uganiali za nimi na bosaka po wodzie. Dźwigając koszyki i koryta pełne jabłek, ugaszczali krowy i cielęta. Konie i źrebięta wtargnęły hurmą przed ganek. Zwęszył je czy dosłyszał ogier ze stajni i witał donośnym rżeniem. Wówczas rżenie końskie przebrzmiało przez wszystkie podwórza i ogrody. W odpowiedzi osamotnieni Brus i smyk odpowiadali przeraźliwymi głosami. Tymczasem przed gankiem za porządkiem karmiono konie cukrem, po czym dzieci wsuwały się między konie, które już skubały sobie świeżą otawę z trawników. Zwabione hałasem pawie zbiegły się z ogrodu i posiadały na poręczach ganku. W końcu wraz z gołębiami przyleciał wcale dorodny ptak, nazywany skromnie Ptaszkiem. Był to orzeł czarnohorski, od małego chowany z kurami i gołębiami.”

Próżno szukając śladów dworu dojeżdżamy do skrzyżowania dróg, gdzie odgałęzia się - karkołomna jeszcze przed wojną - droga na przełęcz Bukowiec. Droga w dół doliny Czeremoszu wiedzie do Uścieryk, gdzie Rzeka Czarna łączy swe wody z Białą, niegdyś stanowiącą granicę polsko-rumuńską. Pytamy o dwór sprzedawczynię w stojącym u zbiegu dróg spożywczym kiosku. Wskazuje ubranego w dawno zużytą marynarkę stojącego opodal starszego człowieka. Starszy  u Hucułów znaczy ponadosiemdziesięcioletni. Staruszek liczy sobie w rzeczy samej ponad dziewięćdziesiątkę, słabo słyszy, ale dwór pamięta świetnie.

 Wróćcie jakiś kilometr w górę doliny, gdzie stoi wzdłuż drogi trzynaście sosen. To jedyna pozostałość ogrodu. Teren dworski rozparcelowano i zabudowano domami – informuje z wyraźną nostalgią w głosie. Wszystko przemija, i my także, i nasz czas – dodaje z zagadkowym uśmiechem. Jak Wasze nazwisko? – pyta Igor, mój ukraiński przyjaciel ze Lwowa. Starzec z trudem wraca myślą ze świata wspomnień i mimo, że rozmowa toczy się po ukraińsku, odpowiada z wyraźnie polskim akcentem: Przybyłowski. A więc napotkaliśmy potomka dziedzica z Krzyworówni! Spoglądamy w górę doliny Waratynu. Pytam po polsku o kuźnię i kowala Sawickiego. Zgodnie z oczekiwaniem nazwisko Sawicki nic mu nie mówi. Wszak jedyny potomek kowala Piotruś Sawicki – panicz Ryś, opisany przez Vinzenza, zginął bezpotomnie w końcu XIX wieku. Ale kuźnia istniała jeszcze niedawno. Ot tam, nad potokiem – wskazuje. 

„W tym miejscu, gdzie stroma i kręta droga, idąca wśród głazów i berd wąwozem Waratynu, z przełęczy Bukowca schodzi na równię , stoi z lewej strony wysoko wśród głazów kapliczka z wyrzeźbionym świętym, błogosławiącym z góry przechodniów, poniżej zaś po prawej stronie drogi, olbrzymi głaz wielkości leśnej koliby, zwany „żydowskim kamieniem”. Nazwa pochodzi stąd, że stoczył się on przed wielu laty, podobno nakrywając wraz z konikiem i małym wózkiem młodego Żyda, nabożnego biedaka i wędrowca z bractwa chasydów, gdy wracał w stronę Kosowa. Jeszcze teraz po lewej stronie drogi wiele podobnych głazów sterczy wysoko, czyhając, zda się , na przechodnia. Miejsce puste i urocze. Tam właśnie znajdowała się stroma ścieżka, zdążająca od Bukowca ku domostwu Foki, od razu pnąca się w górę. Grażda Foki stanowiła (...) kompleks chat i budynków zawikłany dziwacznie, ale organicznie, i połączonych ze sobą za pomocą korytarzy krytych i krętych lub otwartych galeryjek w kształcie podłużnych altan. Pierwotnie zamknięte obejście grażdy zostało przez to rozsadzone. Zamknięty, ciemny ganek łączył starą grażdę z nową chatą w skos w tyle położoną, do której przybudowane były nowsze budynki gospodarcze. Z tyłu zaś były nowe i duże stajnie i obory, połączone gankiem otwartym z jeszcze jedną chatą, jasną i nową, zaopatrzoną w dość duże okna. W niej mieszkali po latach przybrani synowie Foki.”

Nasz samochód mija resztki „żydowskiego kamienia”, rozsadzonego podczas poszerzania drogi i bez trudu pokonuje serpentyny wiodące na Bukowiec. Z przełęczy ruszamy pieszo, grzbietem  na wschód. Gdzieś tutaj musiała stać szumejowa grażda. Nazwisko Szumej nie mówi nic napotkanym w drodze ludziom, taszczącym na plecach worki z zakupami, ale Foka tak – to jedno z najpopularniejszych nazwisk we wsi Jasienów (Jasienowo), czyżby nadane jego przybranym synom? Poza muzealnym obiektem na Zarzeczu jedyną w okolicy zamieszkałą grażdę znajdujemy już tylko, po długim błądzeniu w lesie, u szczytu Ihreca. Zamieszkuje ją od czasu wybudowania w 1925 roku rodzina Potjaków. Chętnie udzielają nam schronienia w chacie przed padającym deszczem. Jak inni Huculi żyją ubogo z hodowli krów i owiec, wyrębu lasu. Miesięczny dochód netto na osobę pracującą rzadko przekracza tutaj 150 hrywien (ok. 25 USD). Podczas wieczornych rozmów Wasyl Łucjuk opowiada o tragicznych i ciężkich czasach ostatniego półwiecza. W przeciwieństwie do mieszkańców wielu regionów Ukrainy, nie odnajdujemy u Hucułów śladów nostalgii za radianskimi czasami i kołchoźlaną stabilizacją. Na ruinach spalonej w czasie wojny cerkwi w Żabiem, huculskiej stolicy, zbudowano stojący do dzisiaj budynek obwodowego komitetu partii (rajkomu). „Wyzwoliciele” spalili także istniejący w Krzyworówni przed 1939 rokiem budynek ukraińskiej organizacji oświatowej Proswita. Gazdom odebrano ziemię, połoniny i założono kołchozy. Najdłużej ponoć nie chcieli wyrzec się swej własności mieszkańcy Kosmacza, tego samego w którym zginął Dobosz, legendarny huculski opryszek. Najbardziej opornych wobec nowego systemu wywożono do łagrów... Wielu nie wróciło już nigdy, jak Petro Szekieryk-Donykiw, huculski działacz społeczny i kulturalny, poseł na Sejm RP, który w jego obradach uczestniczył w huculskim stroju. Te zabarwione ludzkim cierpieniem historie zawsze będą przychodzić mi na myśl podczas czytania fragmentu „Barwinkowego wianka” poświęconego Syrojidom, podludzkim, złym istotom z huculskiej mitologii i ich ojczyźnie – krajowi niewoli.

Pomimo formalnego istnienia spółdzielni we wsi faktycznie respektowano istniejące w ludzkiej pamięci dawne granice łąk i lasów, toteż po 1990 roku, już w niepodległej Ukrainie, nietrudno było je odtworzyć. Nie myślcie że myśmy tę ziemię zabrali dziedzicom Przybyłowskim – mówi z nieskrywaną dumą Wasyl o gospodarstwach klanu Zelenczuków – nasi przodkowie kupili ją od nich uczciwie, jeszcze za Polszczy. Zrujnowanego przez wkraczające w 1939 r oddziały sowieckie kościółka katolickiego w Żabiem nie odbudowano do dzisiaj. Tych, którzy wystarczająco energicznie poczuwali się do polskich korzeni i uniknęli wcześniejszej eksterminacji, przesiedlono na teren województwa opolskiego i wrocławskiego. Wielu mieszkańców okolicznych wiosek ma tam swych krewnych do dzisiaj, o czym świadczą numery rejestracyjne samochodów odwiedzających Krzyworównię – ojciec Wasyla mieszka we Wrocławiu. Po wojnie wybudowano we wsi nową szkołę, dom ludowy i gminną banię, rosyjską odmianę sauny. Założono także muzeum Iwana Franko – w chacie, w której przebywał ukraiński wieszcz. Stanisław Vincenz znał i cenił poetę, a nawet postawił jego popiersie przy swym dworku w Słobodzie Rungurskiej. Jak czytam we wstępie ukraińskiego tłumaczenia pierwszego tomu „Na wysokiej połoninie”, wydanego w 1997 r: „po tragicznym wrześniu 1939 r. Vincenz, wraz z synem Andrzejem, trafił wraz z 6000 więźniów do więzienia w Stanisławowie”. Został stamtąd zwolniony wskutek interwencji stowarzyszenia ukraińskich literatów po kilku miesiącach, po czym zamieszkał w swym letnim domku w ukochanym Bystrecu. Na krótko – po kilku miesiącach, potajemnie, wraz z żoną przekradł się przez Czarnohorę na węgierską stronę, prowadzony przez wiernego huculskiego przyjaciela Biłohołowego, i nigdy już do swej umiłowanej ojczyzny nie wrócił... Ciocia Wasyla doskonale pamięta tamten dzień i pusty rankiem, otwarty dom. Jako młoda wówczas dziewczyna pracowała u Vincenzów w roli służącej. – W domu panowała równość. Wszyscy siadaliśmy razem do stołu przy posiłkach, a pani Irena Vincenz własnoręcznie zaplatała mi warkocze. Po wkroczeniu wojsk niemieckich i węgierskich pani przyjechała na krótko – zapewne zabrać jakieś rzeczy. Chciała wtedy zabrać mnie ze sobą, ale mój ojciec się na to nie zgodził...  Często słyszymy od naszych rozmówców: O Vincenzie nikt tutaj nie powie złego słowa! To wiele znaczy, po latach antypolskiej indoktrynacji...

Za niepodległej Ukrainy w muzeum Iwana Franko, gdzie często zatrzymują się przybywający tu turyści, otworzono pokój poświęcony Vincenzowi, którego sowiecka propaganda nie tak dawno skazała na niebyt. Przetrwał w ludzkiej pamięci. Szkołę niedawno wyremontowano, podobnie jak dom ludowy. Wraz z muzeum, urzędem pocztowym, przystankiem autobusowym i kilkoma sklepami stanowią senne centrum wsi. Tylko gminna bania już nie działa, „uległa decentralizacji”. Zamiast gminnej, ambicją wielu gospodarzy jest uruchomienie małej, własnej, przy chacie w ogródku.

„Lasy stare, pamiętające dawną swobodę, witały radosnymi okrzykami te pieśni, których nie słyszały przez cały czas niewoli, przez pół wieku. Wracała kolęda z tamtego świata, pytała w imieniu Ojców:

Cóż tam porabia nasza warstwa sławna?
Czy wiara taka jak starodawna?

Czyli w kościołach modlą się szczerze?
Czyli się kłonią Tajnej Wieczerzy?
Czy dzierżą mocno starowieku wiarę,
Prawdę swobodną, jak ojce stare?

Kolęda znalazła wszystko po staremu. Nie zgasła jeszcze stara prawda. Starzy ludzie witali kolędę ze łzami w oczach. Gdy pod oknami zagrały skrzypki i trembity, gdy zadzwonił dzwoneczek kierownika kolędy, gdy młode głosy huknęły: „Czy śpisz czy czuwasz gospodareczku?” Odpowiadano z chaty gromko: „Prosimy, prosimy panowie kolędniczkowie”. Kolędnicy rzędem stawali pod oknami, podnosząc ogromne topory jak wojownicy starowieku. W chacie zaś dzieci w radosnym przestrachu pchały się do okna, niepewne, czy może gdzieś w tłumie kolędników nie ukryły się janheły skrzydlate, czy z tyłu za trembitarzami, nie kroczy sam święty Mikołaj. Widziały, jak wśród świateł czerwieniły się stroje kolędników, jak błyskały topory w tańcu, jak na śniegu kotłował pląs.”

Jak kiedyś po zakazach austriackich, tak po 1990 roku po sowieckich, wróciła na Huculszczyznę tradycja zbiorowego kolędowania z muzyką, tańcami i śpiewem. Wasyl należy do najbardziej entuzjastycznych organizatorów grupy ponad stu kolędników, których widzimy na zdjęciu obok krzyworówniańskiej cerkwi.  Wiele się tutaj zmieniło – opowiada stary Zelenczuk, emerytowany cieśla, ojciec Hanusi  tylko 300-letnia cerkiew w Krzyworówni stoi na swoim miejscu. A drewno w niej bez uszczerbku –  dodaje fachowo. Nawet ta sama plebania, w której mieszkał stary ksiądz Buraczyński istnieje do dzisiaj. U nas nie było żadnych konfliktów na tle religijnym – dodaje Wasyl, porównując Huculszczyznę z innymi rejonami Ukrainy, gdzie często dochodzi do sporów pomiędzy grekokatolikami i wiernymi różnych odłamów prawosławia. Po likwidacji cerkwi greko-katolickiej (unickiej) przez władze sowieckie naszą cerkiew przekształcono w prawosławną i dziś taką pozostała. Jako parafianie podlegamy ukraińskiemu patriarchatowi w Kijowie. 

Kolędnicy przy cerkwi w Krzyworówni, lata 1990-te. Zdjęcie ofiarowane autorowi przez Wasyla Zelenczuka.

Mimo to na ścianie cerkwi widnieje pamiątkowa tablica poświęcona unickiemu metropolicie Lwowa Szeptyckiemu i jego słynnemu listowi apostolskiemu „Do moich braci Hucułów”. Na Huculszczyźnie prawie wszystkie parafie należą do prawosławnego patriarchatu kijowskiego lub ponownie stały się greckokatolickie. Tylko nieliczni zamieszkali w Werchowynie Moskale  jak Huculi nieodmiennie określają potomków Rosjan przybyłych po 1939 roku, aby budować zręby sowieckiej administracji  założyli tam cerkiew prawosławną patriarchatu moskiewskiego. Dzisiejszy proboszcz Krzyworówni, Iwan Rybaruk, osobiście pojechał wraz z grupą prawosławnych i unickich Hucułów do Kijowa przywitać Papieża. W wydawanym w Żabiem Kalendarzu Huculskim widnieje zdjęcie wykonane w czasie udzielania mu osobistego błogosławieństwa przez Iwana Pawła II.

„(...) wiele lat temu garstka gazdów huculskich, ze sławnym Foką Szumejowym i rzeźbiarzem Markiem Mehedennym na czele, pojechała pod opieką księdza metropolity lwowskiego do Rzymu. W delegacji do papy-rymskiego, do samego Ojca świętego! Powiadają niektórzy, że tam, a nie gdzie indziej jest pępek ziemi. Przekazują też i dużo o tym gadają, że bardzo by dobrze tamtędy jechać na umieranie, bo bliżej nieba. Nie wiadomo jak z tym naprawdę, ale oni nie po to jechali. Pojechał też z nimi Andrijko. (...) Ku przerażeniu wszystkich Andrijko zerwał się i był już u kolan Ojca świętego. W dole nad błyszczącą podłogą błyszczała potężna łysina Andrijkowa okolona długimi włosami, które odbijały się od jaskrawej czerwieni serdaka i jakoś zanadto się rozwichrzyły. A na podniesieniu papieskim wznosiła się sucha wyrzeźbiona czaszka starca, z ostrym nosem i włosami białymi jak mleko. Rozczulony Andrijko oglądając z bliska tamtą piękną głowę, lubując się jej widokiem, odezwał się wprost do papieża. Zadudnił połonińskim głosem: Dziadeczku luby! Panotczyku święty! Znasz ludzki język czy nie? Bo gdybyś znał, sieroto, to bym ci zaraz opowiedział Dziwa to i najtajniejsze. Rozsadza mnie bratczyku, nagwarzyć się z tobą . Może by o zagadkach, co świat przewrócą? A może o schodach niebiesnych? Dla kogóż to chowałem?”

Papa Rymskij – Polak, rozumiejący doskonale ich ojczystą mowę, jest dla Hucułów niekwestionowanym autorytetem. Jadąc na Huculszczyznę z katolickiej Polski nie sądziłem, że spotkam tam ludzi, którzy zadziwią mnie swą wiarą w Chrystusa, wyrażaną tak głęboko swym życiem, nie tylko w codziennym powitaniu. Tutaj nikt nie może czuć się sam, pomimo oddalenia swojej chaty, odległej od sąsiadów o kilometry stromych ścieżek. Na hali pod szczytem Synyci spotykamy samotną chatkę, zamieszkałą przez osiemdziesięcioletnią, pogodną, jak wszyscy chyba Huculi, staruszkę.  Ja już nie schodzę na dół  ludzie odbierają mi rentę i robią potrzebne zakupy. My wszyscy tu sobie pomagamy, bo inaczej każdy sam zginąłby tu w górach – opowiada o pomocy swych sąsiadów. Iwan Rozwadowski, sąsiad Łucjuków, wiezie nas swym półciężarowym, kilkunastoletnim mercedesem na wycieczkę do Dzembroni, eksponowaną, wyboistą, niekończącą się drogą w górę doliny huczącego i pieniącego się obok Czeremoszu. Bez wahania zatrzymuje samochód widząc innego kierowcę, pochylonego pod klapą zdezelowanego moskwicza: Brateńku lubyj, czy to coś poważnego, czy mogę coś pomóc? Po chwili razem uzupełniają płyn w chłodnicy wodą nabraną z rzeki. Zwracają się do siebie jak przed wiekami! Nie wyobrażam sobie takiej bezinteresownej pomocy we Lwowie – stwierdza z zachwytem Igor. Vincenz opisuje huculską wiarę w istnienie Rachmanów  dobrotliwych, pogodnych, życzliwych i łagodnych ludzi zamieszkałych w wysokich górach daleko, na wschodzie. Rachmanny – znaczy tutaj łagodny, dobry, miłosierny, uosabiający te cechy. Na Huculszczyźnie obchodzono pięć tygodni po Wielkim Tygodniu tzw. rachmańską wielkanoc. Przykładano wtedy ucho do ziemi słuchając, jak Rachmani  daleko, w swym kraju, biją radośnie w dzwony po spożyciu świątecznych jajek, jakie skleiły się same ze skorupek poświęconych i wrzuconych do Rzeki przez Hucułów w Wielką Sobotę i zaniesionych przez wodę do ich kraju. Podobno tradycja o Rachmanach wzięła się ze staroruskiego latopisu Nestora, relacjonującego wrażenia greckich (bizantyjskich) podróżników o Brachmanach zamieszkujących Tybet. Vincenz dopuszcza także wpływ hebrajskich przekazów chasydów, licznie kiedyś zamieszkujących te rejony, a nawet wpływ islamu. W drodze powrotnej, czekając w pięciogodzinnej kolejce na granicy ukraińsko-polskiej, przeglądam papieską encyklikę Dives in misericordia. Wszak polskie placówki na przejściu granicznym przybrane są w biało-żółte flagi z racji odbywanej właśnie pielgrzymki Ojca Św., poświęconej Bożemu Miłosierdziu. Wpadają mi w oczy zdania, których sens mocno spaja moje refleksje: „Drugie z wyrażeń, które w słownictwie Starego Testamentu służy dla określenia miłosierdzia to rahamim.(...)w swym źródłosłowie wskazuje na miłość matczyną (rehem=łono matczyne). (...) rodzi całą skalę uczuć, a wśród nich dobroć i tkliwość, cierpliwość i wyrozumiałość, czyli gotowość przebaczania”.

Wracam myślą do rozmów z Wasylem o trudnym dniu dzisiejszym Huculszczyzny i całej Ukrainy, o niepewnej przyszłości. Wraz z Igorem jesteśmy pewni, że ta kraina, tak gościnna i atrakcyjna przyrodniczo i kulturowo może, podobnie jak w czasach drugiej Rzeczypospolitej, stać się ponownie Mekką polskich i, szerzej, zagranicznych turystów i letników. Wasyl wraz z Igorem, z uznaniem i pewną dozą zazdrości patrzą na rozmach reform społeczno-gospodarczych, jakie zmieniły obraz zachodniego sąsiada ich ojczyzny. Nam trzeba ukraińskiego Balcerowicza – nieodmiennie konkludują nasze dyskusje. To, czy wasz rejon będzie w przyszłości licznie odwiedzany przez zagranicznych letników, zależy tak od stabilności Ukrainy, jak i od samych Hucułów  odpowiadam. Rozwój agroturystyki jest hamowany przez kiepskie warunki sanitarne  nawet w bogatszych huculskich chatach. Korzystając z wychodka  sławojki, jaką zasłynął ponad 70 lat temu ówczesny minister oświecenia publicznego i wyznań religijnych, rozpościerającej wówczas nad Czeremoszem swą jurysdykcję drugiej Rzeczypospolitej, doceniam ogrom dokonań polskich samorządów gminnych, które budując w ciągu ostatnich 10 lat tysiące kilometrów wodociągów i kanalizacji, nadrobiły szybko dziesięciolecia zaniedbań w tym zakresie.  W tym kraju nie myślano o sprawach bytowych nawet w takim stopniu jak w PRL  mówi Igor. Wasza władza ludowa dopuszczała, mimo wszystko, porównania z zachodnimi statystykami liczby samochodów przypadających na rodzinę, chociaż stosunkowo słabo w nich wypadaliście. W imperium sowieckim w ogóle takich statystyk nie brano pod uwagę. Po uzyskaniu niezależności przez Ukrainę podano natomiast do wiadomości inną przerażającą statystykę: w ZSRR jeden czołg przypadał na cztery rodziny! Stąd ta głęboka zapaść poziomu życia z której musimy się wydostać! Tak tutaj, jak i na całej Ukrainie. Bez względu na przyczyny – dystans do nadrobienia jest rzeczywiście ogromny. A odpowiedź na pytanie, czy na Huculszczyznę wróci przedwojenna, turystyczna prosperity jest bez wątpienia jednocześnie odpowiedzią na pytanie o poziom życia i przyszłość materialną samych Hucułów. Oby była odpowiedzią pozytywną! Życząc im tego z całego serca wypowiadam do ukraińskiego celnika dwa słowa:  Do pobaczenja! – Wsioho wam dobroho! – odpowiada.


Autor: Jacek Gutowski

Wszystkie cytaty pochodzą z pierwszego tomu tetralogii Stanisława Vincenza „Na wysokiej połoninie” pt. „Prawda starowieku”, wyd. PAX Warszawa 1983.


Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

Dr Jan Skłodowski zaprasza nas do Podolińca - miasta o historii niezwykłej i barwnej. Miasta, które ongiś rozsławiało Rzeczpospolitą nie orężem, nie podbojami, ale czymś zdecydowanie bardziej wartościowym - nauką i wiedzą. Zapraszamy do lektury pasjonującej opowieści o tamtejszym kolegium pijarskim, szczególnie znanym i znakomitym w XVII i XVIII wieku. I zachęcamy do odwiedzin owego uroczego spiskiego grodu i do odszukania na miejscu śladów jego dawnej świetności.

Artykuł był publikowany w 25 tomie Pamiętnika Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w 2017 roku.


Mieszkańcom Podolińca,
by pamiętali o chlubnej przeszłości swego miasta.

Podoliniec, znany w różnych okresach swej historii także jako Podolinum (łac.), Pudlein (niem.), Podolin (węg.) czy Podolínec (słow.), jest dziś niepozornym, acz nadal niezmiernie interesującym miasteczkiem północnych rubieży słowackiego Spiszu. W tej to właśnie miejscowości założony został z górą trzysta siedemdziesiąt lat temu, bo w roku 1642, konwent pijarów, zaś rok później – prowadzone przez nich słynne z czasem kolegium, czynne pod różnymi postaciami przez bez mała trzy stulecia. Przywołajmy tedy pokrótce dzieje i przesłanie szkoły, która swą renomą i poziomem promieniowała daleko poza spiską ziemię, ba, nawet poza granice dawnej Rzeczypospolitej. Z tego to powodu miasto lokalizacji tej szkoły, będącej w istocie, jak byśmy dziś powiedzieli, uczelnią europejskiego wychowania par excellence, nazywano „Słowackim Oxfordem”, a także niekiedy „Atenami Północy” czy „Atenami nad Popradem”. Powyższe określenia Podolińca mają znaczącą wymowę zwłaszcza obecnie, gdy kraje związane historycznie z tym obszarem, więc kolejno Polska, Węgry i Słowacja, są członkami Unii Europejskiej.

Podoliniec leży na terytorium wchodzącym w skład państwa polskiego u zarania jego dziejów jako południowa Sądecczyzna, granicząca z Królestwem Węgier – ówczesna bowiem granica pomiędzy tymi państwami biegła prawdopodobnie doliną Hornadu, więc nieco na południe od linii Karpat. Dopiero na początku XIV stulecia, na skutek ekspansji Węgier ku północy, przesunęła się na ich grzbiet (tak biegnąca granica nie ulegała przez następne stulecia zasadniczym zmianom), by dziś rozdzielać Polskę i Słowację. Graniczne to terytorium, zwane w średniowieczu „okręgiem podolinieckim”, zostało zasiedlone przez polską ludność wędrującą z Sądecczyzny w górę doliny Popradu. Okręg podoliniecki należał wtenczas administracyjnie do ziemi krakowskiej i podlegał tamtejszemu biskupstwu. Można nadmienić, że oprócz Podolińca powstały tam jeszcze dwie inne polskie osady – późniejsze miasta Stara Lubowla (słow. Stara Lubownia) i Gniazda.

Podoliniec znany był już na początku XIII stulecia jako będąca własnością książęcą wieś parafialna. W 1244 roku, więc trzy lata po najeździe mongolskim (zwanym też tatarskim), książę Bolesław Wstydliwy udzielił lokacji sołectwa na prawie magdeburskim pierwszemu zasadźcy – krakowskiemu rycerzowi Henrykowi, zaś żona Bolesława Kinga (Kungunda), córka króla węgierskiego Beli IV, wzniosła niewielką fortyfikację, darowując miejscowość na wyposażenie sądeckim klaryskom. Po zniszczeniu Podolińca przez kolejny najazd w 1285 roku, przybyli do niego, podobnie zresztą jak i do innych miast spiskich znacznie przez te najazdy osłabionych, niemieccy koloniści z Nadrenii, Śląska i być może z Saksonii, od tej ostatniej popularnie zwani Sasami, niemniej ulegający z biegiem czasu polonizacji. W miastach tych nastąpił wówczas znaczny rozkwit handlu i rzemiosła, zaś sam Podoliniec zyskał dodatkowo na znaczeniu poprzez otrzymanie praw miejskich w 1292 roku, stając się w ten sposób ważnym warownym ośrodkiem przy trakcie wiodącym z Krakowa przez Nowy Sącz ku miastom węgierskiego Spiszu – Kieżmarkowi i Lewoczy. Zresztą niebawem, jak wspomniano, przeszedł na początku XIV stulecia pod węgierskie panowanie, które zresztą nadal sprzyjało jego rozwojowi, zwłaszcza wtedy, gdy przywilejem władcy (króla Ludwika I Wielkiego) stał się w roku 1343 wolnym miastem królewskim, więc podlegającym wyłącznie królowi.

Podoliniec – widok ogólny miasta (na lewo – kościół farny, na prawo – kościół popijarski)

Polska odzyskała prawa do Podolińca w roku 1412, gdy okręg podoliniecki, określany od tego czasu jako dominium lubowelskie, wraz z trzynastoma innymi spiskimi miastami1 został oddany jej przez króla węgierskiego Zygmunta Luksemburskiego jako zastaw za udzieloną mu przez Władysława Jagiełłę pożyczkę w wysokości 37 tysięcy kop szerokich groszy praskich (czyli 2 miliony dwieście dwadzieścia tysięcy monet o łącznej wadze ok. 7,5 tony kruszcu – ówcześnie 1 grosz zawierał dwa gramy czystego srebra)2.

Taką to drogą – a należy tu wyraźnie podkreślić, że wyłącznie pokojową – Podoliniec znalazł się na podlegającym polskiej administracji zastawnym terytorium stanowiącym przynależne do województwa krakowskiego starostwo spiskie. Tu można dodać, że jego najbardziej znaną w przedrozbiorowej Rzeczypospolitej mapę wykonał ponad trzy wieki później, bo w 1762, Franciszek Florian Czaki (ok. 1710–1772)3.

Na początku XV stulecia Podoliniec był miastem okolonym murami obronnymi, w których linii znajdował się zamek i baszty. W rynku znajdował się zachowany do dziś parafialny kościół pod wezwaniem NMP, pamiętający zapewne koniec XIII stulecia. Świątynia ta została w końcu XV wieku odnowiona przez starostę spiskiego Piotra Kmitę, zaś w późniejszych latach poddana kilku przebudowom, które nie zmieniły jednak w zasadniczy sposób pierwotnej bryły. Cenne barokowe ołtarze i wyposażenie kościoła zachowały się, nadal też można w głównym ołtarzu odnaleźć książęcy herb kolatorów Lubomirskich – Szreniawę bez Krzyża, zaś w prezbiterium podziwiać odsłoniętą podczas prac konserwatorskich niezwykle cenną polichromię z połowy XIV w. Dopełnieniem dostojności podolinieckiej fary jest wzniesiona przy niej murowana dzwonnica zwieńczona charakterystyczną renesansową attyką.

W miastach Spiszu, także więc w Podolińcu, ze względu na ich niemiecką kolonizację zapanował na fali reformacji protestantyzm. Tak więc dla rekatolizacji części tej krainy podlegającej Polsce, poprzez upowszechnienie kształcenia w duchu katolickim młodzieży ze wszystkich stanów, postanowiono oprzeć się pierwotnie na zakonie jezuitów. Jednakże bieg zdarzeń sprawił, że wybór padł na pijarów (pijar – łac. pius znaczy ‘pobożny’), których osiągnięcia jako dobrych organizatorów katolickiego szkolnictwa były już, podobnie jak i jezuitów, szeroko znane i cenione. Założycielem w 1617 roku ich wspólnoty zakonnej był wywodzący się ze starego szlacheckiego hiszpańskiego rodu duchowny katolicki Józef Kalasancjusz (hiszp. José de Calasanz, 1556–1648). Ten osiadły na stałe w Rzymie reformator oświaty otworzył tam w 1597 roku pierwszą powszechną bezpłatną szkołę publiczną w Europie (przy kościele św. Doroty na Zatybrzu) dla ubogich dzieci ze społecznego marginesu, ale też i pochodzących z bogatych domów. W 1621 roku kongregacja została podniesiona przez papieża Grzegorza XV do rangi Zakonu Kleryków Regularnych Ubogich Matki Bożej Szkół Pobożnych (Ordo Clericorum Regularium Pauperum Matris Dei Scholarum Piarum), zwanego w skrócie Zakonem Szkół Pobożnych, a Józef Kalasancjusz został jego pierwszym generałem4. Zakon rychło zyskał uznanie jako dobrego organizatora szkolnictwa poza Rzymem, a niebawem i za granicą, dzięki czemu w ciągu dwóch dziesięcioleci powstało trzydzieści prowadzonych przez pijarów kolegiów, kształtowanych ich dewizą Pietas et Litterae (Pobożność i Nauka).

Zabiegi mające na celu sprowadzenie pijarów do Polski zostały podjęte już w roku 1633 przez króla Władysława IV Wazę i Stanisława Lubomirskiego, pełniącego różne wysokie funkcje w ówczesnej administracji, m.in. wojewody krakowskiego. Był on przedstawicielem książęcego rodu, z którego pochodzili na przestrzeni bez mała dwóch wieków starostowie spiscy, mający swą siedzibę w nieodległym lubowelskim zamku, a jednocześnie zarządcy Podolińca. To dzięki nim właśnie nastąpił gospodarczy rozkwit miasta i utrwalenie jego znaczącej pozycji nie tylko na Spiszu, ale i w całej Koronie, nawet Rzeczypospolitej. Jednakże pijarzy nie byli jeszcze skłonni założyć w Polsce swojego domu zakonnego i kolegium, choćby z tego powodu, że nie dysponowali nauczycielami znającymi języki słowiańskie, zaś pijarska reguła nie przewidywała zatrudnienia świeckich wykładowców.

Wtedy to trwała na Morawach, a tam pijarzy posiadali swe domy zakonne i szkoły, wojna trzydziestoletnia, będąca w istocie krwawym konfliktem pomiędzy katolikami a protestantami, zagrażającym nie tylko działalności pijarów, ale i fizycznemu ich przetrwaniu. W 1642 roku, ze względu na wspomniane niebezpieczeństwo, o. Ioannes Dominicus Franchi z jedenastoma zakonnikami uszli ze swej siedziby w Lipniku na Morawach, by znaleźć schronienie u Stanisława Lubomirskiego w Wiśniczu. Dopiero wtedy prowincjał o. Onufry de Comitibus (Conti) zaakceptował pozostanie pijarów w Polsce, przyjmując nadaną przez Stanisława Lubomirskiego fundację kolegium w Podolińcu oraz domu zakonnego – z królewskiego nadania – w Warszawie. Tu można dodać, że podróże Contiego pomiędzy Polską a Morawami nie musiały być bezpieczne, skoro w drodze musiał chronić ich specjalnie przydzielony oddział dwudziestu Kozaków i Wołochów. Stanisław Lubomirski przeznaczał na utrzymanie domu zakonnego roczną kwotę 900 talarów czeskich, z tego 800 talarów na potrzeby szesnastu pijarów. Dotacja ta była zabezpieczona dochodami z własnych dóbr, co zostało ujęte w akcie wydanym nieco wcześniej, bo 8 listopada na Wawelu. Do wypłacania podolinieckim pijarom corocznie takiej kwoty na utrzymanie oraz zapewnienia bezpieczeństwa zobowiązał donator swoich sukcesorów, by zgodnie ze swoim powołaniem ćwiczyli młodzież w chrześcijańskiej pobożności i naukach, wiarę i religię katolicką szerzyli poprzez głoszenie kazań i katechizację, a o fundatorze we Mszy św. i swoich modłach po wieczne czasy pamiętali– kwota ta była pijarom wypłacana do 1680 roku. Fundator zabezpieczył również dla konwentu, na dochodach z kamieniołomów, roczną kwotę 11 500 talarów – tak, by ewentualne trudności z wypłacaniem zagwarantowanych innych świadczeń nie okazały się zbyt dolegliwe. Istotne jest także, że król Jan Kazimierz przeznaczył pijarom wsparcie finansowe z dochodów z kopalni soli.

We wspomnianym 1642 roku, na przełomie listopada i grudnia, zjawiło się w Podolińcu czternastu pijarów. Przybyli księża, bracia i nowicjusze reprezentowali wiele narodowości, jako że napotkamy pośród nich Czechów, Niemców, Słowaków, Węgrów, wreszcie Austriaka i Włocha, zaś polscy wykładowcy byli oczekiwani nieco później – dwaj pierwsi z nich to Wacław Opatowski i Kazimierz Pietrzkiewicz. Początkowo pijarzy otrzymali siedzibę zakonną (domicylium) w podolinieckim zamku, znalazła w nim również czasowe pomieszczenie ich szkoła, której szumna inauguracja cum civitatis huius musica, cum tubis et tympanis, czyli z miejską muzyką, z trąbami i bębnami, nastąpiła 18 czerwca 1643 roku. Mury nowego kolegium zostały poświęcone po dziesięciu dniach, zaś faktyczne otwarcie zakładu odbyło się 12 lipca. Pierwszym rektorem uczelni (minister domus) został wymieniony wyżej ks. Ioannes Dominicus Franchi (1595–1662), późniejszy pierwszy polski pijarski prowincjał.

Wcześniejsza uroczystość inauguracyjna utworzenia domu pijarów w Podolińcu, odbywająca się 10 grudnia 1642 roku, została uświetniona obecnością reprezentantów biskupa i Kapituły Krakowskiej – księży Mikołaja Oborskiego i Krzysztofa Sapeliusa oraz prepozyta spiskiego i biskupa waradyńskiego Ladislausa Hoszutóthy’go. Po inauguracji zebrani stanęli na miejscu wskazanym pod budowę klasztoru na lewym brzegu Popradu we wschodniej części miasta. Ustawili tam drewniany krzyż, a na poświęconym kamieniu węgielnym pod nową budowę umieszczono interesującą historycznie inskrypcję o barokowej stylistyce, której tekst przytacza w swym szkicu Marian Gotkiewicz:

Stanislaus Lubomirski Comes in Wisnicz Palatinus et generalis Capitaneus Cracoviensis Civitatum Scepusiensium Gubernator Ecclesian hanc et Collegium Clericorum Regularium Pauperum Matris Dei Scholarum Piarum cum fundatione liberali ad maiorem Dei gloriam promovendam, fidem catholicam propagandum, hereses in istis partibus extirpandas — sumptibus propriis erexit, dotavit, perfecit, etc.6 [co w przekładzie na język polski znaczy: Stanisław Lubomirski, komes na Wiśniczu, wojewoda i starosta generalny krakowski, zarządca miast spiskich, własnym sumptem wzniósł, uposażył, udoskonalił etc... kościół ten oraz kolegium kleryków regularnych ubogich Matki Bożej szkół pobożnych z ustanowieniem szczodrego zaopatrzenia dla promowania wzrostu chwały Bożej, krzewienia wiary katolickiej i wyplenienia herezji w tych stronach – tłum. J.S].

4.	Portret Stanisława księcia Lubomirskiego (Muzeum Lubowelskie w Starej Lubowli)

Portret Stanisława księcia Lubomirskiego (Muzeum Lubowelskie w Starej Lubowli) 

Budowa nowego kompleksu klasztornego wraz z kościołem pod wezwaniem św. Stanisława biskupa i męczennika, patrona fundatora – Stanisława Lubomirskiego – rozpoczęła się tedy w roku 1642. Na realizację przedsięwzięcia przewidziano 80 tys. florenów – 50 tys. na jego budowę, pozostałą kwotę na jego wyposażenie. W archiwum oo. pijarów w Rzymie, wśród innych dokumentów dotyczących domu podolinieckiego zachowały się plany kompleksu zawierające opisy składających się nań obiektów – kościoła, szkoły, domicylium, ogrodu, dziedzińców czy bram. Budynki klasztoru, o trzech dwukondygnacyjnych skrzydłach z masywnymi wieżami w narożach, wzniesiono na zewnątrz miejskich murów wraz z nową centralnie położoną świątynią. Klasztor z kościołem o dwuwieżowej fasadzie, przed którym ustawiono słup z figurą świętego, utworzył zwarty zamknięty, bo otoczony własnym murem, barokowy kompleks z rajskim ogrodem i drugim dziedzińcem ze studnią okolonym mniejszymi zabudowaniami. Budynkom od strony rzeki Poprad towarzyszył rozległy ogród, także okolony murem, na którym umieszczono słoneczny zegar. Tak zakomponowana całość nawiązywała wyglądem do znanych z Włoch zamkowych zespołów obronnych, a także do rodzimych klasztorów o takim charakterze, jak np. bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej czy innych znanych ufortyfikowanych rezydencji. Ze względu na przyleganie jego do miejskich murów obronnych pijarskie założenie harmonijnie zespalało się z układem fortyfikacyjnym. Nie jest dokładnie znany architekt tego założenia – niektórzy widzą tu wiedeńczyka Joannesa Jacobusa Pochspergera (Poschbergera?, Bockbergera?), inni, co uzasadnione, pracującego dla Stanisława Lubomirskiego polskiego architekta od fortyfikacji, Krzysztofa Mieroszewskiego.

Po sześciu latach, dokładnie 28 czerwca 1648 roku, zakończono prace budowlane i kolegium przeniosło się do nowej siedziby, niemniej prace przy wystroju wewnętrznym ukończono dopiero w 1651 roku, a kościół został wyświęcony dopiero dwadzieścia lat później. Być może powodem opóźnienia tej uroczystości była konieczność przeprowadzenia napraw uszkodzeń spowodowanych pożarem.

Przed frontem kościoła, którego wieże podwyższono w XVIII stuleciu (do 44 m wysokości) i wyposażono w rokokowe hełmy, znajduje się dziedziniec, do którego od strony rynku prowadzi brama osadzona w miejskich murach. Na wprost niej, w portalu wejścia do świątyni, dostrzec można znajdujące się we frontonie malowidło naścienne wyobrażające patrona świątyni – św. Stanisława. Ta jednonawowa świątynia typu halowego o cennym barokowym wyposażeniu zachowała w głównym ołtarzu swój najznakomitszy zabytek – dużych rozmiarów płótno przedstawiające scenę wskrzeszenia Piotrowina przez św. Stanisława. Ujęte jest ono w bogato dekorowaną złoconym ornamentem, półkolistą w górnej części ramę z rzeźbami aniołów. Dzieło to, noszące datę 1688 (być może jest starsze, a podany rok wskazuje jedynie przeprowadzenie prac konserwatorskich), pochodzi z krakowskiej szkoły Tomasza Dolabelli z połowy XVII stulecia. Jest ilustracją legendy o Piotrowinie, zapisanej w Żywocie św. Stanisława. Według niej biskup krakowski św. Stanisław ze Szczepanowa (zwany też Szczepanowskim) nabył dla biskupstwa od zwanego Piotrowinem Piotra Strzemieńczyka pewien obszar ziemi. Jednakże po śmierci Piotrowina jego następcy zakwestionowali transakcję i zażądali zwrotu dóbr. Biskup Stanisław przedstawił sprawę przed sądem, niemniej nie uznano jego prawdomówności. Wobec tego biskup polecił otworzyć grób i wskrzesił Piotrowina, aby mógł potwierdzić, że biskup wszedł w posiadanie ziemi w sposób uczciwy. Na obrazie tym, prócz biskupa Stanisława i przywracanego do życia Piotrowina można zauważyć wśród zebranych także fundatora konwentu Stanisława Lubomirskiego i jego syna Jerzego Sebastiana. Ołtarzowi głównemu towarzyszą po bokach obrazy św. Józefa Kalasancjusza oraz św. Jana Nepomucena, nad nim natomiast – wizerunek św. Jerzego walczącego ze smokiem w ośmiobocznej ramie zwieńczonej wyciętym w drewnie herbem Lubomirskich – Szreniawą bez Krzyża. Interesujące we wnętrzu kościoła są także pozostałe ołtarze z rokokową dekoracją – poświęcone św. Krzyżowi, Zwiastowaniu Marii, św. Katarzynie Męczennicy i, w kaplicy bocznej, św. Filipowi Neri (Neriusowi lub Nereuszowi), a także dobrej roboty barokowa ambona oraz naścienne malowidła w przejściu do kaplicy. Na jej ścianie znajduje się kolejny znak odległej przeszłości – wmurowana z brązowego kamienia wapiennego (marmuru) tablica nagrobna podolinieckiego proboszcza Purcandy, zmarłego, jak głosi wyryta na niej data, 8 października 1617 roku, więc jeszcze przed wzniesieniem klasztornego kościoła. Tablica ta z komemoratywnym łacińskim tekstem znajdowała się niegdyś w innym miejscu – przy położonym poza miastem dawnym kościółku pw. św. Anny, dziś cmentarnej kaplicy.

Klasztorny budynek, będący siedzibą pijarskiego domicylium, mieścił nowicjat, a także konwikt, w którym znajdowali internatowe lokum zamożniejsi scholarze. Należy tu dodać, że nowy podoliniecki dom pijarów zaszczycił niedługo przed śmiercią sam Józef Kalasancjusz.

Plan pijarskiego zespołu kościelno-klasztornego w Podolińcu, 1643 (reprodukcja w klasztorze redemptorystów w Podolińcu)

Kolegium w Podolińcu było w Polsce drugą założoną i prowadzoną przez pijarów szkołą7. Z chwilą jej otwarcia (jeszcze w pomieszczeniach zamku), jak wyżej podano w 1643 roku, zgłosiło się do nauki 189 uczniów.

Nowicjat dla kleryków powstał już na początku działalności szkoły i był prowadzony przez ks. Augustyna Strinbocha. Powstały też dwie klasy świeckie – scholae legendi i scholae gramaticae zorganizowane przez ks. Glicerego Neumana. Niebawem, w 1646 roku, utworzono klasę trzecią – syntaksy, w następnych latach kolejne: a to w 1648 prowadzoną przez ks. Wacława Opatowskiego klasę poetyki, w 1651 – retoryki, w której nauczał o. Marcin od Matki Bożej. Dzięki sprawnej działalności organizatorskiej szkoła miała już wkrótce wszystkie przewidziane do utworzenia klasy: arytmetyków, gramatykalistów, parwistów, poetów, principistów, retorów, syntaksistów. W kolegium uczono filozofii, łaciny, prawideł czytania i gramatyki; wiadomo, że wysoko stały matematyka, astronomia i inżynieria wojskowa.

W kolegium realizowano program szkoły średniej, który obejmował dwa stopnie: niższy (realizowany w klasach gramatykalnych) i wyższy (w klasach humanistycznych). Powstał też w 1648 roku związany z nowicjatem dwuletni kurs filozoficzny jako studia suprema – prowadzony przez Kazimierza Pietraszkiewicza, sprowadzonego z Krakowa przez Stanisława Lubomirskiego. Kurs ten był przeznaczony dla absolwentów szkoły średniej jako kolejny etap kształcenia przed podjęciem nauki w szkole wyższej. W tym samym 1648 roku zorganizowane zostało profesorium do kształcenia w zawodzie przyszłych nauczycieli szkół pijarskich, a wstąpić do niego mogli ci, którzy mieli za sobą dwuletni nowicjat.

Zakład podoliniecki prowadził więc działalność edukacyjną na następujących polach: kształcenia młodzieży świeckiej w zakresie programu szkoły średniej, a także pijarskich kadr zakonnych w ramach nowicjatu i kursu filozoficznego oraz nauczycielskich w profesorium. Ponadto, pijarzy z Podolińca nauczali w dwu szkołach ludowych – miejscowej oraz znajdującej się w pobliskiej Białej Spiskiej.

W konwencie znajdowało się tabularium (archiwum) z rękopiśmiennymi kronikami uczelni, księgami metrykalnymi będącymi rejestrami uczniów, zakonników, nowicjuszy, księgami zmarłych pijarów wykładowców uczelni oraz bogatą dokumentacją związaną z funkcjonowaniem konwentu i kolegium8. Ważniejsze dokumenty zachowywano po uporządkowaniu tematycznym w zwojach lub szufladach, inne były przez kopistów przepisywane do oddzielnych tomów. Zapisy starano się systematycznie prowadzić od początku działalności szkoły praktycznie przez cały czas jej istnienia, choć przeszkadzały temu zdarzające się co pewien czas działania wojenne i zarazy. Początkowo, od 1644 roku, prowadzono je w języku włoskim, pierwszym bowiem przełożonym był genueńczyk Giovanni Franco (Joannes Dominicus a Cruce), następnie po łacinie; bywało też, że na ten język tłumaczono wcześniejsze włoskie teksty. Szczególnie interesujące są spisy uczniów, których nazwiska łatwo poznamy z zachowanych w znacznej części spisów. W rejestrach z XVII i XVIII wieku dominują nazwiska polskobrzmiące – przykładowo w roku 1651 m.in.: Borowiński, Braclawski, Chwalibog, Czerwinski, Frankowicz, Głogowieński, Gorski, Jablonowski, Kaliszowski, Kochanek, Lipnicki, Marcinkowicz, Mierzunski, Pękowski, Pietrkowicz, Ptasnik, Rybak, Samborski, Stroński9, ponieważ w tym okresie zdecydowana większość z nich przybywała z ziem polskich, głównie z Małopolski; zdarzało się, że scholarze pochodzący ze Spiszu, a zwłaszcza z dominium lubowelskiego, nosili także podobne nazwiska. Imieniu ucznia (zapisanego w łacińskim brzmieniu) i jego nazwisku towarzyszyło określenie pochodne od nazwy klasy, w której się kształcił, więc np. Gramatista, Parvista, Principista, Syntaxista, także narodowość – Polonus, Lituanus, Rutenus, Germanus; gdy reprezentował stan szlachecki, dodatkowo występowała przez narodowością adnotacja Nobilis. Niekiedy nie oddawała ona prawdy w tym względzie – zdarzały się przypadki, że uczniowie przybywający z odleglejszych stron, a pochodzący z bogatszych rodzin, mimo braku statusu szlacheckiego taki właśnie podawali, by „poprawić” swą pozycję tak w społeczności kolegów, jak i w odbiorze wykładowców. Uczniowie pochodzący z Podolińca, często o niemieckobrzmiących nazwiskach, występowali w spisie jako Podolinensis (podolinieccy, czyli miejscowi). Rejestry te niosą interesujące i ważne informacje pozwalające odtworzyć obraz ówczesnej społeczności uczniowskiej, a także, dzięki wskazaniu narodowości, wskazać, z jakich stron Rzeczypospolitej czy Europy ściągali do Podolińca scholarze. Fenomenem tej uczelni był fakt, że ufundowana przez polskiego świeckiego możnowładcę, a prowadzona przez zaproszonych z zagranicy duchownych, była przeznaczona dla młodzieży reprezentującej wszystkie stany ówczesnej Rzeczypospolitej, więc szlachecki, mieszczański i chłopski. Uczelnia była dostępna również dla przybywających z zagranicy, np. Czech, Śląska, Węgier, a nawet Austrii, a jej wysoka renoma wzmacniana była atmosferą panującej w kolegium tolerancji. Budowało ją specyficzne położenie Podolińca – miasta leżącego na Spiszu, więc ziemi pogranicza narodów, religii i kultur, na której, prócz ludności miejscowej, znaleźli się w ubiegłych stuleciach i pozostali jako w swej ojczyźnie polscy osadnicy z ziemi krakowskiej, a także dawni koloniści niemieccy, również ze względu na bliskie sąsiedztwo – Węgrzy, wreszcie Rusini (zwani tu Rusnakami) i Wołosi, kończący w tych stronach swą wędrówkę łukiem Karpat. Wspomniana różnorodność narodowa, więc i językowa, podolinieckich scholarów nie była przeszkodą w prowadzeniu zajęć – zdecydowana ich większość odbywała się bowiem po łacinie, a tylko niektóre z niektóre z nich, jak religia, w językach ojczystych.

Lista scholarzy, 1652 - z archiwaliów kolegium pijarskiego w Podolińcu (Centralne Archiwum Węgierskiej Prowincji Pijarskiej w Budapeszcie)

Kolegium nie stawiało ścisłych ograniczeń wiekowych, przyjmowano chętnych do 30. roku życia, choć podobno najmłodszy uczeń liczył lat… pięć.

Zachowane archiwalne księgi pozwalają także zapoznać się z kadrą pedagogiczną szkoły. Przez cały czas istnienia jej nauczycielami byli pijarzy, tylko niekiedy wykładowcami, i to wybranych przedmiotów, bywały osoby świeckie. Nauczyciele reprezentowali różne narodowości – byli nimi Polacy, Węgrzy, Słowacy, Rusini, Czesi, Niemcy, wreszcie przybysze z dalszych krajów, więc Włosi, Chorwaci czy Słoweńcy. Zdarzało się też, że w razie potrzeby przybywali do Podolińca nauczyciele z innych zagranicznych pijarskich domów. Nauczyciele obcych narodowości przeważali liczebnie zwłaszcza w stuleciu XVII, w następnym bowiem coraz częściej byli nimi Polacy. Nauczyciele pijarscy wywodzili się, podobnie jak i scholarze, z różnych warstw społecznych, najczęściej jednak ze stanu mieszczańskiego. Bywali wśród nich także przedstawiciele warstwy szlacheckiej, zwykle tej uboższej, ale też niekiedy możnych arystokratycznych rodów, zarówno polskich, jak np. Daniłowiczów, Leszczyńskich, Małachowskich, Potockich czy Wąsowiczów, jak i węgierskich – Berzéwicych, Horvath-Palocsáyów i Raskovanych, by wymienić tylko niektóre.

Szczególnie cennymi i ważnymi z historycznego punktu widzenia pozycjami w podolinieckim archiwum były cztery rękopiśmienne pergaminowe dokumenty-dyplomy: króla polskiego Michała Korybuta (z 1671 roku o swobodzie wyznania wiary rzymskokatolickiej w trzynastu miastach spiskich), księcia Stanisława Herakliusza Lubomirskiego (z 1674 roku o nadaniu pijarom parafii Spiska Biała) oraz króla węgierskiego Leopolda I (z 1675 roku) i króla polskiego Jana III (z 1683 roku) potwierdzające powyższe nadania Lubomirskiego10.

Większość podolinieckich archiwaliów została na początku lat 20. XX w. przewieziona do archiwum w Budapeszcie, gdzie znalazła miejsce m.in. w zespole Podolinum – dziś jest to Centralne Archiwum Węgierskiej Prowincji Pijarskiej, w którym dokumenty te składają się od 2004 roku na tekę oznaczoną jako Acta domus Podolinensis. Część archiwaliów, w tym muzykalia, trafiła do pijarskiego klasztoru w Świętym Jurze (Słowacja), a stamtąd ostatecznie, po II wojnie światowej, do Modrej – oddziału Państwowego Archiwum Powiatowego w Bratysławie; pozostałe znalazły się po kolejnych wędrówkach w Państwowym Archiwum w Lewoczy, w Państwowym Archiwum w Nitrze, w Archiwum Literackim i Naukowym Słowackiej Biblioteki Narodowej w Martinie oraz w Bibliotece Uniwersyteckiej w Bratysławie. Nieliczne dokumenty trafiły wreszcie do archiwum pijarów w Krakowie.

Szkoła posiadała bogatą bibliotekę w kształcie rotundy – zajmowała ona pomieszczenia w południowo-wschodniej wieży konwentu. Podstawę książnicy stworzył Stanisław Lubomirski – i choć jej część prawdopodobnie padła w 1684 roku pastwą pożaru, niemniej jej zbiór pod koniec XVII wieku liczył ok. 1600 pozycji. Gromadziła ona dzieła pochodzące jeszcze sprzed daty powstania kolegium, więc inkunabuły z trzech ostatnich dziesięcioleci XV stulecia (pojedyncze egzemplarze) oraz edycje XVI- i XVII-wieczne sprzed 1642 roku. Często były to wydane na terenie Rzeczypospolitej cymelia drukarstwa – tak w języku łacińskim, jak i polskim, m.in. pijarskie wydawnictwa warszawskie (1686, 1687, 1695, 1721, 1727, 1793), jezuickie edycje z Kalisza (1681, 1695, 1697), Krakowa (1679), Poznania (1692, 1720) i Wilna (1676, 1720), wydania krakowskie Franciszka Cezarego (1626, 1697, 1701, 1718), drukarni Andrzej Piotrkowczyka (1607, 1637), drukarni Krzysztofa Schedla (1648), drukarni dziedziców Stanisława Lenczowskiego (1661), drukarni Seminarium Biskupiego (1767) i tamtejszej drukarni akademickiej (1738), wreszcie lwowskie – drukarni Jana Filipowicza (1758) czy gdańskie – tłoczone u Andrzeja Hunefelda (1632). Należy też zwrócić uwagę na oficyny wydawnicze z innych naszych miast, więc Chełmna, Częstochowy, Lublina, Oliwy, Sandomierza czy Torunia. Licznie przedstawiają się też wydawnictwa zagraniczne, reprezentujące praktycznie wszystkie znaczące wówczas w edytorstwie miasta europejskie, zwłaszcza włoskie i niemieckie. Ze względu natomiast na „madziarski” okres w historii szkoły można przywołać tu oficyny węgierskie, jak np. Tumlera Iósefa Iánosa Betuivela z Besztertze-Banyán (Bańska-Bystrzyca) czy edycje drukarni Michaela Podhoránszky’ego z Lewoczy. Najliczniejsze ze zgromadzonych w bibliotece książek prezentowały język łaciński, niemniej wiele z nich, zwłaszcza tych z XVIII-wieczną datacją, wydano po polsku. Częste były też edycje w językach niemieckim, włoskim, francuskim, także węgierskim, rzadsze w holenderskim i hiszpańskim, wreszcie słowackim, czeskim, angielskim lub nawet hebrajskim.

Księgi z podolinieckiej biblioteki przedstawiają całą ówcześnie edytowaną tematykę zarówno religijną, więc Biblie, dzieła teologiczne, kancjonały, kazania, psałterze i różnorodne księgi liturgiczne, jak i świecką, bo napotkamy tam pozycje poświęcone arytmetyce, astronomii, botanice, geografii, gramatyce, heraldyce, historii, literaturze, medycynie, meteorologii, wydania panegiryków i poezji, także edycje słownikowe. Nie są też rzadkością wydania autorów antycznych, jak Arystotelesa, Cycerona, Homera, Owidiusza, Tacyta. Wyjątkowymi pozycjami zachowanymi w podolinieckim księgozbiorze są nieliczne unikatowe pozycje sporządzone w manuskrypcie (m.in. teksty inscenizacji teatralnych), niekiedy zaopatrzone w barwne ilustracje, pochodzące z XVII, XVIII i XIX w.

Z dawnej książnicy kolegium w Podolińcu (klasztor pijarów w Nitrze, Słowacja)

Zasoby biblioteki były regularnie uzupełniane, także przybywający do Podolińca pochodzący z zamożniejszych rodzin nowicjusze oraz wykładowcy przywozili ze sobą choćby po kilka książek, którymi wzbogacali szkolną bibliotekę. Należy też wspomnieć, że po kasacie zakonu jezuitów w 1773 roku wiele księgozbiorów pochodzących z ich kolegiów na terenie Rzeczypospolitej zostało przejętych m.in. przez warszawski dom pijarów, który w ten sposób pozyskanymi księgami zasilił podoliniecką bibliotekę. Okazały tedy tamtejszy księgozbiór zwracał uwagę odwiedzających to miasto, dowodem na to są zapiski z roku 1854 Ludwika Zejsznera, przybyłego w celach naukowych na Spisz geologa, geografa, kartografa i krajoznawcy. Ten rozrastający się przez cały czas działania szkoły księgozbiór liczył w roku 1918 ok. 10 tys. woluminów.

Po ustaniu działań wojennych, już w wolnej Czechosłowacji, praktycznie nieuszczuplony podoliniecki księgozbiór ulokowano w Bibliotece Uniwersyteckiej w Bratysławie, skąd w 1975 roku został przewieziony do gmachu Maticy Slovenskiej w Martinie, tam też sporządzono jego dokładny katalog. Następnie zaś – w 1997 roku – biblioteka ta trafiła do klasztoru pijarów w Nitrze, gdzie znajduje się do dziś jako wydzielony zespół historycznej książnicy pijarów na Słowacji. Liczy on nieco ponad 9000 pozycji, w tym ok. 1200 w języku polskim. Tylko znikomą ich liczbę pochodzących z pijarskiej biblioteki w Podolińcu odnaleźć można w innych miejscach – np. w Muzeum Lubowelskim w Starej Lubowli (nieliczne książki otrzymało ono w 2003 roku w darze od pijarów z Nitry), a pojedyncze egzemplarze również na terenie Polski – jak choćby w Sądeckiej Bibliotece Publicznej w Nowym Sączu. W każdym przypadku podoliniecką proweniencję starodruków czy manuskryptów poświadcza znajdująca się na tytułowej stronie dzieła odręczna, wykonana atramentem inskrypcja: Bibliotheca Domûs Podolinensis Scholarum Piarum, Ex Libris Scholar. Piarum Domûs Podolinensis, Conventûs Podolinensis, czy Archivi Podolinensis Scholarum Piarum. Towarzyszy jej niekiedy ręcznie dopisana data sprowadzenia dzieła do Podolińca.

Interesująco przedstawiał się używany przez wykładowców podczas zajęć zbiór pomocy dydaktycznych. Dużą wagę do kompletowania ich, przede wszystkim do matematyki, fizyki i astronomii, przywiązywał Wacław Opatowski (1628–1680), drugi z kolei rektor uczelni. W niedługim czasie swego istnienia dysponowała szkoła znacznym zasobem map i obrazów, globusami, przyborami geometrycznymi i instrumentami pomiarowymi, także kilkoma lunetami do obserwacji astronomicznych. Zbiory używane do nauczania historii naturalnej obejmowały kolekcję minerałów, ziół, owadów, nawet wypchanych zwierząt. Były przez dziesięciolecia wzbogacane, tak, że w końcowym okresie istnienia uczelni tworzyły imponujący zasób. Podolinieccy pijarzy dysponowali też dwoma ogrodami położonymi w pobliżu klasztornego gmachu – otrzymywane w nich zbiory owoców i plony warzyw stanowiły znaczące wsparcie dla klasztornej kuchni. Jeden z nich znajdował się wewnątrz jego murów, a w nim małe alpinarium, służące także jako dydaktyczna pomoc podczas zajęć objętych programem nauczania kolegium.

Wsparciem finansowym dla klasztoru były też opłaty uiszczane przez zamożniejszych scholarów za kwaterę w przyklasztornym konwikcie (bursie). Zyski dawała również sprzedaż przygotowywanych przez zakonników leków dostępnych w klasztornej aptece, a także piwa wytwarzanego przez nich we własnym browarze. Ponadto dodatkowe dochody przynosiła zorganizowana przy konwencie działalność wytwórcza w zakresie obróbki kamienia, metalu i drewna. Podolinieccy pijarzy byli też w dużej część samowystarczalni, jeśli chodzi o wykonywanie na własne potrzeby prac rzemieślniczych z różnych dziedzin.

Pijarski zespół klasztorny w Podolińcu nie był wolny od klęsk, nierzadkich zresztą w tamtych czasach. Były to m.in. powodzie, które zagrażały jemu ze względu na położenie na niskim brzegu i to w bliskości Popradu – jego występujące z brzegów wody, np. w latach 1662, 1682 czy 1813, zalewały otaczający klasztor teren, a nawet i same budynki. Zdarzały się też i pożogi czyniące poważne zniszczenia, jak np. ta w 1669 roku, a zwłaszcza w 1684, kiedy płomieniom uległy kościół i kolegium. Dopełnieniem zaś nieszczęść bywały zarazy ogarniające całe miasto, więc także i konwent – a to w latach 1645, 1664, 1710, 1831 czy 1847.

W klasztornych korytarzach i refektarzu, którego plafon ozdobiono malowidłami al fresco o motywach biblijnych, umieszczono galerię malarskich portretów niektórych papieży i podolinieckich pijarów. Wiadomo, że w refektarzu był wyeksponowany portret założyciela kongregacji pijarskiej św. Józefa Kalasancjusza; konterfekt ten przetrwał bez najmniejszej oznaki uszkodzenia groźny pożar klasztoru w 1684 roku, co poświadczył ks. Idzi Madeyski zapisem z roku 1744.

Wiadomo też o znajdujących się w klasztornej kolekcji konterfektach polskich królów – odwiedzający tamtejsze mury w 1856 roku Teodor Tripplin (1812–1881), doktor medycyny, podróżnik, polski pisarz, powstaniec 1831 roku, napotkał jeszcze w refektarzu portrety sześciu polskich władców: Stefana Batorego, Zygmunta III, Władysława IV, Jana Kazimierza, Michała Korybuta i Jana III oraz kilku swoich przodków – Lubomirskich: fundatora klasztoru Stanisława, jego wnuka Stanisława Herakliusza i prawnuka Teodora Konstantego. Niestety, gdy po trzydziestu jeden latach odwiedzał Podoliniec Walery Eljasz, nie odnalazł już portretów królów, a jedynie znajdujące się w klasztornych korytarzach obrazy ze scenami z żywota św. Józefa Kalasancjusza oraz nieliczne wizerunki związanych z Podolińcem duchownych: reformatora szkolnictwa ks. Stanisława Konarskiego, sufragana kijowskiego Józefa Kalasancjusza Olendzkiego – niegdysiejszego podolinieckiego nowicjusza, Kazimierza Bogatki – pierwszego polskiego pijara, Glyceriusa – także pijara Wacława Opatowskiego oraz kilku innych księży. Jedynie oglądany wtenczas przez Eliasza portret profesora teologii o. Damianusa (zmarłego w Podolińcu w 1729 roku) zachował się – obecnie można go oglądać w bocznej (prawej) kaplicy popijarskiego kościoła. Innych cennych, pochodzących z tej galerii obiektów należy poszukiwać poza Podolińcem – i tak np. portret Stanisława Lubomirskiego (ten z klasztornego refektarza) znajduje się w stałej ekspozycji zamku w Bratysławie, obraz Obiad św. Józefa Kalasancjusza – w klasztorze w Trenczynie, zaś znane przedstawienie tego świętego w nimbie cudownego ocalenia podczas pożogi klasztoru w Podolińcu (w 1684 roku) – w klasztorze pijarów w Budapeszcie. Ponadto także w Muzeum w Starej Lubowli znajdują się pochodzące z podolinieckiej galerii osiemnastowieczne portrety znamienitych pijarów: prepozyta generalnego zakonu o. Ioannesa Felixa Arduiniego, jego prokuratorów generalnych o. Bernardinusa Panicoliego i o. Augustinusa Passantiego, rektora kolegium i przeora o. Stanisława Kalinowskiego, przeora Ambrosiusa Wąsowicza oraz nieznanego duchownego kardynała, a także portrety Stanisława, Jerzego Sebastiana i Stanisława Herakliusza Lubomirskich – starostów spiskich. Kolejnym miejscem, w którym znalazł się ważny zespół malarski o podolinieckiej proweniencji jest Kolegium Pijarów w Prewidzy – do naszych czasów dotrwało tam jedenaście olejnych malowideł na płótnie w charakterystycznych półkolistych ramach11 z liczącego dwadzieścia cztery obrazy cyklu przedstawiającego sceny z żywota św. Józefa Kalasancjusza.

Zachowały się natomiast w podolinieckich murach fragmenty dawnych malowideł naściennych – w wielu miejscach klasztornych korytarzy oraz wspomniane wyżej freski na suficie w refektarzu, odsłonięte w ostatnich latach spod późniejszych nawarstwień malarskich. Także w przedsionku klasztoru odnajdujemy podobną bogatą malarską dekorację, m.in. przedstawiającą sceny z życia św. Józefa Kalasancjusza, polskiego orła z herbem Wazów oraz herb Lubomirskich – Szreniawę bez Krzyża. Na sklepieniu zaś dostrzeżemy znak pijarów – na polu objętym gorejącą aureolą charakterystyczny monogram „MA” (Maria) z umieszczoną nad nim koroną z krzyżem, a pod nim – litery greckie „MP ΘY”. Znak ten można także napotkać na portretach podolinieckich pijarów. W jednym zaś z poklasztornych pomieszczeń znajduje się osiemnastowieczne olejne malowidło na płótnie we wspomnianej charakterystycznej półkolistej ramie, przedstawiające scenę z życia monastycznego pijarów, a pochodzące z dawnej ich podolinieckiej kolekcji.

Kolegium w Podolińcu było też znane z bogatej aktywności muzycznej i teatralnej. Liczne zachowane muzykalia12 – głównie zapisy nutowe – pochodzące z dawnego kolegium oo. pijarów w Podolińcu pozwalają przybliżyć obraz oraz przywołać szczegóły życia muzycznego panującego tam na przestrzeni wielu dziesięcioleci. Zagadnienie to szczegółowo przedstawia w swych opracowaniach Dariusz Smolarek13. Klimat wysokiej kultury muzycznej towarzyszył szkole z chwilą jej powstania, bowiem fundator kolegium, Stanisław Lubomirski, miał na swym dworze jedną z najlepszych ówczesnych kapel muzycznych. Zakonnicy przybywający do podolinieckiego konwentu najczęściej z domów na Morawach stanowili w nim także kadrę edukacyjną w zakresie muzyki, która była tam nauczana od początku jego istnienia. Piastowali oni takie funkcje, jak director chori, praefectus musices, praefectus chori, procurator musicae, promotor musicae, byli też nie tylko autorami tworzonych i zapisywanych na miejscu kompozycji, ale i kopistami nut udostępnianych drogą wymiany z repertuarów innych zakonów z terenu Śląska, Czech, Moraw, a nawet Włoch. W ten sposób podoliniecki zasób zapisów nutowych szybko się rozrastał, osiągając liczbę co najmniej 1900 kompozycji. W archiwalnych zbiorach muzykaliów przeważają utwory osiemnastowieczne, wcześniejszych, siedemnastowiecznych, zachowało się jedynie kilkanaście, zaś znajdujące się na wielu z nich ekslibrisy i pieczęcie z polskim nazewnictwem, sygnatury zakonników czy znaki skryptorów dowodzą niezbicie jej pierwotnej, podolinieckiej proweniencji.

W Podolińcu dominowała muzyka kościelna, śpiewy i wykonania wokalno-instrumentalne lub wyłącznie instrumentalne, więc antyfony maryjne, arie, koncerty, litanie, msze, nieszpory, oficja brewiarzowe, psalmy, sonaty czy symfonie, zaś prócz muzyki o charakterze liturgicznymi sensu stricto występowała ona także w kontekście paraliturgicznym, więc w formie modlitw albo poezji dewocyjnej.

Nie tylko jednak musica sacra rozbrzmiewała w tamtejszych murach, pojawiała się również musica profana, a to na powitanie przybywających tam znamienitych gości lub dla rekreacji, wykonywana, jak poprzednia przez miejscowych muzyków i pod batutą tamtejszych dyrygentów. Zespoły wykonawców miały zwykle cztery głosy wokalne oraz charakterystyczne dla barokowej muzyki tzw. kirchentrio, więc dwoje skrzypiec oraz basso continuo – bas generalny wytwarzany zwykle przez organy. Pojawiały się tu niekiedy dwa lub cztery instrumenty dęte – pary rogów, trąbek, fletów, rzadziej obojów. Należy tu wymienić choćby kilku polskich kompozytorów działających w Podolińcu w XVII stuleciu, a będą to: Franciszek Cesare z Krakowa, Marcin Mielczewski z Warszawy, Bartłomiej Pękiel z Krakowa, Andrzej Rohaczewski z Ołyki i Nieświeża, Jan Stachowicz z Sokołowa (diecezja małopolska) czy Maciej Hiacynt Wronowicz z Włocławka – jak widać, przybywali oni na Spisz z wielu stron Rzeczypospolitej. Inni wówczas, ale też i w następnym stuleciu, docierali tam ze znacznie odleglejszych miejsc – Wrocławia, Wiednia, a nawet Mediolanu. Z polskich kompozytorów tworzących w XVIII wieku w Podolińcu można wymienić takich jak Petrus Kaliszewski, Wojciech Pankiewicz, Josef Weber, wreszcie Albert Wisner.

Ważnym i interesującym przejawem aktywności kulturalnej kolegium w Podolińcu jest składające się na artystyczny klimat uczelni, podobnie jak jej życie muzyczne, także aktywność teatralna. Podolinieccy pijarzy, za przykładem znajdujących się w innych krajach podobnych placówek szkolnych, organizowali spektakle teatralne – były one przeznaczone dla tamtejszych uczniów, którzy także byli ich aktorami. Odbywały się tam w oprawie muzycznej misteria pasyjne (gdzie aktor wcielał się w postacie biblijne); inscenizacje prezentowane były wpierw po łacinie, zaś w następnym XVIII stuleciu już w języku polskim. Pierwsze przedstawienie odbyło się w roku 1668, kiedy to 22 października zaprezentowano inscenizację na cześć dobrodzieja szkoły starosty spiskiego Stanisława Herakliusza Lubomirskiego i jego żony Zofii z Opalińskich. Spektakl został przygotowany przez Jana Baptystę Hanáka – ojca Franciszka od św. Wacława. Wystawiano też tragedię Daniel autorstwa Nicola Avanciniego (1612–1686), włoskiego jezuity. Wydanie utworu w rękopisie w języku polskim nastąpiło w roku 1766 lub wcześniej, zaś autorem przekładu był polski, najprawdopodobniej podoliniecki pijar. Powyższe świadczy, że zapisy tekstów sztuk teatralnych, których autorami byli jezuici, docierały do teatrów szkolnych w kolegiach prowadzonych także przez pijarów. Można wreszcie przypomnieć, że tragedia Daniel była wystawiana przez przywołany w pierwszym rozdziale teatr szkolny kolegium jezuickiego w Krożach. Jej inscenizacja w Podolińcu jest więc dowodem istnienia w tamtych czasach szerokich i żywych kontaktów pomiędzy kolegiami prowadzonymi przez różne domy zakonne na terenie ówczesnej Rzeczypospolitej.

W Podolińcu działali nie tylko tłumacze dzieł obcych autorów, które mogły być tam wystawiane – ich przedstawicielem w drugiej połowie XVIII stulecia był ksiądz Piotr Krasuski, ale też autorzy oryginalnych polskich utworów dramatycznych. Takim właśnie był ksiądz Antoni Wiśniewski, były uczeń tej szkoły, autor Peryklesa, tragedii polskiej, który to utwór napisał w roku 1746 za inspiracją Stanisława Konarskiego. Można tu wymienić i innych absolwentów podolinieckiej uczelni, którzy byli tłumaczami i autorami utworów dramatycznych przeznaczonych dla przedstawień teatralnych, a to Reginalda Bienkiewicza, wspomnianego wyżej poetę Franciszka Ksawerego Dmochowskiego czy Augustyna Ostrowskiego.

Stanisław Lubomirski nie skąpił grosza dla konwentu i kolegium, bowiem prócz uprzednio przywołanego regularnego rocznego wsparcia finansowego przekazywanego na utrzymanie konwentu przeznaczał dodatkowo rocznie 800 złotych polskich na posiłki dla uczniów w szkolnej stołówce, by ubożsi z nich, mieszkający na stancjach u mieszczan, nie musieli dawnym zwyczajem prosić o jałmużnę. Wsparcie takie okazywał również syn Stanisława Lubomirskiego – Jerzy Sebastian, przeznaczający kwartalnie dla klasztoru 810 florenów, a następnie syn tego ostatniego – Stanisław Herakliusz. Oddał on w 1674 roku podolinieckim pijarom pod zarząd – w zamian za zasługi misjonarskie w rekatolizacji Spiszu – parafię w Białej Spiskiej, by osiągane z niej intraty stanowiły dla nich dodatkowe wsparcie materialne (pijarzy zarządzali nią jako proboszczowie do 1852 roku)14. Nadanie to zostało potwierdzone przez Stanisława Herakliusza wymienionym wyżej stosownym dyplomem. Niemniej ze względu na fakt, że władcą zwierzchnim nad będącymi w polskiej administracji miastami spiskimi, w tym i nad Białą Spiską, był nadal król Węgier, pijarzy musieli otrzymać także od panującego wtedy Leopolda I potwierdzenie nadania, co potwierdza jego dyplom z roku 1675. Kolejne wreszcie potwierdzenie tego nadania wyraża dyplom króla polskiego Jana III z 1683 – pamiętnego roku odsieczy wiedeńskiej.

Inni możni również okazywali hojność, jak np. węgierska hrabina Keglévich, która po pożarze klasztornych budynków przeznaczała rocznie pijarom kwotę 100 forintów wraz z dochodem z… sześciu beczek wina. Dotacje na rzecz klasztoru czynili też i inni – np. zamożniejsi rodzice uczniów, przybywający nowicjusze, byli studenci kolegium czy przebywający tam okazjonalni goście, nawet zagraniczni, rewanżujący się materialnie za udzielone schronienie w bardziej niebezpiecznych w ich ojczyźnie czasach. Podolinieccy żacy cieszyli się też podobno, jak głosi przekaz, sympatią zbójników, którzy grasując na podtatrzańskich gościńcach nie tylko nie krzywdzili wędrujących studentów, ale jeszcze hojnie obdarowywali ich groszem na drogę.

Epoka oświecenia przyniosła prądy i stworzyła klimat, które przyczyniły się do dalszego rozwoju pijarskich szkół i umacniania się ich pozycji jako elitarnych dydaktyczno-wychowawczych zakładów. Pozytywnym przeobrażeniom ulegał system organizacji szkolnictwa Rzeczypospolitej, jak i program nauczania szkół różnych szczebli. Wprowadzenie nauczania w języku ojczystym, miast jak dotychczas po łacinie, wychodziło naprzeciw pijarskim postulatom, którzy posiadali wtedy w ok. 50 miejscowościach obu prowincji kraju (koronnej i litewskiej) swe szkoły – co należy podkreślić – z bezpłatnym nauczaniem.

Przez podoliniecką uczelnię na przestrzeni bez mała dwóch stuleci przewinęło się ok. trzydziestu tysięcy studentów(!) – jak na tamte czasy, gdy odsetek kształcących się na poziomie średnim nie był zbyt wysoki, liczba to ogromna. Opuściło ją wielu doskonale wykształconych Polaków, tak świeckich, jak i duchownych. Obejmowali oni następnie ważne stanowiska w administracji, szkolnictwie czy instytucjach kościelnych, przyczyniając się walnie do reformowania kraju w przełomowych, niosących nowe wyzwania, ale też i coraz silniej odczuwalne zagrożenia, czasach. Absolwenci innych narodowości po opuszczeniu Podolińca wracali do swych krajów, by tam swą pracą i postawą dawać świadectwo wysokiego poziomu szkoły; bywało jednak, że zostawali w Rzeczypospolitej – służąc nowej ojczyźnie wiedzą, rzetelną pracą i obywatelską lojalnością.

Do wybitnych, związanych z Podolińcem, postaci – by wymienić tych najbardziej znanych – należy wspomniany już pijar Stanisław (właściwe imię Hieronim) Konarski (1700–1773), prekursor polskiego oświecenia i reformator szkolnictwa, poeta, publicysta i dramaturg – w latach 1715–1717 kandydat w tamtejszym nowicjacie, a następnie po jego ukończeniu do 1722 roku wykładowca syntaksy, poetyki, filozofii i retoryki, wreszcie późniejszy założyciel Collegium Nobilium w Warszawie. Kolejnymi wielkimi postaciami podolinieckiej szkoły byli pijar Franciszek Ksawery Dmochowski (1762–1808), w 1718 roku w podolinieckim nowicjacie, nauczyciel, poeta, krytyk, historyk i tłumacz Homera (pełny przekład Iliady i fragmentów Odysei), Wergiliusza i Horacego, współpracownik w dziedzinie publicystyki Kuźnicy Kołłątajowskiej i współzałożyciel Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Warszawie, oraz pijar Franciszek Siarczyński (1758–1829), historyk, poeta, tłumacz, edytor, pierwszy dyrektor Księgozbioru Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie (przywiezionego tam z Wiednia w 1827 roku). Inni znani wychowankowie tej uczelni to Stanisław Małachowski (1736–1809) – starosta sądecki i marszałek Sejmu Wielkiego, ks. Stanisław Papczyński (1631–1701) – kapelan króla Jana III oraz ks. Idzi Madeyski (1691–1746), autor Historii życia Józefa Kalasancjusza.

Wspomnieć też należy o znanych Słowakach będących absolwentami podolinieckiej szkoły. Jednym z nich jest Jozef Pantaleón Roškovský (1734–1789), kompozytor kościelnej muzyki barokowej, organista, autor śpiewników, kolejnym także pijar Jozef Karol Pertes (1781–1822), poeta i wybitny pedagog.

Fragment mapy Starostwa Spiskiego Franciszka Czakiego (1762)

Przełomową i tragiczną zarazem dla szkoły datą jest rok 1769, kiedy to trzy lata przed pierwszym rozbiorem Polski Józef II Habsburg, współrządzący państwem najstarszy syn cesarzowej austriackiej Marii Teresy, doprowadził (zresztą wbrew woli matki) do zbrojnego zajęcia starostwa spiskiego, a w rok później – nowotarskiego, czorsztyńskiego i sądeckiego. Okupacja tych czterech polskich starostw przez Austrię trwała do 1772 roku – daty I rozbioru Rzeczypospolitej, kiedy to trzynaście miast polskiego Spiszu zostało wcielonych do komitatu (odpowiednik polskiego województwa) spiskiego Królestwa Węgier (istniejącego nominalnie, bo faktycznie było częścią państwa Habsburgów), pozostałe natomiast trzy starostwa weszły w skład Galicji15.

Podoliniec natomiast, i pozostałe dwa miasta dawnego okręgu lubowelskiego – Lubowla i Gniazda, po krótkim okresie zawieszenia ich statusu, zostały w 1778 roku dołączone do wspomnianych trzynastu miast, natomiast ostatecznie wcielone do tego komitatu dopiero w 1827 roku, niemniej jego pijarska uczelnia znajdowała się już od roku 1769 na terytorium obcego państwa. Stan ten oznaczał definitywnie, początkowo formalnie, ale niebawem i faktycznie, kres więzi kolegium z Rzecząpospolitą – jej administracyjnym zwierzchnictwem, systemem szkolnym i na wskroś polskim klimatem kulturowym, utrwalonym przez dotychczasowe programy nauczania (opierające się na wskazaniach Komisji Edukacji Narodowej), polski język wykładowy, przeważającą polską kadrę nauczycielską, zalecane i stosowane przez nią podręczniki, wreszcie także skład uczniowski, w którym dominowali Polacy. Dla zaborcy było oczywiste także i to, że władający kolegium pijarzy podlegający polskiej prowincji nie będą skutecznymi realizatorami polityki oświatowej, mającej służyć innym niż dotychczas interesom państwowym, bo służebnym w tym wypadku wobec wymagań i oczekiwań zaborczej monarchii. W zaistniałej sytuacji, w porównaniu ze stanem sprzed 1769 roku, mniej uczniów napływało już do niego z terenów Rzeczypospolitej, przyjazdy ich do Podolińca były zresztą dodatkowo utrudnione przekraczaniem dwóch granic – pierwsza dzieliła ziemie polskie od austriackiej Galicji, druga zaś – Galicję od węgierskiego Spiszu. Dom pijarski w Podolińcu był podporządkowany polskiej prowincji jedynie do roku 1782, pięć lat później podlegał już diecezji spiskiej. Obowiązywało zresztą w nim już wcześniej prawo węgierskie.

Kolegium zaczęło więc tracić charakter polskiej uczelni – zaborca zastąpił bowiem polski język wykładowy niemieckim, ponadto regulamin szkolny i zasady nauczania zostały zmienione w myśl przeprowadzonej w 1777 roku, za panowania Marii Teresy, reformy oświaty – Ratio Educationis16, której przepisy obowiązywały w Królestwie Węgier i jego prowincjach. W ich następstwie wprowadzono zmiany programowe, w 1780 roku istniejąca tam szkoła średnia została przekształcona w gimnazjum, z którego usunięto polską kadrę, wprowadzając na jej miejsce nauczycieli – Niemców, i tym samym niemiecki język wykładowy. Polskim pijarom pozostawiono zajęcia wykładowe przeznaczone dla duchownych, m.in. w nowicjacie. Obawa przed zlikwidowaniem klasztoru na fali kasat józefińskich, a tym samym i szkoły, została zażegnana przejęciem domu pijarów w Podolińcu przez ich prowincję węgierską (we wspomnianym wyżej 1782 roku) – tak więc z tą datą dawna polska pijarska uczelnia stała się szkołą węgierską. Po ośmiu latach poniechano nauczania w języku niemieckim, zastępując go nadal powszechną w krajach Korony św. Stefana łaciną. Królestwo Węgier, silnie zróżnicowane pod względem narodowościowym i religijnym, nie było jednakże państwem w pełni niezależnym, zaś ambicjom austriackim ujawniającym wobec niego zamiary germanizacyjne przeciwstawiała się tendencja węgierskich elit, by ukształtowanie się go w zwarty organizm zostało osiągnięte poprzez konsekwentną madziaryzację. Używany tam od stuleci język łaciński jako urzędowy oraz w ośrodkach miejskich niemiecki były zastępowane przez język narodowy, węgierski. Zamieszkujący północne ziemie ówczesnych Węgier (więc także i Spisz) Słowacy i Niemcy przeciwstawiali się naciskom madziaryzacyjnym. Niestety głosu nadal licznej polskiej społeczności Spiszu nie miał kto wysłuchać, urzędowo bowiem nie zauważano jej i podczas przeprowadzanych spisów zaliczano do Słowaków, zacierając także i w ten sposób dawne kilkusetletnie związki tej ziemi z nieistniejącą już Rzecząpospolitą. Mimo to nadal występowała jeszcze przewaga uczniów polskich – na wszystkich 314 w roku 1815, było ich 232, w tym 178 z Galicji.

W podolinieckiej szkole nadal językiem wykładowym pozostawała łacina – plany zastąpienia jej węgierskim nie były realizowane z powodu braku znajomości tego języka przez kadrę nauczycielską, ale też i dlatego, że zniechęcałyby uczniów innych narodowości, w tym i przybywających z terenów polskich, do podejmowania nauki w trudnym dla nich do opanowania języku. Ci ostatni zwłaszcza, a licznymi wśród nich byli mieszkańcy Galicji, więc także i podhalańscy górale, cenili sobie tamtejsze wykształcenie, co zauważył w swych zapiskach z 1832 roku Seweryn Goszczyński (1801–1876):

Najupodobańsze im szkoły są księży Pijarów w (sic!) Podoleńcu na Spiżu. Tam powszechnie oddają swoje dzieci i stamtąd wielu wychodzi po zupełném ukończeniu szkół. Spotkasz nieraz gorala za pługiem albo bacą śród gór który słuchał filozofii, umie po łacinie, a dziś uprawia rolę albo dowodzi trzodami17.

Jednakże nawet wtenczas, gdy węgierski mocą dekretu z 1844 roku stał się obowiązkowym językiem wykładowym, w podolinieckiej szkole nauczanie po łacinie utrzymało się do 1849 roku. W tym też roku, w następstwie stłumienia Wiosny Ludów, władze austriackie w ramach reorganizacji szkolnictwa średniego zlikwidowały wiele lokalnych szkół, zwłaszcza tych znajdujących się w mniejszych miejscowościach. Taki los spotkał pijarskie gimnazjum w Podolińcu, którego zamknięcie zostało dopełnione odebraniem mu przez rząd węgierski probostwa w Białej Spiskiej, pozbawiającym tym samym zakonników dochodów.

Mimo likwidacji szkoły mogli jednak pijarzy zachować posiadanie budynku klasztornego wraz z wyposażeniem. Na skutek usilnych starań miejscowej ludności w 1866 roku przywrócono do życia szkołę w postaci niższego, czteroklasowego gimnazjum. Jego kadra nauczycielska nie była tak liczna jak niegdyś, także niezbyt wielu uczniów pobierało w nim naukę. Jeśli więc zważymy, że było ich, mimo stopniowego powiększania się szkoły w ostatnich dekadach XIX w., poniżej stu, zaś z chwilą objęcia kolegium przez Węgry w 1772 roku liczba studentów dochodziła do czterystu, uświadomimy sobie skalę degradacji tej świetnej niegdyś uczelni.

Mimo to jeszcze w drugiej połowie XIX wieku Polacy, najczęściej pochodzący z dawnego polskiego Spiszu, byli znaczącą grupą wśród wyraźnie zmniejszającej się liczby podolinieckich uczniów, np. w roku 1882 wśród 40 stanowili połowę. W szkole panował wszechwładnie język węgierski, w nim też sporządzano szkolne dokumenty, dlatego też nazwiska uczniów były zapisywane w węgierskiej ortografii, acz zgodnie z fonetyką słowacką – przykładem niech będzie nazwisko „Czarnogórski” zapisane jako „Csarnogurszky”). Coraz mniej Polaków przybywało do podolinieckiej szkoły z Galicji, a jeśli tak, to jedynie z nieodległych jej stron: sądecczyzny, nowotarszczyzny i dalszego Podhala, jak Józef Stolarczyk (1816–1893), pochodzący z Wysokiej pod Jordanowem przyszły pierwszy proboszcz zakopiańskiej parafii. Słuchaczem w Podolińcu był również pochodzący z Nowego Sącza ks. Józef Leopold Kmietowicz (1819–1859) – jeden z przywódców chochołowskiego poruseństwa (powstania) w 1846 roku.

 

Portret księdza Józefa Stolarczyka (mal. Czesław Skawiński, ol. pł., 1968 - kancelaria parafii p.w. Świętej Rodziny, Zakopane)

Sława podolinieckiej uczelni nieubłaganie gasła. Dawna bogata szkolna podoliniecka biblioteka przestała faktycznie istnieć z powodu przekazania księgozbiorów do innych pijarskich szkół na terenie Węgier. Niszczało także archiwum, będące cenną kroniką uczelni oraz pozbawione praktycznie opiekunów dawne wyposażenie. Znacznego uszczerbku doznała też tamtejsza galeria malarstwa, z której zachowały się jedynie wizerunki niektórych znaczniejszych pijarów. Smutne spostrzeżenia zawarł Roman Pollak w opisie swej wizyty z harcerzami w Podolińcu w lipcu 1914 roku:

W kolegium i spiskich kościołach umilkła mowa polska. A dziś? Gmach kolegium dotąd stoi, na korytarzach portrety zasłużonych Polsce Pijarów, a między nimi i Konarski jakiemiś surowemi patrzy oczyma18.

Ta z ducha węgierska szkoła trwała do 1919 roku – 20 kwietnia wystawiono ostatnie jej świadectwo szkolne. Powyższa data kończy tedy ponad dwustupięćdziesięcioletni okres działalności pijarskiej podolinieckiej uczelni.

Po zakończeniu I wojny światowej, mimo podejmowanych przez Polskę w latach 1918–1920 zabiegów o przywrócenie jej władania na obszarze dawnego polskiego Spiszu, znalazł się on ostatecznie w granicach nowopowstałej Czechosłowacji. Wtedy też dopełniło się zniszczenie pozostałości po dawnym pijarskim kolegium. Pijarzy zostali zmuszeni do opuszczenia Podolińca, zaś budynek klasztorny zajęło wojsko czeskie, które przebywało w nim od jesieni 1918 do wiosny 1920 roku. Pozostawione przez odchodzących dawnych właścicieli wyposażenie zostało niebawem, bo w 1922 roku, częściowo sprzedane lub wywiezione do innych słowackich miast – Bratysławy i Św. Jura, a nawet za granicę, do Budapesztu. Félix Szepésy, rektor podolinieckiego domu pijarów i ostatni strażnik pozostawionego tam przez nich mienia z żalem wtedy napisał w historii pijarskiego domu: „Teraz to musimy porzucić stare gniazdo, kolebkę naszego rodu”19.

Po opuszczeniu przez wojsko, popijarski zespół w Podolińcu przejęli redemptoryści, przebywali w nim w latach 1922–1927, a następnie (drogą zakupu od pijarów w 1941 roku za 170 tysięcy koron) stali się jego właścicielami. Po II wojnie światowej komunistyczne władze czechosłowackie urządziły tam (w latach 1950–51) obóz koncentracyjny, w którym więziono 553 zakonników zwiezionych z terenu Słowacji. W następnych latach (1956–1961) znalazł tam siedzibę zakład charytatywny, a dwa lata później także i internat szkoły specjalnej. Po zmianach ustrojowych w 1989 roku powrócili do podolinieckiego klasztoru jego prawowici właściciele – redemptoryści, którzy odremontowali kościół i część zajmowanego na swe potrzeby popijarskiego konwentu. W pozostałych jego skrzydłach znalazły miejsce instytucje społeczne: prowadzona od 1991 roku przez redemptorystów specjalna szkoła zawodowa z internatem i dom dziecka – obie placówki imienia św. Klementa Hofbauera – oraz Centrum Wolnego Czasu ojca Augustína Krajčíka.

Nawa kościoła popijarskiego w Podolińcu 

W dzisiejszym Podolińcu, mimo nieprzychylnego losu, który stał się udziałem całego miasteczka, ale przede wszystkim dawnego pijarskiego klasztoru i kolegium, napotkamy mimo wszystko wiele śladów poprzedniej świetności. Zachował się dawny, średniowieczny układ urbanistyczny miasta z rynkiem okolonym malowniczą zabytkową mieszczańską zabudową, która wraz z dominującymi w architektonicznym krajobrazie Podolińca kościołami, popijarskim i farnym, niesie klimat minionych epok – gotyku, renesansu i baroku. Należy też wspomnieć o zachowanej do dziś na obrzeżach miasta, a pamiętającej średniowieczne czasy cmentarnej kaplicy św. Anny (dawnego kościółka), której zabytkowe wyposażenie można nadal podziwiać.

Nie dotrwał natomiast do dzisiejszych czasów podoliniecki zamek będący niegdyś siedzibą starostów z rodu Lubomirskich, którego zrujnowane mury rozebrano w połowie wieku XIX. Z niewielkiej ich części powstał w 1903 roku zupełnie odbiegający od jego dawnego wyglądu budynek ratusza, w którym obecnie mieści się urząd miejski. Tylko kamienna, wtopiona w jego fasadę tablica z herbem Lubomirskich – Szreniawą bez Krzyża – i łacińską inskrypcją poświęconą rozbudowie zamku przez starostę Sebastiana Lubomirskiego z końca XVI stulecia jest jedyną jego zachowaną do dziś pozostałością20. Oto jej tekst:

DOMVM HANC VETVSTATE DESTRVCTA ET RVI
NA MINANTE MAGNIFICVS DOMIN SEBASTIANVS
LVBOMIRSKI DE LVBOMIERS, CASTELLAN MALOGOSEN
SIS ZVPPARI, CRACOVIENSIS SANDECENSIS SCEPVSIENSIS
DOPCZICZINSIS ET CAPITANEVS DOMIN, ET HÆRES
IN WISZNICZ OPERA ET SVMPTV SVO RESTAVR
VIT ET EXORNAVIT ANNO MDXCIII

który można przetłumaczyć następująco:

DOM TEN STARY ZNISZCZENIEM I RUINĄ
ZAGROŻONY, WSPANIAŁY PAN SEBASTIAN
LUBOMIRSKI Z LUBOMIERZA, KASZTELAN MAŁOGOSKI,
ŻUPAN KRAKOWSKI, SĄDECKI, SPISKI,
DOPCZYCKI I STAROSTA, PAN SIEDZĄCY
NA WIŚNICZU, DZIAŁANIEM I KOSZTEM PONIESIONYM
OŻYWIŁ I OZDOBIŁ W ROKU 1593 [tłum. – J.S.]

Dziś już tylko resztki murów obronnych z basztami świadczą o dawnej pozycji miasta jako niegdysiejszego ufortyfikowanego ośrodka.

Znikła także etniczno-kulturowa różnorodność miasteczka, gdy potomkowie niemieckich kolonistów opuścili z końcem II wojny światowej Spisz, podobnie jak Madziarzy, którzy wyjechali do swej ojczyzny. Zatracił się wreszcie silny jeszcze na początku XX wieku, bo stanowiący ponad jedną trzecią liczby mieszkańców, żywioł polski, coraz skuteczniej ulegający słowakizacji.

Próżno też dziś szukać w popijarskich klasztornych murach dawnego bogatego wyposażenia kolegium. Uległo ono w najlepszym razie rozproszeniu, ale także niestety i w znacznej części rozgrabieniu oraz bezpowrotnemu zniszczeniu nie tylko w schyłkowym okresie działalności szkoły, ale przede wszystkim z chwilą jej likwidacji i wywózek popijarskiego mienia. Tak jak wyżej wspomniano, poszczególne obiekty czy większe zespoły księgozbiorów, archiwaliów czy malarstwa z podolinieckich zbiorów można napotkać dziś i na Słowacji, i na Węgrzech, a także i w Polsce. Tam to na stronach tytułowych odszukanych starodruków nierzadko odczytamy wyblakłą, często „rozlewającą się” w papierze odręczną, atramentową wzmiankę świadczącą o pochodzeniu ich z dawnego pijarskiego kolegium w Podolińcu – jest to nadal dotykalny, lecz z upływem lat coraz mniej wyraźny ślad istnienia sławnej tamtejszej uczelni.

Słów kilka na zakończenie

Powstanie uczelni w Podolińcu, jej funkcjonowanie i pozostawione przez nią dziedzictwo jest w całościowym ujęciu zjawiskiem wyjątkowym. Złożyło się na to kilka przyczyn. Uczelnia ta znajdowała się w państwie o wielkim obszarze, wielonarodowym i wielokulturowym – ówczesnej Rzeczypospolitej. Koegzystowały na niej różne narodowości (Polacy, Niemcy, Słowacy, Rusini – by wymienić najliczniejsze), a co za tym idzie i języki lokalne, ale też i różne religie (katolicyzm rytu łacińskiego i greckiego, protestantyzm). Ważne jest też i to, że czas powstawania uczelni poprzedzony był przyjęciem ustawy zwanej Konfederacją warszawską (rok 1573), dającej początek prawnie gwarantowanej tolerancji religijnej. Ponadto należy podkreślić, że Rzeczpospolita wraz z innymi państwami europejskimi tego czasu tworzyły od stuleci ówczesną unię europejską, która była faktycznie unią chrześcijańską, zespoloną ponadto jednym wspólnym językiem kultury wysokiej – łaciną. Powstanie tej prowadzonej przez pijarów szkoły było także efektem realizowanej wtenczas przez państwo polityki wyznaniowej; z jednej strony w duchu prawem zagwarantowanej tolerancji, z drugiej – w trudnym czasie umacniającej się kontrreformacji mającej skłonić zwolenników religijnych nowinek do odejścia od nich. Zwrócić też należy tu uwagę, że początkowy okres działalności uczelni w Podolińcu przypadał na epokę baroku, kolejne zaś dziesięciolecia – na epokę oświecenia, obie bogate w wyrazisty dorobek tak w sferze sztuki, jak i filozofii. Szkoła ta powstała w szczytowej fazie rozwoju kraju, kończyła zaś swój żywot wraz z jego upadkiem. Można być niemal pewnym, że gdyby nie zawieruchy dziejowe i przyniesione przez nie rozbiory kraju oraz destrukcyjne czasy, które zapanowały w ich następstwie na długie dziesięciolecia, to dziś prawie zupełnie zapomniane miasto bez wątpienia zachowałoby swój dawny status i cieszyłoby się prawdziwie europejskim prestiżem. A jego szkoła, znając jej trwającą przez dziesięciolecia, a nawet wieki, chlubną działalność i wybitne, promieniujące także poza granice ówczesnej Rzeczypospolitej osiągnięcia edukacyjne i kulturotwórcze, świeciłyby blaskiem niczym sławne uniwersytety w Cambridge i Oksford.

Do dziś zachowała się dawna siedziba uczelni w Podolińcu w prawie niezmienionej postaci zespołu kościelno-klasztornego, będącego nadal przykładem imponującego swym rozmachem barokowego założenia architektonicznego. Odwiedzenie jej, mimo że będzie to już tylko sentymentalna podróż w czasy nie tyle odległe, co bezpowrotnie zaprzeszłe, przywoła wyobrażenie dawnej świetności tego miejsca, będącego znaczącą dominantą w kulturowym krajobrazie rozległej i potężnej ówczesnej Rzeczypospolitej, a nawet i Europy.

Popijarski zespół kościelno-klasztorny w Podolińcu (obecnie należący do redemptorystów)

Wiele osób okazało mi bezinteresowną życzliwość i pomoc w dotarciu do historycznych materiałów, zaś gospodarze podolinieckiego klasztoru i kościoła umożliwili wykonanie w nich dokumentalnych zdjęć. Składam tedy im wszystkim najlepsze podziękowanie, a są to: w Słowacji, w Podolincu – brat Michal Zamkovský i jego konfratrzy redemptoryści zajmujący dawny popijarski zespół i ksiądz Ján Stašák, proboszcz parafii rzymskokatolickiej; w Prewidzy – ojciec Tomáš Hud’a, rektor Kolegium Pijarów; w Starej Lubowli – dr Dalibor Mikulík, dyrektor Muzeum Lubowelskiego oraz jego pracownicy: Panie Monika Pavelčikova i Františka Marcinová; zaś w Nitrze – ojcowie pijarzy: dr Juraj Gendiar, rektor Pijarskiego Gimnazjum, i dr František Čelovský; na Węgrzech, w Budapeszcie – dr Bálazs Károly, historyk, oraz dr Koltai András, archiwista Centralnego Archiwum Węgierskiej Prowincji Pijarskiej; w Polsce – Pani Agnieszka Szmerek z Archiwum Polskiej Prowincji Zakonu Pijarów oraz Pani Anna Studnicka, kierowniczka Sekcji Reprodukowania Zbiorów i Sprzedaży z Muzeum Narodowego; w Nowym Sączu – Pani Barbara Pawlik, dyrektor Sądeckiej Biblioteki Publicznej.


1 Dominium lubowelskie obejmowało trzy miasta: Lubowlę, Gniazda i Podoliniec, ponadto trzynaście zastawnych miast spiskich to: Biała Spiska, Lubica, Matejowce, Nowa Wieś Spiska, Poprad, Ruskinowce, Spiska Sobota, Spiskie Podgrodzie (bez spiskiego zamku), Spiskie Włochy, Straże, Twarożne, Wielka i Wierzbów oaz piętnaście wsi (wraz z przynależnymi im terenami).

2 Srebro to pochodziło z odszkodowań wypłaconych Polsce przez Krzyżaków po zawartym w następstwie klęski grunwaldzkiej pokoju toruńskim w 1411 roku. Zygmunt Luksemburski nie tylko potrzebował większej sumy na prowadzenie wojny z Wenecją, ale też pragnął jako stronnik Krzyżaków w jakimś sensie pozbawić Polskę ich walorów oddanych Jagielle. Akt zastawu, podpisany w Zagrzebiu (8 listopada 1412 roku), został zrealizowany na zamku w Niedzicy (zwanym zamkiem Dunajec); mimo wyraźnych zapisów umowy, a także definitywnego utracenia przez Polskę (po ponad trzystu latach) tych terenów, pożyczka ta nigdy nie została spłacona (w 1769 roku zajęła je Austria, w 1770 – weszły w skład Węgier; na przełomie lat 1918/1919 odradzająca się Polska próbowała odzyskać część terenów i kilka miast dawnego zastawu spiskiego, wśród nich znajdował się Podoliniec – planowany plebiscyt nie odbył się i w lipcu 1920 roku Rada Ambasadorów państw alianckich przyznała te tereny Czechosłowacji; obecnie, od 1993 roku, znajdują się one w granicach Słowacji).
3 Wybitny polski kartograf wywodzący się z węgierskiej szlacheckiej rodziny Csáky de Keresztseg. Wpierw był kapitanem artylerii saskiej, później koronnej, a następnie, od 1766 roku, nadwornym geografem i inżynierem króla Stanisława Augusta. Sporządzona przez niego mapa starostwa spiskiego została wydana w miedziorycie – oryginalny egzemplarz znajduje się w kolekcji dra Tomasza Niewodniczańskiego przechowywanej w bibliotece Zamku Królewskiego w Warszawie. Mapa Starostwa Spiskiego Franciszka Floriana Czakiego (1762), red. Z. Ładygin, „Zeszyty Tatrzańskie” 3, Zakopane 2013.
4 Józef Kalasancjusz został wyniesiony do chwały błogosławionych w 1748 roku, do katalogu świętych został wpisany dziewiętnaście lat później.
5 M. Gotkiewicz, Trzy wieki Kolegium Podolinieckiego (1642–1942), „Nasza Przeszłość”, t. XV, 1962.
6 Tamże.
7 Pierwsza prowadzona przez pijarów szkoła powstała w Warszawie w 1642 roku.
8 Centralne Archiwum Węgierskiej Prowincji Pijarskiej w Budapeszcie, teka Acta domus Podolinensis (dawny zespół Podolinum).
9 Tamże, Nomina discipulorum Podolinii Scholas Pias apud R. Patres Pauperes frequentantium, 1643-1670 (pudło 7, fond d4 pod, nr Lib. 23). Pijarzy. Piaristi. Pietas et Litterae, [katalog wystawy], red. M. Marcinowska, Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu (Polska), Muzeum Lubowelskie w Starej Lubowli (Słowacja), Nowy Sącz 2004, s. 35, Andres Koltai.
10 Tamże (kolejno: Diplomata fundationum nr 1, Diplomata fundationum nr 2, Diplomata fundationum nr 3, Diplomata fundationum nr 4).
11 Półkolisty kształt i rozmiar ram wynikał z konieczności dopasowania ich do kształtu miejsc, w których obrazy były zawieszane: na ścianach, między liniami przenikania się z nimi łuków sklepień.
12 Dziś m.in. w Państwowym Archiwum w Modrej k. Bratysławy, Słowackim Muzeum Narodowym w Bratysławie, Państwowym Archiwum w Lewoczy (Słowacja) czy Muzeum Narodowym w Krakowie. Zachowane muzykalia zostały wpisane do Międzynarodowego Repertuaru Źródeł Muzycznych „RISM” (Répertoire International des Sources Musicales).
13 D. Smolarek, Katalog tematyczny muzykaliów z klasztoru w Podolińcu, Lublin 2009; tenże,Polonica w muzykaliach klasztoru pijarów w Podolińcu, „Muzyka” LII, 2007, nr 1 (204); tenże, Śpiewnik CANTUS CATHOLICI z kolegium pijarów w Podolińcu, „Annales Lublinenses pro Musica Sacra” 2014, nr 5.
14 Objęcie przez podolinieckich pijarów parafii w Białej Spiskiej stanowiło część szerszego zamierzenia prowadzącego do rekatolizacji Spiszu w dobie kontrreformacji. Dla uzyskania w tej kwestii podstawy prawnej, gorliwy w jej prowadzeniu misjonarz o. František Hanák od św. Wacława zwrócił się z prośbą do króla polskiego Michała Korybuta o usankcjonowanie rekatolizacji w trzynastu miastach spiskich. Władca ten udzielił takowego pozwolenia wydaniem w 1671 roku dyplomu o swobodzie wyznania w nich wiary rzymskokatolickiej.
15 Tak potocznie nazywano austriacki kraj koronny – Królestwo Galicji i Lodomerii istniejące w latach 1772–1918.
16 Kolejne przepisy oświatowe zostały przez Austrię wprowadzone w 1806 i obowiązywały do roku 1848.
17 S. Goszczyński, Dziennik podroży do Tatrów, Petersburg 1853.
18 R. Pollak, Wyprawa skautów śląskich przez Orawę i Tatry na Spisz, wstęp E. Romer, Lwów 1919
19 J. Havran, Dejiny piaristického kolegia v Podolínci, [w:] Podolínec 1642–1992. Navrat k prameňom, Prewidza 1992
20 Sebastian Lubomirski (ok. 1546–1613), żupnik i burgrabia krakowski, kasztelan małogoski, biecki i wojnicki, starosta sandomierski, sądecki i spiski, twórca potęgi rodu.
 

 

Bibliografia – wybrane pozycje

Adamczyk M.J., Szkoły pijarskie w Podolinie i ich związki z Polską 1643–1848, Wrocław 1995.

Chalupecký I., Piaristycké kolégium v Podolinci / Pijarskie kolegium w Podolińcu, tłum. T. Królczyk, „Pogranicze polsko-słowackie, Rocznik Euroregionu Tatry” 2002.

Goszczyński S., Dziennik podroży do Tatrów, Petersburg 1853.

Gotkiewicz M., Trzy wieki Kolegium Podolinieckiego (1642–1942), „Nasza Przeszłość”, t. XV, 1962.

Havran J., Dejiny piaristického kolegia v Podolínci, [w:] Podolínec 1642–1992. Navrat k prameňom, Prewidza 1992.

Kmietowicz W., Muszynianie w kolegium oo. Pijarów w Podolińcu, „Almanach Muszyny” 2008.

Kotvan I., Inkunábuly na Slovensku, Matica Slovenská 1979.

Mapa Starostwa Spiskiego Franciszka Floriana Czakiego (1762), red. Z. Ładygin, „Zeszyty Tatrzańskie” 3, Zakopane 2013.

Pijarzy. Piaristi. Pietas et Litterae, [katalog wystawy], red. M. Marcinowska, Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu (Polska), Muzeum Lubowelskie w Starej Lubowli (Słowacja), Nowy Sącz 2004.

Orłowicz M., Ilustrowany przewodnik po Spiszu, Orawie, Liptowie i Czadeckiem, Warszawa 1921.

Oszczęda W., Z kart historii spiskiego Podolińca. Dzieje miasta, „Almanach Muszyny” 2003.

Pinkwart M., Północna Słowacja. Przewodnik krajoznawczy dla zmotoryzowanych, Łódź 1996.

Pollak R., Wyprawa skautów śląskich przez Orawę i Tatry na Spisz, wstęp E. Romer, Lwów 1919.

Sas Zubrzycki J., Skarb architektury w Polsce, T. IV, Kraków 1913–1916 (całość t. I–IV wydano w latach 1907–1916), tablice nr 315, 316.

Skłodowski J., Podoliniec – „Spiski Oxford”, „Nasza Rota” 2012, nr 3; „Bunt Młodych Duchem” 2014, nr 4 (80).

Skłodowski J., Szkoła Europy, „Tygodnik Podhalański”, R. IV, nr 16 (172), 25.04.1993.

Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, t. IV, nakładem W. Walewskiego, Warszawa 1887 (Podoliniec).

Smolarek D., Katalog tematyczny muzykaliów z klasztoru w Podolińcu, Lublin 2009.

Smolarek D., Polonica w muzykaliach klasztoru pijarów w Podolińcu, „Muzyka” LII, 2007, nr 1 (204).

Smolarek D., Śpiewnik CANTUS CATHOLICI z kolegium pijarów w Podolińcu, „Annales Lublinenses pro Musica Sacra” 2014, nr 5.

Trajdos T.M., Trzy miasta spiskie, „Almanach Muszyny” 1993.

Wilczek W., Kolegium pijarów w Podolińcu (cz. 1), „Tatry” TPN 2014, nr 3 (49).

Wilczek W., Kolegium pijarów w Podolińcu (cz. 2), „Tatry” TPN 2014, nr 4 (50).

Zienkowicz L., Les costumes du peuple polonais suivis d’une description exacte de ses moeurs, de ses usages et de ses habitudes: ouvrages pittoresques, réd. et publ. par L. Zienkowicz, Paris: Librairie Polonaise, 1841.


Tekst i fotografie: dr Jan Skłodowski

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

Stowarzyszenie "Res Carpathica" wydało w formie elektronicznej wspomnienia Pawła Wiejacza z jego wędrówek po Gorganach. Książka ma tytuł "Wycieczki po Gorganach" i jest dostępna na stronie naszego Stowarzyszenia. Poniżej prezentujemy fragment opowieści. Zachęcamy do lektury całości.

Książka do ściągnięcia pod adresem: www.rescarpathica.pl/extdoc/Artykuly/WycieczkiPoGorganach_PawelWiejacz.pdf


Przed wycieczką kolejnego dnia Sasza przestrzegł nas, że będzie ciężko. Naszym celem była Doboszanka, uchodząca za symbol gorgańskiej dzikości. Przed drugą wojną światową utworzono tam tzw. rezerwat turystyczny, wolny od znakowanych szlaków - faktycznie chodziło o zachowanie terenów myśliwskich dla prezydenta Rzeczypospolitej. Czasy się zmieniły, ale idea rezerwatu trwa. Doboszanka jest dzisiaj objęta zapowidnykiem (rezerwatem) "Gorgany". Główny wschodniokarpacki szlak turystyczny skrzętnie ją omija. Na terenie rezerwatu obowiązuje zakaz biwakowania i formalnie jest okresowy zakaz wstępu od maja do czerwca, potem we wrześniu, ale nikt tego nie sprawdza i nie egzekwuje. Sama góra składa się z kamieni, w niższych partiach porośnięta kosówką. Terenów wypasowych na Doboszance nie ma i tym prawdopodobnie należy tłumaczyć wyjątkową jej dzikość. Turystycznie jednak nie jest to szczyt trudny - poza tym że jest odległy, a dojścia są trudne orientacyjnie. Ścieżki istnieją - trzeba jednak o nich wiedzieć. Są nieznakowane i łatwo je zgubić.

 Wyjechaliśmy o 7 rano gruzawikiem, który już znalazł swoją tylną klapę i tym razem bez przystanków --- pewnie dlatego, że od razu skręciliśmy w lewo w dolinę Doużyńca i wyjechaliśmy z centrum wsi. Przejeżdżaliśmy jedynie przez przysiółki zwane Stadnice czy Hundy --- ale domy stały tu rzadko i nie było żadnych sklepów. W różnych miejscach w dolinie widać było za to nasypy, a nad bocznymi potokami przyczółki dawnych mostków. Były to resztki po kolejce wąskotorowej --- lokalnie zwanej uzkokolejką --- która do Rafajłowej prowadziła z Nadwórnej (35 km). W Rafajłowej - w miejscu obecnego domu kultury - był dworzec, na którym kolejka dzieliła się na dwie odnogi - dolinami Doużyńca i Salatruka. Kolejka przetrwała do 1973 r., kiedy powódź uszkodziła wiele nasypów, a odbudowę uznano za nieopłacalną. Do kolejnej powodzi w 1980 r. przetrwało jedynie odgałęzienie w dolinie Salatruka, eksploatowane lokalnie. Dziś można sobie jedynie wyobrażać widok parowozu i wagoników w pięknej górskiej dolinie.

Do pierwszych dwóch przysiółków dałoby się dojechać zwykłym samochodem, potem jednak zaczęło się błoto, a w nim koleiny - dalszy trakt dostępny był tylko dla ciężkiego pojazdu. Zresztą niezbyt długo nim jechaliśmy. Skręciliśmy w boczną dolinę Ozirnego, którą po jakichś 4 km dojechaliśmy do urokliwej polanki z barakiem i wiatą na ognisko. Po prawej w dole prześwitywała tafla śródleśnego jeziorka. Ozirne.

Po wyładowaniu się z gruzawika przygotowywaliśmy się do marszu. Sasza opowiedział, co mu się przytrafiło tutaj z inną grupą. Mianowicie, zaraz na początku podejścia jedna z uczestniczek poczuła się źle i za wiedzą Saszy postanowiła zrezygnować z wejścia na Doboszankę i zawrócić. Gruzawik niestety już zdążył odjechać, więc pani postanowiła powolutku wracać do Rafajłowej pieszo. Pechowo natknęła się na pasterza udającego się właśnie do Ozirnego, a właściwie nie tyle pechowo na pasterza, co na jego psa, który pogryzł ją dotkliwie. Pies szczepiony oczywiście nie był. Skończyło się na tym, że odwieziono panią do Iwano-Frankiwska do szpitala na szycie, a potem wyekspediowano czym prędzej do Polski na serię bolesnych zastrzyków.

Nie dziwię się, że ta pani zawróciła. Początek podejścia z Ozirnego na boczny grzbiet Medweżyka był ostry, a na grzbiecie było tylko trochę lepiej. Stromo do góry lasem i żadnych widoków, i tak przez dwie godziny. Dopiero potem drzewa stały się niższe, zaczęły się pojawiać śródleśne polanki. Ścieżka z leśnej stopniowo zamieniała się w kamienistą, a wokoło zaczęły się pojawiać pojedyncze krzaki kosówki, następnie całe jej kępy, a potem - łany. Cały czas jednak szło się ścieżką. Z pomiędzy co poniektórych krzaków kosówki zaczęły się odsłaniać widoki - przed siebie i w lewo na zbocza Poleńskiego oraz w tył w kierunku Czarnej Połoniny. Widoki stopniowo się rozszerzały, aż dotarliśmy do rodzaju kulminacji zwieńczonej dwumetrowym metalowym triangułem. Było tu mało miejsca dla tak licznej grupy jak nasza, nie słyszałem więc, co Sasza objaśniał na drugim jej końcu. Nasza droga prowadziła stąd w prawo na nieodległy Medweżyk, podczas gdy w lewo odchodził ślad ścieżki prosto w kosówkę porastającą główny grzbiet pasma. Doskonale widoczne stąd szczyty Poleńskiego, a przede wszystkim Pikuna - wręcz zapraszały. Pogoda była idealna, tylko ten nieprzebyty gąszcz kosówki po drodze.

Kosówkowanie nas także nie ominęło, ale to chyba było nic w porównaniu z tym co byłoby na Pikunie. Z naszej kulminacji musieliśmy przedrzeć się przez kosówkę jakieś 20 m w dół na drugą stronę grzbietu, po czym skrajem gorganu między kępami kosówki przejść jakieś 100 m pod Medweżyk, a potem ponownie przedrzeć się przez 20 m łanu kosówki. Zresztą cały czas mieliśmy ścieżkę, ale kosówka zrastała się górą. Na szczyt Medweżyka było jakieś 30 metrów w bok po kamieniach.

Medweżyk (1736 m) jest zachodnim wierzchołkiem pasma Doboszanki (środkowym jest Doboszanka, wschodni nazywany jest Doboszańcem) i chyba bardziej panoramicznym od najwyższego szczytu. Grzbiet opada tu dość stromo ku zachodowi, przez co z Medweżyka najlepiej widoczna jest grupa Poleńskiego i Koziego Gorganu. Za nimi w tle po lewej widoczne jest pasmo Sywuli oraz inne szczyty Gorganów Centralnych. W kierunku południowym widoczne jest całe pasmo Czarnej Połoniny od Durni po Steryszorę. W dole Połonina Płoska, a hen w oddali na horyzoncie majaczą czarnohorskie olbrzymy na czele z Howerlą. W kierunku wschodnim widać przede wszystkim Doboszankę w formie lekko przekrzywionej kamiennej piramidy.

Nie przesiadywaliśmy tu jednak zbyt długo. Każdy na własną rękę ruszył ku Doboszance która wydawała się na wyciągnięcie ręki. Trasa na nią cały czas była widoczna, biegła po wielkim polu gorganu tworzącym całe to pasmo. Co jednak wydawało się tak bliskie, wcale tak łatwe nie było. Jeszcze na zejściu z Medweżyka odcinkami była widoczna ścieżka, potem jednak przyszło iść zwyczajnie po kamieniach - bez ścieżki. Niektóre kamienie wymagały kroku pół metra w górę albo w dół, a niektóre się ruszały. Przejście po nich wymagało dużej uwagi. Mieliśmy szczęście, że było sucho, bo podczas deszczu kamienie robią się w dodatku śliskie. W każdym razie to, co wyglądało na raptem jakieś 40 minut, wymagało do przejścia pełnej godziny, i to z okładem. Góry uczą cierpliwości, a gorgan szczególnie.

Na Doboszankę (1758 m) schodziliśmy się przez blisko pół godziny. Widok z niej był podobny jak z Medweżyka, lecz teraz na wschodzie widoczny był Doboszaniec, a przed nim ogromne i niesamowicie pofałdowane pole głazów. Około 100 lat temu doszło tu do gigantycznego osuwiska odsłaniającego wewnętrzne warstwy skał. Dziś jednak na skutek erozji skały nie różniły się kolorem od innych i trudno byłoby odgadnąć, że ta katastrofa miała miejsce w skali geologicznej tak niedawno. Za Doboszańcem widniał Syniak, masywny, ale niższy i przez to nieefektowny. Gorszą stroną widoku z Doboszanki był Bukowel. W okolicach tego kurortu narciarskiego w barbarzyński sposób powygalano góry z lasu pod nartostrady - podobno jest ich 22, ale nie liczyłem. Widok tych gór kojarzył mi się w pewien sposób z zesłańcami syberyjskimi, którym golono pół głowy, albo wygalano pas przez środek głowy, aby ich w ten sposób oznaczyć i umożliwić natychmiastowe rozpoznanie w przypadku ucieczki. Te wygolone góry były wprawdzie widoczne z Medweżyka, ale w mocno skróconej perspektywie i ich widok tak bardzo nie raził. Perspektywa na zachód wzbogaciła się o Medweżyk. Pomimo że jest on nieco niższy od Doboszanki, obydwa szczyty prezentują coś w rodzaju lustrzanego odbicia: Medweżyk z Doboszanki wygląda podobnie jak Doboszanka z Medweżyka. Tylko nachylenie jest przeciwne, tak jak to jest z lustrzanymi odbiciami.

Posiedzieliśmy na Doboszance blisko godzinę - ale też i był to jeden z najprzyjemniejszych moich pobytów szczytowych. Pogoda świetna, ciepło, nie wiało. Sam wierzchołek skalisty, ale nie tak ciasny jak wierzchołek Sywuli, ani zbyt obszerny jak wierzchołek np. Grofy. Nic nas nie goniło, a powrót miał być tą samą, znaną już nam trasą. W końcu wraz z kilkoma osobami postanowiliśmy powrócić na Medweżyk głównie dla zmiany perspektywy, zwłaszcza że wcześniejszy postój na Medweżyku był tak krótki. Godzinę później siedzieliśmy więc na Medweżyku we czterech, przez kolejne trzy kwadranse oczekując nadejścia reszty grupy i obserwując kruki, których kilka sztuk zebrało się nad nami.

Doboszanka 

Potem znana już nam przeprawa przez kosówkę na boczną kulminację, zejście w dół do lasu i przez las do Ozirnego. Gruzawik już czekał, grupa bardzo się rozciągnęła w zejściu i długo trwało, zanim pojechaliśmy. Zrobiło się późno, w dolinie Doużyńca słońce zdołało już się schować za góry. Po powrocie do "Lubawy" nastąpiła szybka, bo spóźniona obiadokolacja.


Autor: Paweł Wiejacz, członek Stowarzyszenia "Res Carpathica"

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

Przedstawiamy bardzo osobisty tekst Andrzeja Ruszczaka, od lat zafascynowanego Huculszczyzną, a szczególnie osobą i twórczością Stanisława Vincenza. Autor spędził wiele lat na poszukiwaniach śladów wielkiego pisarza. Zbierał wspomnienia, cytaty, odwiedzał miejsca zarówno w Karpatach, jak i Zachodniej Europie. 

 По стороні Станіслава Вінценза - Переклад на yкраїнську мову


Antygona: „Jestem z tych co kochają, a nie z tych co nienawidzą”

Stanisław Vincenz - przedstawienie osoby

Stanisław Vincenz pisarz, filozof, „orędownik zbliżenia narodów”, autor książki Na wysokiej połoninie, w której zawarł swoją wielką miłość do Huculszczyzny, urodził się w Słobodzie Rungurskiej w 1888 r., gdzie jego ojciec Feliks miał kopalnię ropy naftowej. Matka Zofia była córką Stanisława Przybyłowskiego właściciela dworu w Krzyworówni, w którym pisarz spędził dzieciństwo pod opieką huculskiej niani Pałachny Slipenczuk. To dzięki nim zrozumiał i pokochał Huculszczyznę, której pozostał wierny do końca życia. Po śmierci ukochanego dziadka siedemnastoletni wówczas Staś napisał wiersz:

"Huczy wiatr po lesie
Śni żałobne sny
W cichych szumach niesie
Ciche łzy"1

W 1952 r. w liście do Bazylego Przybyłowskiego wspominał: „Pamiętam pogrzeb mego Dziadzia w roku 1905 na Boże Narodzenie. Takich tłumów ludzkich u nas w górach chyba nie widziałem, było tak ciasno, że jakiś stary gazda ze świecą w tłoku podpalił mi włosy.2"

Uczył się w gimnazjum w Kołomyi i Stryju. Pracę doktorką obronił na Uniwersytecie Wiedeńskim. Materiały do habilitacji spłonęły w czasie I wojny światowej w dworze dziadka w Krzyworówni.

S. Vincenz na Młaczkach (1938 r.) Tu zbacza ścieżka do wodospadu Huk (największego w Czarnohorze) na potoku Huczek (nazewnictwo wg mapy Wojciecha Krukara Czarnohora 2013)

 

W latach 1926-1940 mieszkał w Bystrcu pod Czarnohorą. Drewniany dom zbudowali mu huculscy przyjaciele. Po wkroczeniu wojsk sowieckich we wrześniu 1939 r. został aresztowany przez NKWD. Był więziony w Stanisławowie. Zwolniony dzięki wstawiennictwu znajomych pisarzy ukraińskich, uciekł wraz z rodziną przez Czarnohorę na Węgry w maju 1940 r.

Po wojnie mieszkał we Francji i Szwajcarii i tam zmarł w 1971 r. Pochowany jest w Krakowie na cmentarzu Salwator.

Anna Łaskurijczuk (z huculskiej rodziny S. Vincenza3) pisze w liście (z 1989 r.) do Ireny Vincenz: „nie ma takiego dnia, żebyśmy nie wspominali wszystkiego, co minęło i słów, które zostawił nam Pan Doktor Vincenz.”

W 2010 roku w Bystrcu na przysiółku Skarby, w miejscu gdzie stał dom Stanisława Vincenza, Towarzystwo Karpackie i Towarzystwo „Huculszczyna” postawiły krzyż i tablicę pamiątkową ze słowami I. Franki „Wierzę w siłę ducha”.
(Powyższy tekst został napisany wspólnie z Andrzejem Wielochą, został przetłumaczony na jęz. ukraiński przez Saszę Nużnego. Jest to tekst do plakatu Towarzystwa Karpackiego projektu Andrzeja Wielochy. Plakaty będą rozprowadzone w Bystrcu i okolicy w 2017 roku.)

Dom S. Vincenza w Bystrcu, przysiółek Skarby (1939 r.) , jedno z ostatnich zdjęć 

 

Aby autor Połoniny przedstawił siebie i swoje dzieło, warto zacytować obszerny fragment listu, który napisał do Wołodymyra Poleka4: „Urodziłem się w Słobodzie Rungurskiej 30 XI 1888 r. Ojciec mój Feliks był znanym pionierem naftowym na tym terenie, ale niesłuszne byłoby określenie go jako kapitalisty, nawet narodowo nie należał on jeszcze do tej fazy dziejowej, w której jako rzymski katolik musiał być określony jako Polak, gdyż nie język decydował wówczas o wszystkim, a pamiętam dobrze, że wykładowym językiem w gimnazjum był niemiecki. Ojciec wybrał jako język ukraiński, zwany wówczas ruskim czym ściągnął na siebie niechęć katechety, który był w dodatku pochodzenia włoskiego. W każdym razie, jak podkreślał, panowała wówczas przyjaźń między współobywatelami (a tym bardziej) sąsiadami obu wyznań.

Jeśli chodzi o mnie to życie naszej rodziny tak było związane z krajem i z grupą chłopską-huculską w szczególności, że więcej miałem wspomnień bliskich z praktyki kultu cerkiewnego greckiego niż łacińskiego. Toteż muszę się przyznać, że po ustanowieniu naczelnika wyznania Kardynała Slipyja miałem sporo radości, że ten miły mi osobiście kult, na którym opiera się zresztą cała moja książka „Na wysokiej połoninie”, może dalej istnieć. Czy to oznacza zacofanie? W moim najgłębszym przekonaniu wcale nie. Przede wszystkim moja najbliższa rodzina nie była zacofana. Prawie groteskowy szczegół, że moja prababka budowała świątynie żydowskie w charakterze protektorki, a choć nikt w naszej rodzinie nie był pochodzenia żydowskiego, może wywołać zdziwienie, ale nie zdziwi chyba nikogo, kto zna dawniejsze epoki historyczne. Tak samo część rodziny budowała świątynie greko-katolickie, co jest uwydatnione w napisie w cerkwi w Krzyworówni, może jeszcze istniejącym.

Owym epokom to należy przyznać, że nacjonalizm może jeszcze nie był się narodził. W moich wspomnieniach nie mogę się doszukać żadnych niechęci narodowych albo wyznaniowych. Przeciwnie. Moja Matka dzięki temu, że urodziła się w Krzyworówni, należała do zasięgu gospodarstwa pasterskiego i jak Panu wiadomo z lektury mojej książki – także ja znałem lepiej niż ktokolwiek staroświecki typ życia, język i obyczaj mego kraju. Chcę wspomnieć tu wcale ważny dla mnie szczegół, że karmicielka mojej Matki, a moja Niania Pałachna Slipeńczuk, zamężna Rybeńczuk z osiedla Tarnoczka w Krzyworówni wywarła na mnie największy wpływ, jaki na dziecko można wywrzeć.

Przede wszystkim w dziedzinie języka. W okresie kiedy zacząłem się uczyć po francusku, a miałem z tym niemałe trudności, upominała mnie bardzo sugestywnie: „Szje budesz maty czejes howoryty panskymy jezykami, a teper howory po ludsky. Taj pamiataj donyku abys nykoły ludskoho języka nie zabuwaw!5” Widzi Pan zatem, że językiem ludzkim dla mnie miał być język huculski względnie ukraiński. Z tym w naszej rodzinie nikt nie walczył i wynikiem tego że posłuchałem mojej niani Pałachny jest książka "Na wysokiej połoninie", bo szczerze mówiąc zanim jakąś stronę napisałem, obmyślałem ją w języku ludzkim.

Co do niani Pałachny to trzeba jeszcze dodać szczegół niewątpliwie zabawny, choć dla Hucułów charakterystyczny. Zarówno ze względu na to jak rozpuszczają dzieci, jak też z powodu małego poczucia rzeczywistości o ile chodzi o społeczeństwo poza nimi. Moja Matka niewątpliwie mnie rozpuszczała ale tego było mało dla niani Pałachny. Zawsze brała mnie w „obronę”, choć widocznie niepotrzebnie, mówiąc między innymi półszeptem i jak gdyby tylko do mnie: „Korołem budesz donyku.” Oczywiście takie powiedzenia irytowały moją Matkę. Pamiętam dobrze jak oburzała się nieraz: „Co ta stara ogłupia dziecko. Co to ma za sens. Jakim królem?” Pałahna odpowiadała niezachwianie: „Ludskim korołem!6

Teraz przechodzę do rzeczy ważniejszej może niż wspomnienie z dzieciństwa, a mianowicie do pomnika Franki. Tutaj należy przede wszystkim sprostowanie. Otóż mimo królewskiego proroctwa Pałachny, pozostało mi tyle zdrowego rozsądku, że nie ważyłem się podpisać na hołdzie złożonym France, tak jak głosi wersja podana przez Pana, która mija się z prawdą. Faktyczny napis był taki: WIRJU W SYŁU DUCHA (cytat Franki po ukraińsku) i komentarz po polsku: Synowi tej ziemi, i daty, nic więcej. Zatem ani „na pamiątkę” , ani „Dr Vincenz” nie było.

Mam na to nawet pewien dowód na piśmie, a mianowicie nasz przyjaciel dr Hans Zbinden, prezes szwajcarskiego związku pisarzy, po powrocie ze Słobody do Berna w r. 1939 w początku września, napisał artykuł ogłoszony w „Berner kleiner Bund” pt. Sturmische Fart7, w którym ze wzruszeniem wspomina napis na pomniku Franki i podaje go jako memento dla wydarzeń wojennych.

I jeszcze kilka danych biograficznych. Początkowe klasy przechodziłem prywatnie w domu, wraz z nauką języków obcych. Od 11 roku życia uczęszczałem do gimnazjum klasycznego w Kołomyi, a jako niespokojny duch wędrowałem po różnych gimnazjach galicyjskich, aby wreszcie zdać maturę w Kołomyi.”

Na schodkach domu w Bystrcu w 1938 r.: od lewej S. Vincenz, Irena Vincenz z psem Bimbo, NN

 

Moje spotkanie Stanisława Vincenza

Autor Połoniny stał mi się znany dość późno, bo w drugiej połowie lat 80-tych XX wieku (to jest już w drugiej połowie mego życia). Przeczytałem o nim w artykule Jacka Woźniakowskiego. Pracowałem wtedy w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie i była to praca niezwykle ciekawa, wiele można było się nauczyć. Ale nie starczało już czasu na dodatkowe zajęcia. Komplet Na wysokiej połoninie widziałem wtedy w antykwariacie na Placu Zamkowym. Jednak nie mogłem go nabyć ze względu na cenę.

Więcej czasu znalazłem, gdy przeprowadziłem się do Gdańska. Wtedy wypożyczałem z pobliskiej biblioteki publicznej kolejne tomy Połoniny. Później udało się skompletować całość, w tym wydanie z 1936 r. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, czy wszystkie małe wioski z mapy dołączone do Zwady istnieją naprawdę. Później przyszło zainteresowanie Huculszczyzną i częste odwiedziny w bibliotece PAN. Tak że zanim pierwszy raz odwiedziłem tamte okolice, miałem już spory zasób wiadomości. Od tego czasu nie rozstaję się z Połoniną. Jednak dotychczas niektóre jej wątki zakryte są dla mnie cieniem tajemnicy i tak z pewnością już pozostanie. Tak na przykład rozdział Prawa strona tekstu8, opisujący spotkanie Dobosza w „ogromnym namiocie” z królem, mistrzem Rafaelem, księciem i księżniczką (jego siostrą). Chociaż po spóźnionej lekturze Olgi Tokarczuk Ksiąg Jakubowych wydaje mi się, że zdołałem się trochę przybliżyć do zrozumienia roli kobiety w Talmudzie, czy może w Piśmie Świętym, znaczenia słów „Kobieta piękna bez oczu”. Ale na pełne zrozumienie może przyjdzie jeszcze czas?9

Teraz wiodąc życie samotnego, niespiesznego „rentiera” (tak nazwał mnie jeden z kolegów z „towarzystwa pasterskiego”) mam siłą rzeczy jeszcze więcej czasu. Ale zmęczony umysł może pracować „jak słaby pływak rzucony na głęboką wodę” (Jerzy Giedroyć).

Do zajęcia się tematem, który jest w tytule niniejszej pracy, skłonił mnie, przedwieczornym telefonem, kolega Janek Skłodowski. Ale zbliżał się już wieczór i był to akurat jeden z dni, w których nie mam ochoty na czytanie czegoś poważniejszego, nie mówiąc o pisaniu, odpowiedziałem bez wielkiego entuzjazmu. Wystarczyło przespać noc i sprawę zobaczyłem w jaśniejszym świetle. Bo jak mawiał po ukraińsku „mędrzec spod Czarnohory”, o którym będzie niniejsza opowieść: „Ranek mądrzejszy od wieczora”. Ale jeszcze poprzednio, podczas jednego z objazdów podbeskidzkich miejscowości, namawiał mnie do spisania spotkań z ludźmi na Huculszczyźnie Piotr Kamiński (przyjaciel z wielu przejść w Czarnohorze i nie tylko), ale wtedy jakoś ten pomysł nie skonkretyzował się.

Ileż to razy chodziłem „bystryckimi płajami” nie zdając sobie sprawy, że autor Połoniny też na nich przebywał. Ale wystarczy tylko zamknąć oczy w ciszy poranka opuszczonego przez domowników mieszkania i bardzo łatwo wyobrazić sobie jak pisał: „Na płajach tych taka tęsknota zatula oczy i nagle otwiera, że widać od razu na zakręcie nie tylko tych ludzi, do których zajdzie się w ciągu dnia, ale i tych, którzy są całkiem daleko. … Ale i tych wszystkich, których na żadnych płajach ziemskich nie spotkacie.” Kości ich daleko, „a te osoby same nie gdzie indziej, lecz na naszych płajach właśnie się przechadzają”. Mogę sobie wyobrazić, że z pewnością mogło tak być, gdy podchodziłem z Bystrca nad potokiem Czerłeny starym doboszowym płajem, a On odpoczywał przy samotnej sośnie lub za zakrętem powyżej. To przecież tutaj poniżej nad potokiem widziałem ślad wilka, czy wilkołaka, odciśnięty w zamarzniętym śniegu. Miejsce to urokliwe. Marzy się, żeby było tak jak w wierszu Wandy Czubernatowej:

"Kie za wantom cupne
przywre cicho ocy
stary świat przed nimi
jak zywy wyskoczy"10

W niniejszym tekście chciałbym przywołać jeszcze raz relacje z rozmów z ludźmi, którzy osobiście znali Stanisława Vincenza (rozproszone na łamach tomów Almanachu Karpackiego Płaj), cytaty z jego dzieła oraz wspomnienia i komentarze autora do Połoniny zawarte w czasopiśmie Regiony (kwartalnik społeczno-kulturalny wydawany przez Fundację Kultury Wsi) w latach 1993-2001, a liczące ogółem 460 stron.11

Będzie to tekst bardzo dla mnie bliski, żeby nie powiedzieć osobisty, bo: „Zawsze za literami stoi czyjaś ręka, zza zdań wychyla się czyjaś twarz.” (Olga Tokarczuk tamże) Jednocześnie tekst bardzo daleki od wszelkich opracowań naukowych.

Opowieści z czasów II wojny światowej i nie tylko

Poniższe opowieści nie dotyczą bezpośrednio S. Vincenza. „Zebrały się” niejako przy okazji. Jednak, jak mi się wydaje, dotyczą „tego co zostawił nam Pan Doktor” – uczą spotkań i rozmów o losach i duszy ludzi.12

B.A. (ur. w 1930 r.), Krzywopole przysiółek Pod Kostryczą (14 VII 2002 r.). W wieku 19 lat był podejrzany o współpracę z sowietami. Złapany przez żołnierzy UPA, związali mu ręce od tyłu kolczastym drutem z I wojny światowej z płaskimi kolcami [takiego drutu używała armia rosyjska] i przywiązali do drzewa. Żołnierz bawił się pistoletem, a obok były ciała pomordowanych ludzi.13

Gospodarz M. z synem (fot. dr Włodzimierz Witkowski 2002 r.)

M. (lat ok. 70) Krzywopole przysiółek Kityłiwka. W wieku 17 lat został powołany „jako ochotnik” na szkolenie dywizji SS Hałyczyna w Hiszpanii, przez 7 dni głodował, w końcu lekarz zlecił zwolnienie do domu. Pod koniec lat 1940-tych podczas obławy wojsk sowieckich został postrzelony w ramię i klatkę piersiową, z ciężkim krwawieniem był wleczony za ręce do lasu i tam porzucony. Nie dobito go żeby się męczył, jak mówili żołnierze za karę „bo oni do nas strzelają”. Uratowany przez ludzi, nie był w szpitalu, przez 3 tygodnie przychodziła pielęgniarka na zmianę opatrunku. Teraz pokazuje klatkę piersiową pokrytą jedną wielką blizną. Żyje sam z pomocą syna, pielęgnuje krowę - żywicielkę. Poczęstował nas serem własnej roboty. A jak wracaliśmy wyniósł jeszcze na ścieżkę ser i podarował kierownikowi wyprawy drewniany krzyż rzeźbiony przez dziadka (na zdjęciu poniżej).14

 

Wasyłyna Prokopyszyn (ur. w 1937 r.), notatka z Bystreca 4 IV 2016 r. Opowiadała o Parasce Czornysz, córce Aleksandra, synowej Wasyłyny Czornysz, partyzantce UPA, która poległa w walce z wojskami sowieckimi w 1952 roku nad potokiem Ruskim. Miejsce to upamiętnia metalowy krzyż z tabliczką. Jej mąż Iwan (ur. w 1902 r.) w swoim gospodarstwie hodował owce i krowy, pracował też przy wyrębie lasu. Później był dowódcą oddziału UPA pseudonim Sribnyj, syn Wasyl (ur. w 1933 r.) był w jego oddziale, razem polegli w walkach. Została córka. Rodzina została wywieziona do Chabarowskiego Kraju, a chata spalona.15

Opowiada Wasyłyna Mohoruk z Dzembroni Niżnej (lat ok. 70), 30 III 2016 r.:

"Zdarzyło się to około 1968 r. Szłam z Dzembroni Niżnej na Koszeryszcze i Na Płoszczach (wtedy tam była tołoka - pasła się chudoba) zobaczyłam jak ścieżką idzie kobieta, myślałam że to znajoma Anna Martyszczuk Sementulokowa, ręce miała założone do tyłu, ubrana w biały sweter, brązową spódnicę, białe wełniane skarpety, na głowie chustka w grochy. Doszłam do niej po cichu na odległość ręki bo chciałam ją przestraszyć. Wyciągnęłam rękę, a tu nie było nic, bo ta schowała się za stóg siana. Wtedy szukałam jej, biegałam wokół stogu. Znikła w lasku Kamenysty. Widziała to starsza już Kozmicha, która mieszkała Na Płoszczi i jak mi opowiadała później dziwiła się, dlaczego biegałam wokół stogu.

Dowiedziałam się później, że Pawłycha Wołyniuczka widziała w 1945 r. jak w tej samej okolicy banda prowadziła na stracenie dziewczynę z Żabiego zupełnie tak samo ubraną z rękami związanymi od tyłu. "

Dmytro, mąż Wasyłyny, poświadczył: "to wierna prawda, to nie może być kłamstwo". Wasyłyna chroniła się przed wywózką na Sybir w lasach, mieszkała w kolibie w okolicy Rafajłowej.

Spotkanie, którego nie było. Wypada zacząć od spotkania w Bystrcu, do którego właściwie nie doszło, bo spóźniłem się o 3 lata. Działo się to w sierpniu 1995 r., gdy z Saszą Nużnym podchodziliśmy na grzbiet Kostrzycy z zamiarem przejścia do doliny Prutu. Już dość wysoko na połoninie Psariwka napotkaliśmy samotne, najwyżej położone gospodarstwo, do którego zaszliśmy zmuszeni przez deszcz, gospodyni, Anna, bardzo miło nas przyjęła, tak że postanowiliśmy zanocować. Pytałem o S. Vicenza. Okazało się, że wujkiem gospodyni był Petro Biłohoływy, który zmarł 3 lata temu. Był to huculski przyjaciel S. Vincenza, który pomagał w jego ucieczce na Węgry w maju 1940 r. O tym będzie mowa dalej. Gospodyni z żalem mówiła, że on by nam dużo opowiedział. Mówiła, że więcej nic nie wie i była bardzo zajęta pracami na gospodarstwie. Postać Petra myśliwego barwnie opisał Hans Zbinden, szwajcarski przyjaciel S. Vincenza16. O nim też pisał A. Vincenz: rodzicom udało się przedostać na Węgry „dzięki pomocy zaprzyjaźnionych kłusowników huculskich”. W wielu publikacjach powtarza się informacja, iż Petro za tę pomoc był zesłany na Sybir. W Muzeum I. Franki była nawet jego fotografia z zesłania. Informacja ta nie znajduje potwierdzenia w korespondencji Mariczki Mohoruk z Vincenzami. Tą błędną informację prostuje też Wasyl Biłohołowy (Marko był jego wujkiem)17.

Pierwsza wizyta w miejscu gdzie stał dom Stanisława Vincenza. Wrzesień 1996 r. Na miejsce zaprowadził mnie młody chłopak mieszkający po sąsiedzku (w znaczeniu huculskim), a spotkany w chatce leśników w górnym Bystrcu. Na wyraźnie splantowanym terenie był kopczyk z gliny (prawdopodobnie w miejscu kuchni), kilka opartych na nim spróchniałych desek, cienkie pieńki po ściętych drzewach samosiejkach. Dwa narożniki kamiennej podmurówki, obsunięte z niej kamienie. Tuż obok kasztanowiec i stara jarzębina. W dole na skraju zagajnika trzy limby, którym sztuczne środowisko niezbyt służy. Parę lat później kopczyka już nie było, został zniszczony przez zwózkę drewna.

Rozmowa z Iwanem Kikinczukiem (lipiec 1992 r.), ostatnim starym zielarzem w Bystrcu18. Poznałem go na rok przed śmiercią. Pokazał egzemplarz "Na wysokiej połoninie: Prawda starowieku", który podarował mu Andrzej Vincenz. Iwan chwalił tę książkę, mówił że jest mu bardzo przydatna, bo zawiera przymówki. Obiecałem przywieźć następne tomy Połoniny, ale tego już nie zdążyłem spełnić. Wspominał, że widział jak aresztowany S. Vincenz, po nieudanym przekroczeniu granicy z Węgrami, był prowadzony przez sowiecki patrol koło jego chaty, a włosy rozwiewał mu wiatr. O perypetiach S. Vincenza na granicy węgierskiej będzie mowa dalej. W 1991 r. reżyser Zbigniew Czechowski nakręcił film Bliższe Ojczyzny. Na tym filmie jest zarejestrowana wypowiedź I. Kikinczuka: „Świętej pamięci Vincenz, niech Bóg da mu carstwo niebieskie, żył z ludźmi, ludzie go poważali i on poważał ludzi, sam jeden człowiek nic nie znaczy, a Pan to był uczony. Żył z narodem płacił dobrze (za wykonaną pracę), kolędował z sąsiadami, był zapraszany na wesela, to był uczony człowiek, filozof, był bardzo mądry. Niech Pan Bóg da mu odpoczynek na tamtym świecie. Jednego roku S. Vincenz dał 100 złotych jako ofiarę na cerkiew podczas kolędy19, inni dawali po 2 zł, a najbogatsi po 5 zł. Vincenz był zapraszany przez sąsiadów na przyjęcia, pewnego razu w zimie były wielkie śniegi, a przyjechał Mychajło Budzianowycz i zabrał go na zabawę (jego gospodarstwo położone było wysoko w przysiółku Ruski, obecnie jest już opuszczone). Umarł Vincenz, ale wspominam go dobrym słowem za to, że był takim człowiekiem. Jego już nie ma, a może przez sto lat naród o nim nie zapomni. Dzisiaj proszę Boga za jego duszę” - powiedział zdejmując czapkę.

Autor niniejszego opracowania z pieskiem nieznanego imienia, w 2002 roku w czasie w II Wyprawy Naukowej Studentów Architektury Politechniki Łódzkiej (kierownictwo i fotografia: dr Włodzimierz Witkowski)

W poszukiwaniu listów S. Vincenza

Przeglądając Inwentarz rękopisów Biblioteki Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu. Archiwum Stanisława Vincenza, Wrocław 199820 znalazłem nazwiska typowo huculskie. Niektóre z nich znałem ze wspomnień Autora, a inne z zapisków Ireny Vincenz zamieszczanych w kwartalniku społeczno-kulturalnym Regiony pt. Rozmowy ze Stanisławem Vincenzem. Skojarzenie tych dwóch pozycji pozwoliło mi dotrzeć do adresatów listów.

Mariczka Mogoruk (por. Płaj 35 s. 44-52)21. Znalazłem ją jako pierwszą. Urodziła się w 1927 r. W latach 1938-1940 pomagała w obsłudze kuchni w domu S. Vincenza. Gdy trafiłem do niej, miała 81 lat. Nie żyje od kilku lat. Mieszkała w przysiółku Ruski, wysoko nad górną granicą lasu. Pierwszy raz szliśmy skomplikowaną drogą początkowo nad potokiem Ruski, później w górę na stok do lasu i nieraz bezdrożem do grzbietu, dalej przez dwa zalesione wzniesienia. Ogarniały już wątpliwości, na szczęście przy drodze w lesie pojawiła się okazała krowa. To dodało otuchy – może już blisko. I rzeczywiście za trzecim wzniesieniem w kotlince pojawiły się zabudowania. Było to gospodarstwo Mariczki, a krowa okazała się jej główną żywicielką. Droga zajęła około 2,5 godz. Gospodyni przyjęła nas, jak to zwykle na Huculszczyźnie, bardzo życzliwie, była tradycyjna kulesza z bryndzą, bystrecka gorzałka (tej używaliśmy bardzo umiarkowanie – czekało 2 godz. zejścia). Ze swojej pracy w domu S. Vincenza Mariczka pamiętała bardzo mało, miała wtedy 12-13 lat. Zapamiętała, że odwiedzało go wielu gości z Polski, Francji i Szwajcarii. Irena Vincenz nauczyła ją grzecznościowego zwrotu po francusku, ale tego wstydziła się używać, mówiła po ukraińsku lub polsku. Pokazywała fotografie, które przysyłali jej Vincenzowie ze Szwajcarii. Szukała listów od Vincenzów, ale nie mogła znaleźć. Powiedziała żeby przyjść za tydzień. Pokazała lepszą drogę: ścieżka wprowadza na grzbiet, zejście do gospodarstwa – obecna siedziba Wojtka, dalej szeroką drogą, zwaną przez Mariczkę trakatorna, stokiem Kostrzycy do doliny potoku Czornyszewski. Droga ta, obecnie mniej używana i zarasta. Po tygodniu oczywiście przyszedłem do Mariczki, ale już sam. Pokazała wtedy list dyktowany przez S. Vincenza jego żonie Irenie. List ten, formatu A4 był starannie złożony 4 razy i przechowywany w ukryciu. Z tego powodu był trudny do sfotografowania na miejscu. Prosiłem Mariczkę o wypożyczenie, na dwa dni, do reprodukcji w Werchowynie, nie chciała się zgodzić, mówiła to jakby wydała Vincenza z chaty. Później dotarła do Mariczki Karolina Kwiecień, udało się jej zrobić reprodukcję.

Wujkiem Marijki był Czuperczuk Ilko, rodzony brat jej mamy. Wasyłyna Mohoruk z Dzembroni Niżnej wspomina go jako silnego, wąsatego, dzieci bały się go. S. Vincenz starał się o umieszczenie go w szkole kadetów. Do tego konieczna była zmiana nazwiska tak, żeby miało polskie brzmienie: „Czuperczyński”, ale na to nie zgodziła się jego matka. Został on później znanym choreografem i tancerzem22,

Marija Ihnatiuk, córka Anny Łaskurijczuk. Obecnie mieszka w Werchowynie w przysiółku Bezwidne (na niektórych mapach obdarzony karykaturalnym spolszczeniem „Bezwodnik”, kojarzącym się z terminem chemicznym). Pierwszy raz odwiedziłem Mariczkę w lipcu 2008 r. Opowiedziała wtedy o swojej rodzinie. Jej mama Anna urodziła się w 1903 r. Jej mężem był Wasyl Łaskurijczuk, nieślubny syn Marii Łaskurijczuk, wówczas wdowy, i Stanisława Przybyłowskiego, czyli rodzonego brata matki S. Vincenza, we wsi zwanego „Paniczem”23 (ich ojcem był Stanisław Przybyłowski, dziadek S. Vincenza, właściciel dworu w Krzyworówni, marszałek szlachty powiatu Kosów). Mariczka do dziś wspomina „Panicza”, iż przyjeżdżał do jej mamy konno. Anna z Wasylem mieszkali w chacie zbudowanej przez dziadka Anny, Petra Zubiuka. Mieli czworo dzieci. Rodzicami chrzestnymi syna Wasyla byli Irena Vincenz, Hans Zbinden i Paraska Szekeryk żona Petra Szekeryka Donykiwa24. Dzięki staraniom S. Vincenza Wasyl ukończył 2 klasy gimnazjum w Warszawie. Mariczka ukończyła przed wojną 4 klasy w polskiej szkole. Naukę musieli przerwać, bo wybuchła wojna. W 1950 r. Anna z mężem i synami Wasylem i Marianem zostali wywiezieni na Sybir za rzekome udzielanie pomocy partyzantom UPA. Ich chata została zburzona, a cały dobytek przepadł (pasieka, owce i krowy). Córki musiały zamieszkać u sąsiadów. Z zesłania wróciła tylko Anna. Maria Wspomina pogrzeb swego dziadka Stanisława Przybyłowskiego (ok. 1935 r.) na cmentarzu w Krzyworówni, kiedy to ojciec trzymał ją nad grobowcem. Pamięta, że były tam stare trumny jeszcze nie zniszczone, a jedna brązowa szczególnie okazała. Grobowiec ten zrównano z ziemią za czasów sowieckich. Obecnie w tym miejscu jest metalowy krzyż, a w trawie daje się prześledzić zarys fundamentu. Wnuczka Mariczki skończyła studia prawnicze, a wnuk medycynę (interesuje się dawną Huculszczyzną), pracują w swoich zawodach. W 1991 r. odwiedził Krzyworównię i Bystrec Andrzej Vincenz, gościł wtedy u siostry Mariczki - do jedzenia była, oczywiście kulesza z masłem (prosił o mniej masła i o drewnianą łyżkę).

Od czasu pierwszej wizyty zachodzę do Mariczki corocznie i zawożę publikacje dot. S. Vincenza (obowiązkowym poczęstunkiem jest kulesza z masłem, bryndzą  i herbata), a ona odwdzięcza się przysyłaniem Kalendarza Huculskiego, ukazującego się w Werchowynie. Autor Połoniny cieszy się wielkim szacunkiem u trzeciego już pokolenia tej rodziny. Podczas pierwszej wizyty Mariczka wypożyczyła listy i fotografie do reprodukcji w redakcji w Werchowynie25.

Mariczka przekazała wypowiedź S. Vincenza: „Swoje kochaj, cudze szanuj”

Mariczka Prociuk (lipiec 2007) dawna sąsiadka S. Vincenza z Bystrca. Jej ojcem był Mychajło, też pomagał w ucieczce S. Vincenza w maju 1940 r. Mariczkę znalazłem w Słupejce, gdzie mieszkała u synowej. Miała wtedy 75 lat, zmarła kilka lat temu26, przekazała dużo wspomnień z dzieciństwa ze swoich zabaw z Basią i Andrzejem - dziećmi S. Vincenza. Jak mówiła, robili „zbytki”: urządzali pogrzeb zdechłego kota lub psa. Piłowali drzewo i robili nad potoczkiem wiatraczki, a przychodził Andrzej i to im burzył. Z Basią zbierała kolorowe kamyczki w potoku, wymieniały się nimi i handlowały. O S. Vinzenzie mówi: to był niezwykły człowiek, takich już teraz nie ma. Pamięta, jak p. Irena (żona pisarza) nakrywała stół. Zasiadali przy nim i jedli goście z Italii, Szwajcarii i jeszcze „Bóg wie skąd”, a sąsiedzi Huculi grali na sopiłce, fłojerze i cymbałach. Vincenz lubił żeby go odwiedzano, „nie było niedzieli żeby ktoś nie przyszedł”. Przekazała też informację, że w około 2 lata po ucieczce Vincenzów przyjechał samochodem do Bystrca nieznajomy człowiek i z fundamentu jego domu wykopał jakieś dokumenty i po kryjomu odjechał. Informacji tej nie udało się na razie potwierdzić. W latach 60-tych rodzina Mariczki otrzymywała od Vincenzów dużo listów (przepadły podczas zesłania w Kraju Chabarowskim). Przysyłali też paczki (materiał na kostium, skóra na buty, sweter, spodnie, wełniane skarpety).

Jedno z spotkań w Bystrcu w domu Mariczki opisał Christian Sénéchal, również I. Vincenz przekazała relację z tego spotkania27. Przypomnieli sobie to spotkanie podczas kolacji u p. Sénéchal: „Okazało się, że to u Prociuków, bo ojciec Mariczki to ten co grał na trembicie. Ich chata była w górze nad naszą (nad lasem). Była też masa różnego pysznego jedzenia, liście buraczane nadziewane ryżem (tradycyjne huculskie gołąbki), pierogi i kakao. Francis pamiętała psy: Biłka i Łabuszka, tylko nie pamiętała jak się nazywał trzeci. A ja w ogóle nie pamiętam, że był trzeci pies”. Po spotkaniu Mariczka odprowadzała gości i gdy Christian Sénéchal chciał jej zrobić zdjęcie, chowała się za drzewami „z uśmiechem i iskierkami błyszczącymi w oczach… poważna i zaniepokojona. Lecz stał się oto cud, zaczynam się do niej uśmiechać i ona odpowiada mi uśmiechem. Fotografię tej czarującej istoty zabrałem daleko od połonin”. W oczach Mariczki, mimo upływu czasu zachował się uśmiech i „błyszczące iskierki”.

Maria Wandżurok (z domu Czornysz, kuzynka Mariczki Czornysz, a ciocia Wasyłyny). Rozmawiałem z nią w lipcu 2008 w Chimczynie (wioska położona ok. 10 km na północny wschód do Kosowa), dawniej mieszkała w Bystrcu, wyprowadziła się gdy córka wyszła za mąż. Miała wtedy 80 lat. Opowiadała o paczkach, które dostawała od S. Vincenza były tam dwie poduszki, „co potrzebne do ubrania, materiał na płaszcz” i lalka dla wnuczki. Wspomina jak prze wojną z domu S. Vincenza przyjeżdżali do nich na nartach, czasem po tytoń, „to był tylko kawałeczek, 3-4 kilometry”. Nie mogła jednak rozpoznać swego charakteru pisma, gdy pokazałem jej listy, które pisała dla Mariczki Czornysz do S. Vincenza, dopiero córka przypomniała jej „to przecież wasz charakter”. Ze wszystkich listów, które otrzymała od S. Vincenza, zachowała się tylko kartka pisana po ukraińsku z Lozanny z 1970 roku, z życzeniami wielkanocnymi, którą mi wypożyczyła do reprodukcji. Warto przytoczyć jej fragment: „Wasyłynko luba, Życzymy szczęśliwych Świąt! Christos Woskres! Nigdy nie mogę zapomnieć, jak razem poszliśmy do cerkwi na Wielkanoc i jak dużo pisanek dostaliśmy. Bardzo dobrze było nam razem. Dopiero teraz lepiej to widzimy jak kiedyś. (…) Bądźcie zdrowi, nie zapominamy o Was. Wasi Stanisław i Irena Vincenz28” Gdy rok później oddałem tę kartkę, ze wzruszeniem ją pocałowała.

Wasyl Biłohołowy mieszkał w chacie położonej powyżej domu S. Vincenza w Bystrcu w przysiółku Skarby. Opowiada: „Vincenz przychodził do nas, był bardzo miłym człowiekiem, cennym dla Huculszczyzny. Dawał dzieciom w szkole cukierki i zeszyty. To mój wujek Petro Biłohołowy przeprowadził S. Vincenza w maju 1940 r. na Węgry29”. Wasyl był zesłany na Sybir w czasach władzy sowieckiej.

Korespondencja Józefa Wilczyńskiego i S. Vincenza. J. Wilczyński był strażnikiem granicznym w Bystrcu. Zajmując się sprawą jego korespondencji rozmawiałem z Mariczką Gotycz, nauczycielką szkoły w Bystrcu. Okazało się, że jej mama chodziła razem z córką J. Wilczyńskiego do szkoły. Były dobrymi koleżankami i często odwiedzały się wzajemnie. Zapamiętała, iż S. Vincenz zapraszał do swego domu uczniów z nauczycielem, dzieci grały na różnych instrumentach, bawiły się, był też poczęstunek. S. Vincenz zamawiał dla biedniejszych dzieci ubrania: dla dziewczynek wyszywane koszule, a dla chłopców huculskie spodnie30.

Korespondencja gen. Tadeusza Kasprzyckiego i S. Vincenza. Wydarzenia z okresu ostatniej wojny na Huculszczyźnie znane są tylko we fragmentach. Dlatego warto przywołać jeszcze jeden z nich związany z listem S. Vincenza, a dotyczący wójta Dzembroni, szewca Hawrota. O nim opowiedział mi Dmytro Magoruk z Dzembroni Niżnej w lipcu 2010 r. Nie pamięta jego imienia (prawdopodobnie Stanisław) wspomina go jako „dobrego człowieka”. Robił solidne buty, nawet z cholewkami, szczególnie mocne dla tancerzy, co było ważne, żeby było słychać rytmiczne przytupy. Jako chłopiec też miał od niego buty. Około 1946 r. wraz z żoną został zabity przez partyzantów UPA. Trzej synowie uratowali się, bo byli wtedy u kolegów w sąsiednim przysiółku. Później wyjechali do Kanady. Jeden z nich odwiedził rodzinne strony w 1995 r.31.

Pomnik Iwana Franki w Słobodzie Rungurskiej. Powstał staraniem S. Vincenza w 1936 r. w 20-tą rocznicę śmierci I. Franki. Był to prawdopodobnie pierwszy jego pomnik na Ukrainie. Miejsce to znajduje się w dawnym „sadzie”, na przeciwnym stoku doliny stał dom rodzinny S. Vincenza, upamiętniony osobnym pomnikiem. O okolicznościach postawienia pomnika I. Franki pisze w Wspomnienie o Iwanie France32 „Tam właśnie kazałem postawić cokół z miejscowego piaskowca. Brakło mi jednak pieniędzy na granitową tablicę”. Tablicę ufundował przyjaciel rodziny, właściciel szybów ropy naftowej, Australijczyk Eglyn Kaufman. Na tablicy były dwa napisy – ukraiński: Wirju w syłu ducha (cytat I. Franki), oraz polski: „Pamięci Iwana Franki syna tej ziemi”. Pomnik stał pod drzewami, obok były dwie ławeczki. Chodzono tam na spacery, chodziło się „do Franka”. Pewnego razu nowy komendant policji złożył oficjalną wizytę S. Vincenzowi i „zwrócił uwagę, że należałoby wnieść podanie do władz o zezwolenie na taki pomnik”. Wtedy usłyszał: „Pomnik jest na moim własnym gruncie i może o tym złożyć doniesienie służbowe”. Ostatecznie sprawa została załatwiona polubownie.

Do tego cytatu z I. Franki Autor wrócił jeszcze w styczniu 1964 r., kiedy mieszkał w Grenoble, w dialogu z żoną. Chciał jej przypomnieć „pamiętny cytat z polsko-ukraińskiej poezji”. Odpowiedziała: „Dla mnie pamiętny cytat to Wirju w syłu ducha. Stanisław odparł: „Tak, ale to nie moje. Ja tylko pomnik wystawiłem i ten napis zostawiłem w Słobodzie. Powinni by taki sam zrobić w La Combe”. Irena: „Z jakim napisem?” „Z takim samym. Nie mój pomnik, nie, Franki. Teraz, w roku 1964, po trzydziestu latach należałoby postawić taki kamień w La Combe33”.

Miejsca pamiętające Stanisława Vincenza

Pod takim tytułem ukazało się moje wspomnienie z wyjazdu do La Combe34. Tutaj obszerne wyjątki.

La Combe de Lancey (450 m n. p. m.), wioska położona u podnóża skalistego masywu Belledonne (2977 m. n. p. m.) w Alpach Delfinatu, zabudowania na stokach łagodnych wzniesień. W dole miasteczko Lancey, linia kolejowa, rzeka Izera, autostrada, po przeciwnej stronie wyniosły, zakończony cienką jak ostrze noża granią stok z błyskającymi w nocy światłami ośrodków wypoczynkowych, a w dali na zachodzie światła odległego około 20 km Grenoble.

Bystrzec (700-950m. n. p. m.) wioska u stóp głównego grzbietu Czarnohory (2058 m. n. p. m.) o kopulastych, trawiastych szczytach, zabudowania w wąskiej dolinie, na stokach pokrytych powyżej świerkowym lasem, nieustanny szum potoków. Odległość od najbliższej linii kolejowej ok. 40 km.

Miejsca jakże różniące się od siebie, ale tu i tam w połowie XX w. panowała "błogosławiona cisza, przeważał trud pasterski przytulony do przyrody, bez innych trosk jak pasterskie…” i takie same, jak to zwykle w górach, niebo pełne gwiazd.

Odległość w linii prostej ok. 1300 km.

Miejsca jakże odległe od siebie, ale złączone osobą Stanisława Vincenza, który tu w przysiółku La Chapelle w latach 1950-57 wynajmował dom na okres wiosenno-letni, a w roku 1957 kupił dom w przysiółku Le Mas.

Miejsce, jak wspomina Czesław Miłosz, do którego pielgrzymowało wielu ludzi szukających u Stanisława Vincenza ratunku i pocieszenia w obliczu problemów otaczającego nowoczesnego świata35.

Miejsce, jak pisze Józef Czapski, gdzie można było wspominać „tamte góry” (Czarnohorę) we mgle i deszczu, „pasterza z lekkim, niespiesznym krokiem, … pracą obramowaną porami roku, poprzez którą on i jego bracia dotykają gwiazd36".

Pod koniec lat 80-tych XX w. Stanisław Vincenz poprzez lekturę „Na wysokiej połoninie” pokazał mi drogę do Czarnohory i wzbudził zainteresowanie Huculszczyzną, tak że jadąc po raz pierwszy w „tamte” strony mogłem się z nimi przywitać jak dobry znajomy.

Tak samo i teraz w 2009 r., kiedy przekraczanie granic państw stało się łatwe, zachęcony lekturą: Ireny Vincenz „Rozmowy ze Stanisławem Vincenzem” (publikowanych w „Regiony” w latach 1993-2001) zaprowadził mnie do La Combe i w Alpy. Dzięki tej publikacji poznałem okolicę i ludzi. Przed wyjazdem udało się nawiązać kontakt z Paulem Perroud37.

Przebyta trasa Gdańsk - Kołbaskowo - Berlin Ring - Lipsk - Norymberga - Karlsruhe - Freiburg - Bazylea - Berno - Fryburg - Lozanna - Annency - Chambery - Allevard (ok. 1760 km). Samochód marki Volkswagen Golf 5.

Przed muzeum w La Combe czekał już Paul Perroud. Oprowadził po muzeum zajmującym dwie kondygnacje. Jest tu skromna ekspozycja poświęcona Stanisławowi i Andrzejowi Vincenzom – fotografie rodziny i przyjaciół z Francji, Niemiec i Szwajcarii, a także Józefa Czapskiego i Wita Tarnawskiego, oraz sąsiadów z La Combe, komplet ostatniego wydania „Na wysokiej połoninie”, zbiór referatów z sesji, która odbyła się w La Combe dnia 15 X 1988 r., w setną rocznicę urodzin Stanisława Vincenza.  Do tej kolekcji dołączyłem „Płaj” nr 35. 

Później Paul Perroud swoim samochodem marki Peugeot 1007 Mini van, jakby specjalnie stworzonym dla jego potrzeb, zawiózł nas przed dom, w którym mieszkał Stanisław Vincenz, drewniane okiennice były zamknięte. Dom jest położony w zaułku ulicy, na niewielkim wzniesieniu, odgrodzony wysokim kamiennym murem, wśród bujnie rozrosłych krzewów, przed zamkniętą bramą ze skrzynką na listy zasnutą pajęczynami, z napisem: „de Vincenz”,  rośnie okazałe owocujące drzewo figowe, prawie przesłaniające wejście. To samo drzewo, o którym wspomina Irena Vincenz w „Regiony” 1995/2, s.5538. Poczęstowani przez Paula mogliśmy skosztować owoców.

Potem pojechaliśmy jeszcze przed dom, w którym Stanisław Vincenz wynajmował pokoje w miesiącach letnich, a później Paul Perroud przywiózł nas do swego domu i tradycyjnie przyjął kieliszkiem cidre (delikatne wino z jabłek, własnej roboty), ofiarował swoją książkę zawierającą m. in. dokumenty z jego pracy, kiedy był merem La Combe de Lancey w latach 1971-1989 i domową nalewkę z ziół alpejskich. Nieprzygotowany mogłem się odwdzięczyć tylko mąką kukurydzianą na kuleszę, co Paul przyjął z uśmiechem mówiąc „polenta”. Goszczony nie raz przez Stanisława Vincenza, z pewnością smakował tej potrawy.      

Paul Perroud zgodził się na nagranie swojej wypowiedzi.  Nagranie 1 września 2009:

„Nazywam się Paul Perroud i jestem teraz w La Combe de Lancey, gdzie mieszkał Stanisław Vincenz. Mieszkał w przysiółku La Combe, który nazywa się Le Mas, do tej pory jest tam jego dom. Rozmawiałem z nim wiele razy, był człowiekiem o wielkiej erudycji, który miał wiedzę z wielu dziedzin i mówił wieloma językami. Był to człowiek wielkiej kultury. Później dopiero dowiedziałem się, jak wiele książek napisał. Mówił, że pochodzi z Huculszczyzny, kraju leżącego na północ od Rumunii. Często spotykałem się z nim, gdy żył tutaj i dużo rozmawialiśmy. Rozmowy z ludźmi były jego pasją. Vincenzowie w moim poczuciu reprezentowali klasę intelektualistów i też pewien typ oryginalności. Mieli w domu olbrzymie ilości książek.

W La Combe de Lancey, gdzie teraz jesteśmy, znali ich wszyscy, w tej naszej małej społeczności. Widywaliśmy ich spacerujących. Gdy spacerowali, zawsze mieli kilka słów do zamienienia spotkanymi ludźmi po drodze. Mieli bardzo serdeczny kontakt z ludźmi. (…) Jestem dziś podwójnie zadowolony mając przed sobą przedstawicieli z Polski, przybyłych tu, by szukać śladów tej wielkiej postaci – pisarza polskiego” (tłumaczenie Jerzy Ruszczak).

Następnego dnia odbyliśmy jeszcze, przy pięknej pogodzie, wycieczkę ścieżką, którą wielokrotnie chodził Stanisław Vincenz39, z St. Mury do schroniska Jean Collet i nad Lac Blanc. Po drodze spotkaliśmy tylko dwóch turystów z Grenoble. Krajobrazy były prawdziwie alpejskie, a woda w jeziorze naprawdę koloru biało-zielonego. Na wzniesieniu, na tle nieba ukazał się pasterz, a w dole owce piły wodę z jeziora z Białego Jeziora.

Niestety specyficzne warunki wyjazdu nie pozwoliły na jeszcze jedno odwiedzenie La Combe i na wyjazd do Grenoble (Cours Jean Jaures 50 i 48 to miejsca, gdzie w latach 1949-1964 Stanisław Vincenz z żoną wynajmowali mieszkanie).

Z powrotem była szaleńcza nocna jazda tą samą trasą w 17 godzin, prawie bez przerwy, do Gdańska. 

„Stanisława Vincenza powrót na Wierchowinę” (Bystrec 1 VI 2010) - pod takim tytułem odbyły się uroczystości upamiętniające 70. rocznicę jego ucieczki spod okupacji sowieckiej w maju 1940 r. Było to poświęcenie Krzyża i tablicy pamiątkowej w Bystrcu w miejscu, gdzie stał jego dom. Szczegóły podałem wspólnie z Piotrem Kamińskim i Andrzejem Wielochą w Płaju nr 40. Poniższy fragment nie został uwzględniony przez Redakcję: Gdy kilka dni później, po uroczystościach w Bystrcu z Piotrem czekaliśmy na „okazję” w Kraśniku nad Czarnym Czeremoszem, oczekujący z nami Hucuł opowiadał, że ludzie zwrócili uwagę na kolumny samochodów, które jechały do Bystrca na tą uroczystość.

Gdy dwa miesiące później spytałem znajomego gospodarza z Dzembroni Niżnej o gazetę, w której byłaby opisana uroczystość poświęcenia Krzyża na Skarbach, mówił do żony, żeby szukała tej gazety, gdzie było opisane jak warzyli kuleszę "u Bystreci". (Dla tych, którzy tam nie byli, informacja: kulesza była warzona na watrze, przez huculskiego gospodarza z Bystrca, po zakończeniu uroczystości i podawana z masłem, bryndzą i jajecznicą). Tu przypomniałem sobie wypowiedź starego Wojciecha - górala zakopiańskiego po uroczystym poświęceniu krzyża na Gubałówce, wystawionego staraniem dr. Tytusa Chałubińskiego: „Pon Chałubiński nukał nos do jedzenia … była pieceń wołowa z jakiemisich takimi okrągłymi chrobakami. [makaron włoski] Ale kieby nom, tak, wiecie, nie piecenie, ino kiełbasy doł, to by my se godniej pojedli” (Wierchy 1937 s. 19).

Stanisław Vincenz we wspomnieniach współczesnych

Jarosław Iwaszkiewicz40. Szkic Pod Howerlą z dedykacją: „Stanisławowi de Vincenz: Wspomnienie z wycieczki w Czarnohorę z profesorem S. botanikiem (Władysław Szafer), dr V. filozof „czysty”, specjalista od Hegla (S. Vincenz), mój przyjaciel turysta-literat, ja literat-turysta, asystent profesora, młodociany, ale już pełen powagi przyrodnik (Tadeusz Wilczyński). Zbliżając się do szczytu Smotrycz widzieli „cztery rzędy okopów rosyjskich … murszejące już i porozwalane szeregi krzyżów, tuż za każdym okopem bezpośrednio rozmieszczone… kosówka ścięta i spalona… Od Smotrycza, gdyśmy szli wzdłuż pasma cały czas okopami niemieckimi, to znów rosyjskimi – wciąż znajdowaliśmy menażki, łyżki, resztki bombomiotów, karabinów maszynowych, raz otworzyliśmy pełniutką skrzynię bomb; na szczycie w ziemiance przytulonej do skały, niezgrabne rosyjskie hieroglify w nieprzystojny sposób ślące przekleństwo wojnie.” Na jednej mogile doskonale utrzymanej było nazwisko: Lajos Nagy. Zeszli w końcu wieczorem w okolice stai na Zaroślaku pod Howerlą. Noc upłynęła spokojnie. Rano towarzysze poszli na spacer: jedni bez celu, a inni po rośliny. Iwaszkiewicz został pilnować całego dobytku. Położył się opodal szałasu pod smrekiem i obmyślał nową powieść: „nigdy nie myślałem tak przejrzyście, jak w tym kryształowym powietrzu. … Myśl ześlizguje się leciutko … czy to pod wpływem obcowania z filozofem (S. Vincenz), czy z własnych popędów, ukrytych dotąd nawet może”.  Po powrocie do szałasu okazuje się, że wszystkie zostawione rzeczy znikły, nie było nawet z czego ugotować jedzenia.  Gdy zeszli towarzysze, każdy reaguje inaczej: „doktor z filozoficznym spokojem, nie, nawet z franciszkańską dobrocią”. Młody botanik (T. Wilczyński) zaleca natychmiast udać się do „finansów” (strażników granicznych z placówki w dolinie Prutu pod Howerlą). W czasie zejścia spotykają krowy, należące do pasterzy, którzy ponoć ich okradli. „Doktor filozofii czystej” podaje pomysł „zajęcia” jednej z nich, odprowadzenia do strażnicy i ewentualnej wymiany za skradzione rzeczy. Zadanie zwabienia krowy przypada panu Jarosławowi, bo „umie rozmawiać ze zwierzętami”. Zamiast lassa służą ściągnięte z nóg owijacze. Udaje się zwabić krowę, ale na widok „doktora filozofii” z lassem umyka żwawo do góry. Pan Jarosław przekonuje do zarzucenia tego pomysłu. Po wielu jeszcze przygodach utracone rzeczy zostaną, przy pomocy strażników granicznych, odzyskane w całości."

W Książka moich wspomnień41 pisze, iż na początku lat 1920-tych wybrał się na Huculszczyznę: „Na parę miesięcy pogrążyłem się w czarach tej egzotycznej krainy. … Lud osobliwy, inteligentny, ciekawy, malowniczy, posiadający niezwykłą wrażliwość artystyczną. … Przewodnikiem moim w tej krainie, która mi się wydała podówczas krainą czarów, był Stanisław Vincenz – z dawien dawna na Huculszczyźnie osiadły, który był niezwykłym znawcą swej bliższej ojczyzny i którego interesujące towarzystwo było jeszcze jedną przyjemnością więcej w tej wyprawie.”

Zbigniew Herbert z listu do S. Vincenza z 1970 r. Po lekturze Dialogów z Sowietami: „Chciałbym Panu – jako wierny czytelnik – serdecznie podziękować za tą piękną ludzką rozmowę. …Wydaje mi się, że udało mi się zaczerpnąć trochę z Pana mądrości.”

Konstanty Jeleński list do Andrzeja Vincenza z lutego 1980: „Co mnie uderza, to do jakiego stopnia dzieło, myśl, sama osobowość Pana Stanisława [Vincenza] stają się coraz bardziej współczesne (w tym sensie, że stają się coraz bardziej potrzebną lekcją w ślepych zaułkach naszego czasu)”.

Józef Wittlin list do S. Vincenza z maja 1950 r. : „Myślę, że gdyby Pan, [Jerzy] Stempowski, [Józef] Czapski i jeszcze paru takich ludzi było skupionych w jednym miejscu, w którym i mnie wolno byłoby przebywać, założylibyśmy wspólnie nowy naród o zabarwieniu huculsko-chasydzkim, bo z istniejącymi już narodami jakoś trudno jest wytrzymać.42” 

Czesław Miłosz o Huculszczyźnie: „Są ojczyzny, które przechowują pamiątki po swoich Napoleonach, ta przechowała pamiątki o zbójnickim hetmanie (Oleksie Dowbuszu) i łagodnym mędrcu, który realizował zasady Kazania na Górze (rabinie Baal Szem Towie, twórcy chasydyzmu). W dziele Vincenza Na wysokiej połoninie baśń o nich wyobraża dwa zasadnicze wątki, cywilizacji pasterskiej i chasydyzmu.”

Zakończenie

Na zakończenie jeszcze ostatnie osobiste wrażenie.  Od dawna podziwiam Józefa Czapskiego za jego dogłębne i z wielkim wyczuciem pisane komentarze po lekturach. Dopiero niedawno, dzięki staraniom kol. Stasia Flakiewicza, mogłem się zapoznać z przedmową J. Czapskiego do trzeciego wydania Na wysokiej połoninie (Londyn 1956 r.). W jednym zdaniu wyraża swój: "bunt przeciw Połoninie, bunt przeciw apoteozie tego raju utraconego bezpowrotnie, bo czytając odruchowo myślę o dziś i jutro i zupełnie nie widzę, jak wrócić ma ludzkość w czas górski i tylko jeżeli bomba atomowa nas wszystkich wyniszczy, wtedy dopiero dla tej resztki, co zostanie, czas górski może wróci. Czy ktokolwiek może tego pragnąć?" Tu trzeba, na usprawiedliwienie, powiedzieć, że słowa te były pisane, gdy panowała panika - lęk przed potęgą ZSRR, przed infiltracją komunistyczną, szpiegostwem, wydawało się wszechobecną agenturą porywającego ludzi NKWD (np. Władysław Pobóg-Malinowski i Jerzy Giedroyć w obawie przed deportacją z Francji w dokumentach podali jako miejsce urodzenia Warszawę, a nie miejscowości położone na terenie ówczesnego ZSSR)43.  Chciałbym wyrazić swój bunt przeciw wyżej cytowanemu zdaniu. Bowiem można przypuszczać, że S. Vincenz miał na myśli nie tylko fizyczne wyniszczenie, ale też szerzej widział to, co leży u podstaw zagrożenia wyniszczeniem. Zagrożenia, które towarzyszy ludziom od zarania i nie wygasło do dzisiaj. Na to zagrożenie Wieszcz spod Czarnohory podał lekarstwo: „swoje kochaj, cudze szanuj” . W tym miejscu chcę przerwać te rozważania, żeby nie wejść na śliskie współczesne ścieżki (na to może przyjdzie czas za kilka lat). A teraz wróćmy na płaje „nieśpiesznego czasu huculskiego”, który wydaje się nieśmiało wracać w tamte strony i z nadzieją zacytować ostatnie wzruszające zdanie z tekstu J. Czapskiego w którym wspomina „tamte góry we mgle i w deszczu” i pasterza „o pragnieniach ograniczonych jedynym pejzażem, skrawkiem własnej ziemi, gospodarstwem, pracą obramowaną porami roku, poprzez które on i jego bracia dotykają gwiazd.”

Pracy takiej  miałem szczęście nieśpiesznie przyjrzeć się przez prawie 2 miesiące mieszkania w Bystrcu pod Czarnohorą w ubiegłym roku i dlatego jeszcze raz mogę podkreślić nadzieję.


1 Całość w M. Ołdakowska-Kuflowa Stanisław  Vincenz biografia Lublin 2006 s. 27

2 ASV sygn. 17658/II, s. 82

3 Ojcem jej męża był Stanisław Przybyłowski (junior) brat matki S. Vincenza

4 List ten bywa wielokrotnie cytowany jednak niektóre istotne fragmenty były pomijane.

5 „Jeszcze będziesz mieć czas mówić pańskimi językami, a teraz mów po ludzku. I pamiętaj, syneczku, abyś nigdy nie zapominał ludzkiego języka!”

6 „Królem będziesz syneczku” „Ludzkim królem”

7 W polskim tłumaczeniu ukazało się w Dawne Pokucie i Huculszczyzna w opisach cudzoziemskich podróżników. Wybór tekstów z lat 1795-1939, Warszawa 2001,  Red. Janusz Gudowski. Tłum Marek Olszański

8 Na wysokiej połoninie, Warszawa 1980, s.272-287

9 Wyjaśnienia tego fragmentu nie znalazłem jeszcze u Doroty Burda-Fischer Stanisława Vincenza tematy żydowskie Wrocław 2015. Ale może to i dobrze? Może lepiej żeby tajemnica pozostała?

10 Płaj 13 s.38

11 Publikowane przez Irenę Vincenz pt. Rozmowy ze Stanisławem Vincenzem

12 Por. wystawa  Dialog o losie i duszy Stanisław Vincenz (1888-1971) Scenariusz wystawy Jan A. Choroszy. 

13 Relacja spisana podczas VI Wyprawy Naukowej Studentów Architektury Politechniki Łódzkiej w Karpaty Wschodnie pod kier. dr Włodzimierza Witkowskiego.

14 Relacja jak wyżej.

15 Opis wywózki na Sybir podany jest w Płaj 37 s.166 przyp.37

16 Tłum. Marek Olszański w Dawne Pokucie i Huculszczyzna w opisach cudzoziemskich podróżników, Warszawa 2001 s. 191-192

17 Por. Płaj 35 s.36 Płaj 35 s. 46-47

18 Por. Płaj 48 s.49-61

19 M. Ołdakowska-Kuflowa w „Stanisław Vincenz. Biografia”, Lublin 2006, s. 182-183 pisze iż miało to miejsce na Boże Narodzenie 1938/39 „podczas pięknej wizyta kolędników, [którą] wszyscy długo wspominali … a [kolędnicy] także na długo ją zapamiętali.” Pamięć ta utrwalona na filmie przetrwała do naszych czasów. 

20 Dalej ASV

21 Jej postać opisała Karolina Kwiecień w Płaj 32 s. 95-100. Reprodukcja omawianego niżej listu i innych w Huculi, Bojkowie, Łemkowie. Tradycja i współczesność. W 120 rocznicę urodzin Stanisława Vincenza Kraków 2008,  również w Płaj 35 s.44-52

22 Pisze o tym Wołodymyr Polek w Istorija Huculszczyni t. 6 Lwiw 2001 s. 220

23 Por. S. Vincenz Z perspektywy podróży s. 33-35

24 Był autorem książki Dido Iwanczik, o której S. Vincenz pisał: „Stworzył dzieło może jedyne w europejskiej literaturze, nie tylko oddające samoczynną i to duchową kulturę ludu, ale także arcydzieło języka, tj. narzecza huculskiego.” Był posłem sejmu polskiego II kadencji, a później  ostatnim przed II wojną światową wójtem Żabiego. W 1940 r. aresztowany przez NKWD, zesłany na Sybir, tam zginął. Jego biografię przedstawił Andrzej Wielocha w 35. Roczniku "Płaj" (do której to biografii miałem przyjemność wnieść skromny wkład). Tłumaczenie wyjątków z jego utworów ukazywały się m. in. w Płajach nr 35 i 43 (Jerzego Mieczysława Rytarda i autora niniejszego opracowania).

25 Publikowane są wraz z korespondencją w Płaj 37 s. 162-185

26 Por. Płaj 35 s. 190-191

27 Płaj tamże i Regiony 1995 nr 1 s. 80

28 Całość korespondencji publikowana w Płaj 37

29 Szerzej o tym w Płaj 35

30 Całość korespondencji publikowana w Płaj 50 s.167-179

31 Całość korespondencji publikowana w Płaj 40 s.65-71                                               

32 Znak nr 6, 1985, z ingerencjami cenzury.

33 Regiony 1998 nr 1-3 s. 185

34 Opublikowane w Płaj 38 s.216-220.

35 „La Combe”  Kultura, Paryż 1958, nr.10. Przedruk w „Vincenz i krytycy. Antologia tekstów, Lublin 2003

36 Przedmowa do Na wysokiej połoninie, Londyn 1956. cyt za „Vincenz i krytycy. Antologia tekstów”, Lublin 2003, s.18

37 Syn zamożnego gospodarza z La Combe z wykształcenia fizyk nuklearny. W latach 1971-1989  mer La Combe. Bliski przyjaciel Stanisława Vincenza. O ich szczególnych wzajemnych relacjach pisze M. Ołdakowska- Kuflowa w Stanisław Vincenz Biografia Pisarz, humanista, orędownik zbliżenia narodów s.254-256. P. Perroud doprowadził do zakupu przez  gminę części pomieszczeń gospodarczych starego zamku w La Combe z przeznaczeniem na muzeum przemysłu i sztuki ludowej. W muzeum znalazła się później ekspozycja poświęcona Stanisławowi i Andrzejowi Vincenzom. 

38 Data 30.X.1960. „Zmiotłam masę liści, okryłam nimi figę, przyłożyłam kamieniami…”..

39 Słynne już wycieczki po gogodze o których wspomina M. Ołdakowska- Kuflowa w „Stanisław Vincenz biografia”  i wielokrotnie Irena Vincenz w „Regiony”.

40 Proza poetycka Warszawa 1980 s. 250-259

41 Wyd. Kraków Wrocław 1983 s. 267-268

42 Cyt. wg Dorota Burda-Fischer Stanisława Vincenza tematy żydowskie Wrocław 2015 s. 41

43 Por. Anna Prokopiak-Lewandowska Władysław Pobóg Malinowski (1899-1962) Życie i dzieła, Warszawa 2012 s.21

Autor: Andrzej Ruszczak, członek-założyciel Stowarzyszenia "Res Carpathica"


Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.