Blue Flower

Członek RC' Andrzej W. Kaczorowski opisuje krynickie dzieje arcybiskupa Antoniego Baraniaka, jednego z najbardziej zasłużonych duchownych w czasach PRL. Artykuł publikowany był pierwotnie w czasopiśmie "Krynickie Zdroje" (nr 2/3 z 2018 roku).


Wśród wielkich ludzi Kościoła w Polsce, którzy zapisali się w dziejach Krynicy, abp Antoni Baraniak (1904-1977) zajmuje miejsce szczególne. Był wielkim miłośnikiem krynickiego uzdrowiska, do którego przyjeżdżał na leczenie i wypoczynek kilkadziesiąt razy, nierzadko spędzając tutaj po parę miesięcy w roku. Wyjątkowy charakter miał jednak jego najdłuższy pobyt – od 3 kwietnia do 31 października 1956 r. – kiedy zwolniony z więzienia ze względu na stan zdrowia był przez władze komunistyczne internowany w Domu św. Elżbiety przy ul. Pułaskiego.

Sekretarz dwóch prymasów

Pochodził z Wielkopolski, wcześnie wstąpił do Towarzystwa Salezjańskiego, w 1931 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Gruntownie wykształcony w Rzymie (dr teologii i dr prawa kanonicznego), znający biegle kilka języków, w 1933 r. został sekretarzem Prymasa Polski kard. Augusta Hlonda, u którego boku odbył tułaczkę wojenną. Po wojnie był jego kapelanem i kierownikiem Sekretariatu Prymasa najpierw w Poznaniu, a następnie w Warszawie. Od 1948 r. to samo stanowisko sprawował także u nowego arcybiskupa gnieźnieńskiego i warszawskiego Stefana Wyszyńskiego. W 1951 r. został sufraganem gnieźnieńskim i dyrektorem Sekretariatu Prymasa Polski.

Biskup niezłomny

W latach stalinizmu i największych prześladowań Kościoła w PRL bp Antoni Baraniak zachował niezłomną postawę. Uwięziono go podobnie jak Prymasa w nocy 25/ 26 września 1953 r., a następnie osadzono w osławionym więzieniu na warszawskim Mokotowie, gdzie przeszedł okrutne śledztwo z torturami fizycznymi i psychicznymi włącznie. Zniósł 145 przesłuchań, podawanie zastrzyków, zatruwanie organizmu, pobyt w celi z fekaliami, kilkudobowe trzymanie nago w wilgotnej i nieogrzewanej celi, zakaz korespondencji, widzeń i praktyk kapłańskich. Pozostał bezgranicznie lojalny wobec Prymasa, wierny Bogu i Kościołowi, dzięki czemu komunistycznym oprawcom nie udało się spreparować procesu przeciwko kard. Wyszyńskiemu.

Więzienie zrujnowało zdrowie bpa Baraniaka, ale nie złamało jego ducha. Śledztwo nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, a stan maltretowanego pogarszał się mimo długotrwałego leczenia szpitalnego. Interwencje w sprawie uwolnienia biskupa ponawiał Episkopat Polski, władze zaś zapewne wołały nie ponosić odpowiedzialności za jego zgon w więziennym pawilonie przy ul. Rakowieckiej. 29 grudnia 1955 r. uchylono więc, po ponad dwóch latach (!), areszt tymczasowy, ale po zwolnieniu wskazano jako miejsce przymusowego pobytu – z zakazem prowadzenia działalności publicznej – dom salezjański w Marszałkach koło Ostrzeszowa; jeszcze tego samego dnia został tam przewieziony.

Po ratunek do Krynicy

Po wizycie w Marszałkach sekretarz Episkopatu bp Zygmunt Choromański od razu podjął starania u władz o pozwolenie na przeniesienie się bpa Baraniaka – z uwagi na konieczność ratowania zdrowia w lepszych warunkach – do domu sióstr elżbietanek w Krynicy Zdroju. Zaświadczenie lekarskie zalecało m.in. stosowanie wód uzdrowiskowych, „jak np. Kryniczanka, Zuber, itd.”, sugerując, że „kurację tę można przeprowadzić w uzdrowisku Krynicy”. Władze nadspodziewanie szybko wyraziły zgodę na wyjazd. 24 stycznia 1956 r. bp Baraniak wysłał list do krynickich elżbietanek, a s. Filomena odpisała, że „około 12 lutego będzie wolny odpowiedni pokój i zarezerwowany dla Waszej Ekscelencji”, zapraszając do spokojnej Krynicy, „bo zima jest cudna dotąd”.

Niestety, 3 lutego Urząd do Spraw Wyznań cofnął biskupowi zezwolenie na wyjazd, ponieważ „nie zachował on warunków pobytu w Marszałkach i jeździł po całym województwie”; w istocie raz tylko pojechał do fryzjera w Ostrzeszowie (12 km). Bp Baraniak zwrócił się do sekretarza Episkopatu o interwencję u władz w sprawie jego kuracji w Krynicy: „Wiem już z doświadczenia (leczyłem się tam już parę razy), że ta miejscowość jest dla mnie najbardziej wskazana. Miałbym tam opiekę lekarzy odpowiednich, którzy dobrze znają niedomagania mego organizmu, jak również pensjonat SS. Elżbietanek, z kaplicą na miejscu, z troskliwą obsługą, której tak bardzo potrzebuje moje podupadłe zdrowie”. Interwencja okazała się skuteczna, władze zezwoliły na 3-miesięczny pobyt bpa Baraniaka w Krynicy, który przybył do Domu św. Elżbiety 3 kwietnia 1956 r.

 

I Krynicę, i pensjonat sióstr dobrze znał. Wiadomo, że już jako biskup towarzyszył tutaj w trzech pierwszych krynickich urlopach Prymasowi Wyszyńskiemu – w 1951 i 1952 r. Zapewne „perłę polskich zdrojów” poznał jednak znacznie wcześniej. Co ciekawe, także Prymas Hlond lubił wypoczywać nad Kryniczanką –  przed II wojną światową gościł tutaj co najmniej kilkakrotnie, ale brak danych, czy zabierał ze sobą swego sekretarza.

Kurowanie zdrowia, czekanie na wolność

Wkrótce po przyjeździe bpa Baraniaka zbadał dr Jan Janiga, który potwierdził wcześniejszą diagnozę lekarską: „Duży ubytek wagi wpływa ujemnie na system nerwowy. (…) wytworzyła się pewna atonia kiszek, jest duża niedrożność przewodów żółciowych”. Doktor zastosował dietę wątrobianą i lekarstwa pobudzające trawienie. „Ponieważ Zdrój jest zamknięty, więc dopiero w maju będą zastosowane krótkofalówki przeciw zrostom pooperacyjnym i kąpiele kwasowęglowe”. Pacjent wyrażał nadzieję, że zarówno pobyt w krynickiej atmosferze, jak i kuracja „wpłyną dodatnio na powrót do jakiego takiego zdrowia i sił”, a horoskopy są „dosyć dobre”.

Biskup liczył także, że wobec postępującej odwilży politycznej w kraju „akt zezwolenia na kurację będzie wstępem do odzyskania elementarnych praw ludzkich, szczególnie prawa swobodnego poruszania się, nawet gdybyśmy mieli nadal być pozbawieni możności powrotu do miejsca własnego zamieszkania”. Zamierzał przede wszystkim odwiedzić internowanego w Komańczy Prymasa oraz innych biskupów, swoje rodzinne strony oraz udzielić święceń kapłańskich salezjanom w Oświęcimiu. Sekretarz Episkopatu studził te oczekiwania, zalecając jedynie dwie rzeczy: kurowanie zdrowia i czekanie na bardziej pomyślny rozwój sytuacji. Do tego też sprowadzał się program całego krynickiego pobytu bpa Baraniaka. Także Prymas radził swemu najbliższemu współpracownikowi, by pozostał w Krynicy „możliwie jak najdłużej”.

List Episkopatu Polski do bp. Antoniego Baraniaka (Archiwum Archidecezjalne Warszawskie)

Tymczasem 17 maja 1956 r. bp Baraniak otrzymał pismo Naczelnej Prokuratury Wojskowej z zawiadomieniem o umorzeniu śledztwa przeciwko niemu; oskarżenie o działalność antypaństwową upadło. Poinformował o tym zaraz Prymasa i sekretarza Episkopatu, uważając, że jego sytuacja prawna uległa zasadniczej zmianie i daje teraz podstawę do zniesienia wszystkich ograniczeń i uciążliwości związanych z internowaniem. Władze PRL nie były jednak do tego skłonne, a Prymas ponownie prosił, by ze względu na kurację zdrowotną „Ks. Biskup z Krynicy się nie wyrywał i pozostał tam jak najdłużej”. Bezskuteczne okazały się również starania bpa Baraniaka o uzyskanie przepustki do Komańczy.

„Dobry przyjaciel”

Funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa z pomocą swoich agentów wywodzących się głównie z szeregów duchowieństwa prowadzili bieżącą obserwację jego życia. Najwięcej doniesień przekazywał „Żagielowski” – ks. prałat Władysław Kulczycki (1896-1968) z Krakowa, „dobry przyjaciel” biskupa oraz Prymasa, który często zaglądał do krynickiego pensjonatu elżbietanek. Informował on UB m.in. o spacerach i wycieczkach górskich bpa Baraniaka w towarzystwie Janusza Kucharskiego, ucznia klasy XI gimnazjum w Krynicy. „Znał się on z ks. biskupem Baraniakiem jeszcze przed wojną, jako młody chłopak służył mu zawsze do mszy św., a teraz przychodzi tam do SS. Elżbietanek i tam mu służy do mszy św. codziennie o godz. 6.30. Mieszka tuż obok pensjonatu SS. Elżbietanek we willi „Przystań” i bardzo często odwiedza ks. Baraniaka w ciągu dnia”. W sierpniu 1956 r. biskup wraz ze swym ministrantem przeszedł „szczytem gór na Jaworzynę do Żegiestowa” oraz do Rytra. „Z matką Janusza i ojcem, bratem Zbyszkiem i Hanką (6 lat) zna się od dawna i tylko się z nimi kontaktuje. Poza tym unika łączności ze wszystkimi. Matka Janusza ma willę „Przystań”, która jest jej własnością, ale została im zabrana przez władze miejskie Krynicy, także mieszka kątem w jednym małym pokoiku na parterze we własnym domu. O to się ciągle procesuje z władzami tamtejszymi, które jej nawet w różny sposób, np. podatkami, bardzo dokuczają”.

Biskup Antoni Baraniak podczas wycieczki w górach w okolicy Krynicy, lato 1956 (Archiwum Prowincji Warszawskiej Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety)

Wiedząc o kontrolowaniu korespondencji przez UB, bp Baraniak próbował przekazywać swe listy do Prymasa „przez Kraków”, co okazało się fatalną pomyłką, ponieważ osoba pośrednicząca w tym korespondencyjnym kontakcie była po prostu ubeckim agentem, a przewożone przez nią listy zanim dotarły do rąk adresatów, trafiały najpierw do funkcjonariuszy UB w Krakowie.

Niewygodny świadek

W trakcie inwigilacji internowanego w Krynicy biskupa władze bezpieczeństwa interesowały się zwłaszcza stanem jego zdrowia. Kuracja dawała początkowo pewne rezultaty i bp Baraniak występował do Episkopatu o uzyskanie zgody władz na przedłużenie mu pobytu w uzdrowisku, kolejno na lipiec, sierpień, a potem na jeszcze dwa miesiące. Niestety, skutki maltretowania w więzieniu były trudne do wyleczenia. „Żagielowski” meldował, że miał „dnie, gdzie nie może nic jeść” i „spać nie może, jest bardzo poważna obawa, że ta cała choroba się może skończyć katastrofą (…) a do tego dołączy się jeszcze stan nerwowy z powodu obecnego swego stanu izolowania”. Zaświadczenie lekarskie z 21 sierpnia 1956 r., podpisane przez dra Jana Janigę z „Lwigrodu” i dra Włodzimierza Pasiekę („Pod Koroną”), stwierdzało u badanego biskupa „przewlekłe zapalenie woreczka żółciowego, chorobę Glenarda, hypotonię przy stanie ogólnego wycieńczenia, oraz psychonerwicę lękowo-depresyjną utrudniającą leczenie w/w chorób organicznych”; „stan chorego wymaga dłuższego leczenia uzdrowiskowego przez okres jeszcze 2-3 miesięcy, a następnie wymaga sanacji warunków bytu”.  „Czy naprawdę medycyna krynicka nic nie może poradzić na to, by Ks. Biskup lepiej wyglądał?” – pisał z Komańczy zaniepokojony Prymas.

Dla aparatu represji biskup był niezwykle niewygodnym świadkiem jako ofiara przestępczych praktyk w więziennym śledztwie, dlatego interesowano się także, co mówił o  pobycie w więzieniu mokotowskim. W sprawie swoich dramatycznych przeżyć zachowywał jednak do końca życia wielką powściągliwość, nawet wobec osób zaufanych. „Żagielowski” usłyszał, że „gdyby nie to, że go wzięto do szpitala na operację ślepej kiszki i miał trochę inne odżywienie, to by nerwowo nie wytrzymał i musiałby skończyć w domu wariatów”.

Po uzyskaniu aprobaty Prymasa 10 września 1956 r. bp Baraniak wystosował pismo do Prokuratora Generalnego PRL o „uprzejmą interwencję” w przyspieszeniu przywrócenia mu pełni praw obywatelskich, których częściowo został pozbawiony. Odpowiedź nie nadchodziła, więc 26 października – tego samego dnia, kiedy Prymas prowadził rozmowy z wysłannikami Władysława Gomułki, nowego I sekretarza KC PZPR, w sprawie warunków swego powrotu z internowania – bp Baraniak wystąpił z kolejną prośbą o przedłużenie pobytu w Krynicy. 30 października nieoczekiwanie dowiedział się, że po przeszło trzech latach może wreszcie wrócić do Warszawy. Następnego dnia, przez Kraków, wyruszył w kierunku stolicy. Wrócił do siebie, na Miodową 17, w uroczystość Wszystkich Świętych 1 listopada 1956 r.

Nr 2 w Episkopacie Polski

Bp Baraniak pracował w Warszawie jako dyrektor Sekretariatu Prymasa Polski do 1957 r., kiedy został arcybiskupem metropolitą poznańskim. Władze PRL wyraziły zgodę, sądząc, że słabe zdrowie nie pozwoli mu na dłuższe urzędowanie, tymczasem sprawnie przewodził on archidiecezji w Poznaniu przez dwadzieścia lat. Przez dziesięć lat (do nominacji kardynalskiej Karola Wojtyły) był osobą nr 2 w Episkopacie. Brał udział w Soborze Watykańskim II, a w 1966 r. organizował wielkie uroczystości Millennium Chrztu Polski w Poznaniu. SB aż do śmierci arcybiskupa w 1977 r. prowadziła jego rozpracowanie operacyjne.

 Abp Baraniak nigdy nie odzyskał pełni sił. Do końca życia trapiły go dolegliwości żołądka, jelit i nerwów, których nabawił się podczas brutalnego śledztwa w więzieniu na Mokotowie, kiedy jego organizm doprowadzono do skrajnego wyczerpania. Dla poratowania zdrowia często więc – i chętnie – wyjeżdżał w latach 1957-1976 z Poznania do Krynicy. Nic więc dziwnego, że funkcjonariusze SB za wszelką cenę dążyli do tego, by w Domu św. Elżbiety, w którym zawsze się zatrzymywał, umieścić urządzenia techniczne umożliwiające jego pełną inwigilację. W 1961 r. za pomocą tajnego współpracownika „Torano” – bo pod  tym kryptonimem występował teraz „Żagielowski” – próbowano w pokoju nr 10 zainstalować PP (podsłuch pokojowy), a na obiekcie „Erwina” prowadzono „eksploatację PDF” (podgląd dokumentowany fotograficznie/filmowo).      

Proces beatyfikacyjny

Najbliższy współpracownik Prymasa Tysiąclecia był prawdziwym męczennikiem systemu komunistycznego. W dużej mierze to dzięki jego osobistemu męstwu i cierpieniom Kościół w Polsce przetrwał najcięższy okres prześladowań w PRL. Czterdzieści lat po śmierci, w październiku 2017 r., rozpoczął się proces beatyfikacyjny abpa Baraniaka na szczeblu diecezjalnym. Na terenie dawnego więzienia mokotowskiego, w którym powstaje obecnie Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL, poświęcono mu celę w pawilonie 11, gdzie był przez 27 miesięcy więziony. Można się spodziewać, że arcybiskup zostanie patronem tej placówki.

Fotografia z Archiwum Salezjańskie Inspektorii Pilskiej, prawdopodobnie z 1975 roku

W Krynicy niestety brak dotąd – nawet w Domu św. Elżbiety – jakiegokolwiek upamiętnienia miejsca jego internowania i tak licznych pobytów kuracyjno-wypoczynkowych. Hierarchę wspominają tylko starsi kryniczanie z okolic ul. Pułaskiego.

*

Wykorzystałem dwutomową pracę bpa Marka Jędraszewskiego (obecnie arcybiskupa metropolity krakowskiego) "Teczki na Baraniaka", T. I Świadek, T. II Kalendarium działań SB, Poznań 2009, skąd pochodzą zamieszczone w artykule cytaty. Krynickie zdjęcia wybrano z albumu IPN: Konrad Białecki, Rafał Łatka, Rafał Reczek, Elżbieta Wojcieszyk, Arcybiskup Antoni Baraniak 1904-1977, Poznań-Warszawa 2017.


Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

Prezentujemy unikatowy dokument - bogato ilustrowany fotografiami wierszowany dziennik wyprawy gorgańskiej Zygmunta Chudzikiewicza, przywołany na światło dzienne przez Jana Skłodowskiego. Artykuł pierwotnie ukazał się w Pamiętniku Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego (Tom 26 Rok 2017, Kraków 2018).


Ten skromny formatem historyczny już dokument, wypełniony bijącymi autentyzmem beztroski zdjęciami z wędrówek po Gorganach i Czarnohorze w 1938 roku, przeplecionymi lekkim, czarującym, ujętym w mowie wiązanej słowem, przedstawiła mi w dalekim Paryżu jego właścicielka – Mieczysława Szulc, córka autora, urodzona jak i on w Kołomyi. Album ten przechowuje ona jako wyjątkową po swym Ojcu pamiątkę. Dokument tym cenniejszy, jako że zapiski i fotografie z wędrówek po pasmach górskich utraconych dla naszej turystyki i kultury wskutek zmian granic państwowych rzadko do dziś się zachowały. Takie ocalałe z zawieruchy dziejowej dokumenty, choć często o walorze jedynie rodzinnym czy zgoła osobistym, są dziś niezwykle wartościowym świadectwem tamtego czasu. Ukazują nie tylko w formie dokumentacyjnej dawne, dziś już nieistniejące schroniska i szlaki turystyczne, ale, co równie, a może nawet najbardziej istotne, klimat ówczesnego wędrowania. Ujawnia się on w zapisie fotograficznym i słownym poprzez zderzenie kontemplacji górskiego krajobrazu i wrażliwości turysty na jego piękno z bogactwem dookolnych, najdzikszych jeszcze i teraz gór w Europie. Ale, co równie pasjonujące, dzisiejsze przeglądanie kart albumu jawi się niczym wywoływanie dawnych klisz, ponownie ukazujących, ale w innych już, bo teraźniejszych współrzędnych percepcyjnych, tamten czas i tamte miejsca, ujawniających także wyraźniej nałożone nań emocje Autora i jego wrażliwość na obraz, słowo i dźwięk. Umożliwienie mi pracy nad przygotowaniem tego niezwykłego diariusza do prezentacji drukiem, przyjmuję jako wyróżnienie i zaufanie ze strony Pani Mieczysławy Szulc – kieruję do Niej za to słowa szczerego podziękowania.

Zygmunt Mieczysław Chudzikiewicz był rodzinnie związany z Kołomyją – „stolicą” Pokucia – miastem leżącym na dawnych kresach południowo-wschodnich Rzeczypospolitej. Urodził się tam 29 grudnia 1910 r. jako syn inżyniera Włodzimierza Chudzikiewicza i Marii z Łysakowskich.

Klasa Autora w gimnazjum w Kołomyi, 1929 r. – Autor albumu w dolnym rzędzie, drugi od prawej (fot. aut. niezn.).

Jako absolwent tamtejszego Państwowego Gimnazjum im. Króla Kazimierza Jagiellończyka studiował na Politechnice Lwowskiej na Wydziale Elektrotechnicznym, na którym obronił w 1938 r. dyplom z wynikiem celującym. W czasie studiów działał w Kole Pokucian jako jego wiceprezes, w tym też czasie – bo w 1937 r. - ukończył podchorążówkę we Lwowie.

Zarząd Koła Pokucian, 1932/33 r. – Autor albumu stoi, trzeci od prawej (fot. aut. niezn.).

Podkarpackie położenie Kołomyi sprawiło, że bliskie mu geograficznie góry stały się także bliskie jego sercu. W latach gimnazjalnych bywał w Hryniawie nad Czeremoszem, a w późniejszych – w Jaremczu i okolicach Miluliczyna nad Prutem. W 1938 r. wybrał się w Karpaty dwukrotnie –  wpierw w Grogany w dniach 24 czerwca –2 lipca, z dawnym kolegą gimnazjalnym Alojzym (Alkiem) Świątkiem i jego narzeczoną Anną (Hanką) Nikish, siostrzenicą przyjaciół z Kołomyi, następnie zaś w Czarnohorę – w okresie 9-20 lipca ze swą narzeczoną Marią i najmłodszym bratem Leszkiem. Uwiecznił te wędrówki we wspomnianym, własnoręcznie wykonanym albumie, kryjącym pod sztywną, pokrytą szarym płótnem okładką (13 x 23 cm) ozdobioną tkaną barwną wstążką o motywach roślinnych 35 kart złączonych w całość fioletowym sznurkiem. Przedstawiają one odwiedzane schroniska, rozległe górskie krajobrazy i scenki rodzajowe, a są naprzemiennie rozdzielone wierszowanym opisem odwiedzanych miejsc, najczęściej pełnym humoru, ale i głębszej refleksji.

Album rozpoczyna się barwnym akwarelowym portretem ujmującym szkicowo z półprofilu stojącego Hucuła w regionalnym ubiorze. Dalej znajdziemy 53 czarno-białe fotografie. Materiał odnoszący się bezpośrednio do wyprawy w Gorgany to 32 zdjęcia (9 x 14 cm), 12 tekstów w manuskrypcie – w tym dwa przedstawiające zapis nutowy wraz ze słowami huculskiej piosenki (zapewne zasłyszanej od mieszkańców regionu podczas wędrówek) oraz 7 szkiców tras odbytych wycieczek. Komplet ten można poprzedzić dwoma zbiorowymi zdjęciami, na których występuje Autor. Dla rzetelności w prezentacji albumu należy dodać, że wyjazd w Czarnohorę nie ma tu –  jak w przypadku Gorganów – obszerniejszej dokumentacji. W tym bowiem jego miejscu zostało usuniętych 9 kart. W efekcie wyprawie tej przypomina jedynie 9 okazjonalnych ujęć fotograficznych, a zdjęcia z tej części albumu nie są opisane; brak też związanych z nimi tekstów i szkiców przebytych tras. Pozostałe fotografie odnoszą się do zdarzeń spoza Huculszczyzny; zostały dołączone do albumu w późniejszym czasie i nie przez Autora. Tak więc album niniejszy przedstawia w sposób kompletny w zasadzie jedynie wędrówkę po Gorganach.

Wyprawa w te góry, jak wskazują informacje zawarte w dokumencie, rozpoczęła się w Kołomyi 24 czerwca (był to piątek) 1938 r. –  to data „Zjazdu gwiaździstego” w tym mieście wspomnianej trójki uczestników wędrówki. Jak pokazuje szkic ich tras dojazdu, Hanka przybyła z Warszawy przez Cieszyn, Lwów i Zaleszczyki, Alek – z Cieszyna przez Lwów, Mietek natomiast (czyli Autor używający prywatnie drugiego imienia) ze Lwowa. Wyposażeni w plecaki i „wigowską setkę” (cenione do dziś mapy wydawane przez Wojskowy Instytut Geograficzny w skali 1:100.000) wyjechali tego dnia pociągiem z Kołomyi przez Delatyn do Nadwórnej, a stamtąd koleją wąskotorową do Rafajłowej, wsławionej walkami Legionów Polskich na przełomie lat 1914/1915. Noc spędzili tam w schronisku turystycznym mieszczącym się na piętrze budynku szkolnego Towarzystwa Szkoły Ludowej (wzniesionego z drewna w stylu huculskim w 1936 r.), zwrócili też uwagę na tamtejszą interesującą drewnianą cerkiew. Następnego dnia (25 czerwca) udali się doliną Rafajłowca i Drogą Legionów na przełęcz Rogodze Wielkie, gdzie znajduje się do dziś historyczny krzyż i tablica ze sławnym czterowierszem, skrupulatnie przez Autora zapisanym w notatkach. Stamtąd głównym karpackim grzbietem (stanowiącym od połowy XIV w. przez kilkaset lat granicę polsko-węgierską) przeszli przez szczyt Pantyr do położonego nieco niżej na połoninie schroniska Przemyskiego Towarzystwa Narciarskiego (wzniesionego w 1935 roku), gdzie zatrzymali się na nocleg w zbiorowej sali. W kolejnym dniu wędrówki karpackim grzbietem wędrowali przez Durnię (nazwali ją Durnym), Gropę, Bratkowską Wielką i Małą, Ruską i Steryszorę, zatrzymując się na noc w schronisku, także należącym do Przemyskiego Towarzystwa Narciarskiego (zbudowanym jak poprzednie w 1935 r.), na pobliskiej połoninie. Następnego dnia wyruszyli przez znaną z rozległych panoram Płoskę, dalej Douhę, do schroniska PTT (Oddziału Stanisławowskiego, wzniesionego w 1938 r.) na połoninie Niżnej pod Doboszanką, w dolinie Zubrynki. Stamtąd kolejnego dnia przeszli przez Doboszankę, Medweżyk, doliny Ozirnego i Doużyńca do Rafajłowej, gdzie stanęli na nocleg w schronisku WKN (Warszawskiego Klubu Narciarskiego, zbudowanym w tymże 1938 r.). Obiekt ten swą nowoczesnością i udogodnieniami cywilizacyjnymi, niespotykanymi w tamtejszych schroniskach, wywarł na wędrowcach silne wrażenie, a dotychczasowe forsowne cztery dni marszu i niewygód spowodowały, że spędzili w nim dwa dni, mimo zauważalnie wysokich, „warszawskich”, bo spod znaku Syreny, cen. Siódmego dnia pobytu wyjechali samochodem z Rafajłowej do Zielonej, skąd doliną Czernika dotarli na Kozi Gorgan i Poleński znajdując nocleg w pobliskim domku myśliwskim (wtenczas te odległe ostępy karpackiej puszczy były znanymi rewirami rządowych polowań). Ostatni dzień wędrówki – 2 lipca –  wypełniło strome zejście do doliny Sitnego, a następnie skierowanie się dolinami Zielenicy i Żonki do Jaremcza. Tam, po wykonaniu pamiątkowego zdjęcia w „humorystycznej” scenerii fotograficznego atelier, udali się na zasłużony obiad w restauracji pensjonatu „Lankoszówka”, położonego przy wodospadzie Prutu.

 

Szkic trasy

 

Dzień I

 

Trasa - dzień I

 

Dzień II

Trasa - dzień II

 

 

Fantazja pantyrska

 Gdybym był Wielkim Wezyrem,
lub chociaż Małym Szlemem,
mieszkałbym pod Pantyrem
ze swym haremem.

Z damą żołędną czasem
zasypiałbym pod dębem.
Z dzwonkową pasałbym owce
w noc ciemną, nago, na zrębie.

Gdy znudzę się pikową,
wydam ją za Durnego,
a damą pik Maryjkę
mianuję od pierwszego.

Z damulką kier co tydzień
upijałbym się mlekiem.
Aż wreszcie,
pod Pantyrem,
przestałbym być człowiekiem
i stałbym się – (o wstydzie!)
najmilszym w świecie satyrem.

 

 

Zgubieni w lesie, wplątani
w objęcia wiatrołomu,
nie chcemy niczego więcej,
nie zazdrościmy nikomu.

 

 Pod Durnym

Motto: Skazaw mudryj Seneka: „Trymajś wid „durnoho” z dałeka!...”

 Trzydzieści procent spadu,
sto procent irytacji.
Klnę swe więzy, niewolnik
bezsiły grawitacji.

 

Dzień III

Trasa - dzień III

 

 

Za dwa i pół złotego
jestem w schronisku hrabią.
Chichotem dziewcząt w kuchni
Gorgany wabią.

Kiwa się lampa zdziwiona:
Pany, Hucuły, dziwki?..
Cud się zbratania dokonał
przez góry, taniec i ..  śliwki!

 

Brodzimy w mokrej trawie,
żurawiom podobni, nie ludziom.
Jak one ciągniemy wytrwale
ku coraz piękniejszym bezludziom.

 

 Bilans.  P.K.O. poświęcam.

Złotą walutą słońca,
paproci zielonym banknotem
spłacają góry sowicie
naszą odwieczną tęsknotę.

Zapachem i szumem wiatru,
nektarem srebrnej rosy
sycimy – korni pielgrzymi –
miejski, bolesny niedosyt.

 

 

Burza

 Już huczy płachta deszczem,
tuląc gromadkę wśród boru.
Po nagłym, wspólnym dreszczu
wiem, że uderzył piorun. 

Dzień IV

 

Trasa - dzień IV

 

 

Doboszanka

 Zielonych głazów lawina.
Pion-ciało drży w ręku zmęczenia.
O magio kąta ostrego
człowieka i kamienia!...

Do cienia wszystko uciekło
prócz szczytu, nieba i słońca.
Czterdziestu stopni cosinus
obliczam mimo gorąca.

 

Schronisko W.K.N.

O słodka
torturo wrzącej wody,
tryskającej z kurka!
Esencjo
stylu i wygody!
Szumiącego sznurka
dziecinna radości!
O sprężyn rozkoszy!
Wzorze gościnności!
Przedsionku Edenu
dla brudnych i zgłodniałych!
Słowem:
Schronie Wu Ka Enu!

………………………………

Jak zwykle na świecie
znajdzie się robaczek
i w tym bujnym kwiecie:
Komfort, zarząd, ceny,
są pod znakiem Syreny… 

Dzień VII

 

Trasa - dzień VII

 

Źródełko 

W gęstwinie zbocza skryte, pod Kozim Gorganem,
znalazłem dzięki mapie (tej do stu tysięcy).
Umyło mnie, napoiło. Szmerem dziwnie znanym
żegnało, gdym odchodził, by nie wrócić więcej.

Na dnie nieba, w marzeniach
zatopiony nurek,
wracam jednak po chwili,
by … zakręcić kurek.

 Dzień VIII

 

Trasa - dzień VIII

 

 

 

Niechaj więc zdjęcia i zapiski Zygmunta Mieczysława Chudzikiewicza z jego wędrówek po Gorganach przypomną przedwojenne wschodniokarpackie klimaty nie tylko już bardzo nielicznym dziś je pamiętającym czy ich spadkobiercom – strażnikom rodzinnej pamięci – ale będą też zaproszeniem na szlak naszego karpackiego dziedzictwa skierowanym do kolejnych pokoleń.


Zygmunt Chudzikiewicz zamieszkał w 1939 roku w Warszawie i podjął pracę w Państwowym Instytucie Telekomunikacyjnym „Tele-Radio”; w tymże roku zawarł związek małżeński z Marią z d. Górka pochodzącą ze Lwowa. Mobilizacja wojenna zastała go w Gródku Jagiellońskim podczas ćwiczeń wojskowych rezerwistów 26 pułku piechoty, skąd pod koniec sierpnia wyjechał transportem kolejowym w kierunku stolicy. Zginął w walkach pod Otwockiem 10 września jako podoficer rezerwy 5 kompanii, 26 p.p., 5 Lwowskiej Dywizji Piechoty. Pochowany w Karczewie k. Otwocka w sektorze wojskowym cmentarza. Odznaczony pośmiertnie medalem „Za udział w wojnie obronnej 1939”.

Nagrobek Zygmunta Mieczysława Chudzikiewicza na cmentarzu w Karczewie k. Warszawy - kwatera wojenna (fot. Jan Skłodowski)


Fotografie archiwalne: Zygmunt Chudzikiewicz

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

Polany Surowiczne to niezamieszkana dziś dolina we wschodniej części Beskidu Niskiego - wieś wysiedlono w 1945 roku. Ślady dawnych dziejów jednak pozostały. Jednym z nich jest grób lekarza "szpitalu lwowskiego". O odkrywaniu jego tajemnic i pożytku z czytania dziewiętnastowiecznych gazet pisze Witold Grzesik.


Cholera

Cholera. Dla nas wyrażenie ekspresyjne, choć nader łagodne w dzisiejszych czasach, przegrywające zdecydowanie z bardziej brutalnymi słowami wskazującymi stan emocjonalny jednostki. W XIX wieku zaś budząca strach nazwa choroby (łac. Cholerae), na którą nie było wówczas dobrego lekarstwa. Ponieważ charakter cholery nie był znany, nie potrafiono także skutecznie przeciwdziałać zarażeniu. I tak szerzyło się owo nieszczęście po wielkich połaciach kraju, zbierając bardzo obfite żniwo. Wystarczy przytoczyć Wikipedię, gdzie o cholerze czytamy tak: "Cholerę cechuje śmiertelność koło 1% (skrajnie do 20%) przypadków prawidłowo leczonych i 50% przy braku leczenia". Owe 50% brzmi zresztą dość optymistycznie, bywało w dawnych wiekach gorzej. Charakter choroby rozpoznał dr Robert Koch dopiero w 1883 roku, od tego czasu można było konsekwentnie zapobiegać jej rozwojowi i rozprzestrzenianiu. A tak naprawdę wystarczało zachowywać elementarne zasady higieny…

Niestety, zanim rozpoznano wroga, dziesięć lat wcześniej, bo w roku 1873, opanowała Galicję kolejna już epidemia. Z początkiem lata prasa zaczęła donosić o coraz większej liczbie zachorowań. Szerzył się mór i w miastach, również tych największych, i we wioskach. Niech przemówią liczby: ukazujący się we Lwowie Dziennik Polski pisał tak (we wszystkich cytatach zachowano pisownię oryginalną):

„…nie podajemy nazwisk miejscowości, w których się pojawiła lub wygasła cholera, bo wykaz taki zająłby co najmniej połowę jednego numeru naszego Dziennika. Poprzestajemy przeto tylko na podaniu cyfr (…): w czasie od 15. sierpnia (…) w ciągu 14 dni grasowała cholera w 67 powiatach a 1,732 miejscowościach, w których do pozostałych 9,241 chorych przybyło 74,550 tak, iż zdrowiało 40,732, umarło 28,846, a pozostało w leczeniu 14,243 (…) w wykazie z pierwszej połowy sierpnia wymieniło namiestnictwo 17 tysięcy i kilkaset umarłych na cholerę, co daje (…) w ciągu jednego miesiąca sierpnia 45,846 umarłych…”

Metody walki z chorobą podejmowano różne i z różnym skutkiem. We wsiach próbowano wszelkich sposobów. Otóż, we wsi oznaczonej jedynie literą „S” :

„…grasowała w ostatnich czasach silnie cholera (…) zachorował brat wójta: naturalnym sprytem obdarzony wójt, obwija chorego w mokry koc i wkłada to zawiniątko w piec, z którego właśnie chleb wyjęto, i to tak głęboko, iż z wązkiego otworu pieca zaledwie głowa pacjenta na zewnątrz wyglądała. Po tej operacji w dzień później wyzdrowiał chory, a zaniemógł wójt, który natychmiast po emigracji brata z pieca, weń się ulokował. Równocześnie zachorowała mu i ukochana połowica i niestety, gdy piec był zajęty przez męża, przeniosła się do wieczności. Od tej chwili aż do ustania cholery, trudno było znaleźć wolnego pieca; wszędzie znalazłeś pacjentów.”

Trzeba przyznać, że pióro redaktora, lekkie i nieco złośliwe, nadaje koloryt takiej opowieści. Były też większe okropności, których dokładnych i dosadnych opisów tu nie zacytuję: w grę wchodziły kołki osikowe, wbijane w uprzednio ćwiartowane członki niedawno zmarłych, którzy jako upiory i wilkołaki mieli chodzić po śmierci i roznosić chorobę. Jako lekarstwo podawano chorym krew wyduszoną ze świeżych zwłok wyciąganych z grobu. Wyciąg artykułów z ówczesnej prasy, opisujących podobne ludowe antycholeryczne środki zaradcze, mógłby być całkiem interesującym opracowaniem, ale tylko dla czytelników o mocnych nerwach.

Oczywiście do pracy ofiarnie przystępowali lekarze. Nie znając zasad prewencji nader często zarażali się od chorych niosąc im pomoc. Apel o ich wysiłki był powszechny. 4 sierpnia lwowski magistrat wydał obwieszczenie:

„Z powodu pojawiającej się w naszem mieście cholery, wzywa się panów doktorów medycyny i chirurgów, chęć mających nieść pomoc chorym cholerycznym za djetami dziennymi, a to: po 10 złr. dla panów doktorów medycyny, za po 5 złr. dla panów chirurgów, aby się zgłosili do fizyka miejskiego, który im bliższe w tej mierze udzieli wyjaśnienie”.

Gazety są pełne informacji o poświęceniu lekarzy. Choć gwoli sprawiedliwości napiszmy, że zdarzały się też bardzo krytyczne artykuły na temat medyków, którzy ze strachu przed chorobą odmawiali pomocy, a zastępowali ich odważni studenci medycyny.

A jak ktoś nie wierzył w medycynę, mógł również… nabyć wino anticholeryczne.

Dziennik Polski (Lwów), nr 189/1873

Cholera zaczęła ustępować we wrześniu 1873 roku, późniejszą jesienią zupełnie już nie notowano przypadków zachorowań. 

Polany Surowiczne

Do Polan Surowicznych po raz pierwszy przyjechałem w 1981 roku, kiedy zakładaliśmy tam studenckie schronisko, znane i działające do dziś jako „Chałupa Elektryków”. Niedaleko naszego domu odnaleźliśmy bardzo zarośnięty i zapuszczony wówczas cmentarz – od wysiedlenia łemkowskich mieszkańców minęło wówczas już 36 lat. Większość nagrobków była mocno uszkodzona, przeważnie ich rozrzucone części były ledwo widoczne w głębokiej trawie, jeżynach i pokrzywach.

W północno-zachodniej części cmentarza leżały kawałki nagrobka zdecydowanie różniącego się od „miejscowych”. Miał kształt słupa, po bokach wykute symbole węża i trupiej czaszki z piszczelami. Wąż, w tym przypadku wąż eskulap – to znak, że pochowany jest tu lekarz. Trupia czaszka zaś – że powodem śmierci była zaraza.

Grób lekarza w Polanach Surowicznych - stan sprzed 1991 roku

Na pomniku wyryty był napis:

(pierwsze linijki nieczytelne)
LEKARZ
SZPITALU
LWOWSKIEGO
* 1847 W 26 Z.
WŚRÓD
EPIDEMI
16 SIERPNIA
1873
POKÓJ JEGO
POPIOŁOM

Tak też opisaliśmy nagrobek lekarza w przewodniku „Od Komańczy do Krempnej” z 1988 roku i w jego kolejnych wydaniach. O ile cały odczytany tekst był zapisany bardzo wyraźnym, „drukowanym” pismem, o tyle w miejscu, gdzie powinno być imię i nazwisko, znajdowały się niewyraźne wgłębienia. Nie udało się nam wówczas dowiedzieć, jak zmarły medyk się nazywał.

Cmentarz odnowiliśmy w ramach obchodów dziesięciolecia schroniska w 1991 roku. Zebraliśmy potrzebną podstawową wiedzę konserwacyjną od znanych nam fachowców, ustawiliśmy większość nagrobków na ich miejscach (niektóre wręcz wydobyliśmy spod ziemi), postawiliśmy także pomnik lekarza. Po nas konserwację prowadzili pod okiem Szymona Modrzejewskiego wolontariusze spod znaku Stowarzyszenia Magurycz.

Grób lekarza w Polanach Surowicznych - stan w 2013 roku

Mijały lata, w kolejnych wersjach przewodnika informacja o „dwóch linijkach nieczytelnych” była ponawiana, aż nastał rok 2007. Trochę nieoczekiwanie trafiła się okazja wizyty w Polanach Surowicznych w majowy weekend. Jak zawsze odwiedziłem cmentarz. Miało się pod wieczór, słońce rzucało bardzo ostre promienie na pomnik nagrobny w taki sposób i pod takim kątem, że każde zagłębienie było świetnie widoczne. Podjęliśmy z synem próbę odczytania owych dwóch linijek. Trwało to długo – na koniec zapisaliśmy, że z dużą dozą prawdopodobieństwa owym medykiem zmarłym podczas zarazy jest:

Ś.P.
Dr med. EMIL
TITTEL

Tytuł i personalia lekarza są niejako wykaligrafowane w kamieniu, całkiem zgrabnym pismem, wykutym zapewne w innej chwili i chyba przez innego kamieniarza; głębokość i ostrość liter jest zbyt różna od reszty napisu.

Fragment inskrypcji na grobie lekarza - "Dr. Med EMIL TITTEL"

Pamiętam, że próbowałem niemal od razu sprawdzić w Internecie, czy nie znajdę czegoś o doktorze Emilu Tittelu – ale poza wszystkimi innymi ograniczeniami w zasobach informacyjnych, trafiałem na prosty problem. Słowo „tittel” (czyli „tytuł” po niemiecku) występuje w dowolnych dokumentach lwowskich z tego okresu tysiące razy – bądź co bądź była to wówczas austriacka Galicja, z tego też powodu język niemiecki był w oficjalnym użyciu; mieszkańców niemieckojęzycznych w mieście było również wielu.

O lekarzu „szpitalu lwowskiego

Minęło kilka kolejnych lat, pojawiły się pierwsze biblioteki cyfrowe, udostępniające dziewiętnastowieczną prasę. Podjąłem kolejną próbę. Skoro – tak myślałem – jest znana dokładna data zgonu lekarza, może znajdę o tym jakąś notkę w lwowskiej gazecie?

Dość naiwna była taka myśl. Gdzie Lwów, gdzie Polany Surowiczne. W gazetach stołecznych, a Lwów przecież miał taki status, trzeba było pisać o wszystkim, co się działo w całym kraju. Trzeba pamiętać, że ówczesna Galicja rozciągała się od Białej (tej od dzisiejszej Bielska-Białej) do Zaleszczyk. Gdzie na czterech lub sześciu stronach gazety, na których trzeba zmieścić i wiadomości z wiedeńskiego cesarsko-królewskiego dworu, i informacje o nowych wydarzeniach we Lwowie, Krakowie i Stanisławowie, i zapowiedzi ważnych towarzyskich wydarzeń, i urzędowe rozporządzenia, i kolejny odcinek poczytnej powieści, i parę sensacyj ze świata, i ogłoszenia o sprzedaży mydła lub powidła lub o tym, że stateczny pan pozna panią, i w dobie zarazy także ważne wieści o walce z cholerą w największych miastach prowincji, gdzie w tym wszystkim szukać wzmianki o tym, że gdzieś w karpackiej głuszy zmarł na epidemię lekarz? A bo to on jeden?

Próbować jednak warto. We Lwowie ukazywały się wówczas trzy krajowe dzienniki – Gazeta Lwowska, Dziennik Polski oraz Gazeta Narodowa. Wydawane były codziennie, także w soboty i niedziele, a jeżeli były ku temu specjalne okoliczności, nawet dwa razy w ciągu jednego dnia. Cyfrowa Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego miała szczęśliwie numery z sierpnia 1873 roku wszystkich trzech gazet.

Gazeta Narodowa i Gazeta Lwowska opisywały oczywiście bardzo szeroko wydarzenia związane z epidemią, podawały liczby i fakty, rozpisywały się o szczególnych przypadkach zachorowań i cudownych ozdrowień, ale głównie koncentrowały się na dużych ośrodkach miejskich – Lwowie, Stanisławowie czy Przemyślu, ewentualnie na bliskich okolicach samego Lwowa.

Jako trzecią gazetę zacząłem elektronicznie „wertować” Dziennik Polski. Zacząłem od chyba 30 sierpnia, zakładając, że przecież informacja o historii w dalekiej karpackiej wsi nie dotarłaby do Lwowa zbyt szybko. Nic nie znalazłem, cofałem się do poprzednich wydań, trochę już dla porządku otwierałem coraz wcześniejsze gazety. I nagle, przeglądając Dziennik Polski z 22 sierpnia… poczułem się jak Indiana Jones odnajdujący zagubiony skarb. Zdaje się, że nawet krzyknąłem z przejęcia, bo żona przybiegła zaniepokojona. Zobaczcie sami, co przeczytałem:

„Z pod Rymanowa.18 sierpnia. W sobotę straciliśmy Dra Titla ze Lwowa na epidemję. Młody ten lekarz przybyl przed trzema tygodniami z całym zaparciem własnego ja --- z całym poświęceniem rzucił się w góry dla ratowania opuszczonego ludu. O głodzie, wycieńczony na siłach, zachorował w chwili, gdy w oddalonych górach ostatnie krople --- ostatnie środki ledwie że rozdał chorym --- kazał się wieźć do Rymanowa, gdzieby był mógł mieć pomoc, w Polanach choroba się tak rozwinęła, że nie można go było wieźć dalej, udał się o pomoc do miejscowego proboszcza gr. un., ten odmówił pomocy --- nie przyjął pod dach człowieka poświęcenia. Kazał go umieścić w pustej zadżumionej chacie, gdzie wszyscy wymarli. Tam bez żadnej pomocy zakończył najszlachetniejszy człowiek, dla którego miłośc bliźniego była jedynym prawem. Cześc jego pamięci.”

Notatka z Dziennika Polskiego z 22 sierpnia 1873 roku (nr 196/1873)

A więc nie myliłem się co do nazwiska lekarza – zapisywany był we wzmiance przez jedno „t”, ale akurat to kiedyś nie było – jak dziś – tak pieczołowicie pilnowane. Że Polany nie Surowiczne – to też jest typowe, w wielu dokumentach jest mowa o Polanach, zawsze musimy weryfikować, o które chodzi, czy o te „nasze”, czy może te koło Krempnej (czasem zwane Myscowskimi). Poza tym wszystko się zgadza. 16 sierpnia 1873 roku istotnie była sobota.

Owym proboszczem greckokatolickim, który tak surowo obszedł się z chorym lekarzem, był Joann Pasternak, opisywany w pariafalnych kronikach jako wyjątkowo dobry człowiek, dbający zarówno o stronę duchową ludności, jak i materialną cerkwi. Czy można się mu dziwić, że starał się oddalić od siebie i swojej rodziny zagrożenie zarażenia chorobą, która wówczas była we wsiach wyrokiem śmierci?

Zanim wydamy osąd, poczytajmy dalej. Okazuje się bowiem, że historia ma dalszy ciąg! Przejrzałem jeszcze raz kolejne numery Dziennika Polskiego. Ów korespondent z Rymanowa (o inicjałach P.R.) słał do centrali kolejne sprawozdania. Cóż czytamy trzy dni póżniej? Otóż:

„Gdy jeszcze grozą przejmuje wszystkich zgon męża poświęcenia, dr. Titla, o którym wczoraj donosiłem, a już niestety zapisuję fakt (...) ohydą swą sięgający jeszcze wyżej. Zmarły dr. Titel miał w górach do pomocy dwie siostry służebniczki N.M.P., które współubiegały się w ratowaniu biednych Rusinów, a wymiatanych, jak miotłą, przez cholerę. (...) W takich warunkach dotknięta została epidemją niezmordowana Siostra Józefa, po śmierci dr Titla, siostra Marta, towarzyszka jej, zdołała przywieźć ją do Rymanowa (...) zawiozła przed probostwo i tam od księdza Laskowskiego żądała dachu. Ksiądz (...) kazał chorą umieścić w kostnicy cmentarnej (...) po usilnych błaganiach towarzyszki przeniesiono chorą do nory wilgotnej, smrodliwej, przy sądzie, gdzie zamykają kryminalistów, tam to dnia wczorajszego, rano, Siostra Józefa zakończyła żywot, pełen poświęcenia.”

A więc nie tylko ksiądz greckokatolicki z Polan, ale także proboszcz jegomość z Rymanowa bał się cholery na tyle, żeby nie ryzykować zbyt dużego kontaktu z chorą osobą. I podobnie jak w Polanach, zarażonym przyznawano w mieście miejsca na tyle poślednie, aby uniknąć z cholerykami styczności i na tyle marne, że szanse na wyzdrowienie były nikłe. Gdy w gazecie lwowskiej ukazała się taka notatka, która godziła w dobre imię władz miasta, nie mogło się obyć bez polemiki. I taka się pojawiła dosłownie po dwóch dniach, opatrzona złośliwym komentarzem naszego korespondenta.

,,Z Rymanowskiego sądu powiatowego otrzymaliśmy pismo następujące:

W korespondencji „Z pod Rymanowa d. 20 bm. powiedziano, „że przeniesiono na cholerę siostrę służebniczkę do nory wilgotnej, smrodliwej, przy sądzie, gdzie zamykają aresztantów i kryminalistów, tam to dnia wczorajszego siostra Józefa zakończyła żywot.” Tak nie było. Do aresztów tutejszych sądowych żadnego chorego nie przynoszono i nikt też na cholerę cholery w tych aresztach lub przy sądzie nie umarł. Siostra Józefa umarła, jak się dowiadukemy, w lokalu, w którym się mieści areszt gminny. Upraszamy o zamieszczenie sprostowania w najbliższym numerze swego szan. pisma. Tomkiewicz”

(Równocześnie z pismem powyższem otrzymaliśmy pismo podpisane przez burmistrza m. Rymanowa, p. Bratusa, asesora Sapeckiego i sekretarza M.Chmurowicza, w którem ci panowie zaprzeczają gołosłownie, jakoby siostra Józefa umarła w aresztach sądowych, mówią coś ogólnikowo o jakiemś wygodnem pomieszczeniu w „stancji przyzwoitej”, ale ani słówkiem nie dają do poznania, że umarła w areszcie gminnym! Czyż w aresztach gminnych jest miejsce dla cholerycznych?”

--------------- o ---------------

W kolejnych miesiącach przeglądałem kilka sąsiednich roczników gazet. Nie znalazłem w zasadzie żadnych szczegółowych wzmianek o wydarzeniach w miejscowościach tak peryferyjnych, jak wieś Polany Surowiczne. Kolejne wieści z najbliższych okolic Rymanowa kończyły się na tym mieście, ewentualnie na Krośnie, Dukli lub Brzozowie. Tym bardziej tak drobiazgowa informacja o historii z Polan graniczy z cudem.

Inspirowany notatkami o wydarzeniach w Rymanowie szukałem także, ale bezskutecznie, grobu siostry Józefy na tamtejszym cmentarzu. Zapewne spoczęła chowana naprędce w ziemnej mogile, po której śladu już nie było po kilku latach. Znalazłem tylko przy okazji nagrobek bardzo podobny do tego lekarskiego z Polan, ale o kilkadziesiąt lat starszy.

Wciąż mało wiemy o doktorze Tittelu i jego rodzinie. W jakim szpitalu pracował? Czy był wyznania katolickiego, czy może należał do jakiegoś ewangelickiego zboru (był chrześcijaninem, to pewne – pomnik wieńczy krzyż)? Musiał być dla kogoś ważnym, skoro otrzymał taki nagrobek ku swojej pamięci – jak widać, postawiono pomnik nie na darmo, czego świadectwem jest ten artykuł. Są zapewne archiwa we Lwowie, które mogą nas zaprowadzić do wyświetlenia niektórych zagadek. Czas pokaże – może ktoś dopisze kolejny rozdział tej historii?

Jedno jest pewne – historia ostatnich chwil lekarza szpitalu lwowskiego, spoczywającego na cmentarzu w Polanach Surowicznych, nie będzie już owiana gęstą mgłą tajemnicy. Kiedy zajrzycie w tamte strony, zapalcie świeczkę doktorowi Emilowi Tittelowi. 16 sierpnia 2018 roku minie dokładnie 145 rocznica jego śmierci.


Tekst i współczesne fotografie: Witold Grzesik

Materiały archiwalne ze zbiorów Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

 

Prezentujemy opracowanie dr. Jana Skłodowskiego pt.: Bitwa pod Rarańczą - geneza i następstwa. Na szlaku II Brygady Legionów Polskich do Niepodległej.

Tekst pierwotnie ukazał się w pięciu częściach w Kurierze Galicyjskim zimą 2018 roku. Materiały jest wydany z okazji 100-lecia opisywanych wydarzeń i jest częścią projektu obchodów setnej rocznicy bitwy pod Rarańczą, którego Stowarzyszenie"Res Carpathica" jest organizatorem.

Materiał jest do ściągnięcia pod adresem: www.rescarpathica.pl/extdoc/Artykuly/Rarancza_JanSklodowski.pdf

Poniżej zamieszczamy fragment tekstu, opisujący samo starcie pod Rarańczą.


15 lutego do godz. 18 trwały przygotowania, żołnierze otrzymali amunicję i prowianty, zaś przeciwny spiskowi płk. Zieliński, objęty "przymusem wojskowym" (jako "najmilszy więzień" - tak postrzegany ze względu na powszechny szacunek, jakim go otaczano), był faktycznie aresztowany w łonie II Brygady. Wtenczas polskie oddziały, liczące ok. 4500 żołnierzy, ruszyły znaną im drogą na Rarańczę, z planem przebycia w nocy z 15/16 lutego szlaku do Rokitny, znajdującej się już na terytorium rosyjskim. Tu należy dodać, że nie wszystkie oddziały Polskiego Korpusu Posiłkowego mogły wziąć udział w akcji - 2 pułk ułanów znajdował się w odległym Synowódzku, część kadry (szkoła oficerska i podoficerska) - w Bolechowie i Dolinie. Zrezygnowano też z udziału w przejściu dwóch znajdujących się w Czerniowcach polskich pułków armii austro-węgierskiej ze względu na możliwe opóźnienia w dotarciu oraz brak pewności co do przychylnego stanowiska wobec akcji ich oficerów. Celem jej było jak najszybsze przebicie się przez linię frontu wszystkich oddziałów II Brygady. Nie było to łatwe już na samym początku wymarszu, bowiem oprócz najsprawniej się przemieszczających oddziałów piechoty w skład II Brygady wchodziły mniej mobilne tabory i artyleria. Został on upozorowany wyjściem oddziałów na ćwiczenia nocne, co zresztą było wtenczas rutynowym ich działaniem; taka też myląca informacja miała zostać wysłana do gen. Kosaka. Zdecydowano się również skierować ok. godz. 16 w rejon okopów mniejszy oddział legionistów (pod dowództwem ppor. Aleksandra Stawarza, celem unieszkodliwienia austriackiej artylerii oraz przerwania w terenie telefonicznej łączności) i ruszyć, dla sprawności marszu, z możliwie skromnymi taborami. Wymarsz nastąpił z Mamajowiec, dalszą drogę zaplanowano przez Sadagórę (nie: Sadogórę, jak się niekiedy podaje), na Rarańczę, i dalej, ku Rokitnie. Sprzyjającą okolicznością był fakt, że najbliższe austro-węgierskie oddziały gen. Kosaka znajdowały się ok. 16 km od zaplanowanego miejsca przekroczenia linii frontu. Jednakowoż, Austriacy już wcześniej, bo ok. godz. 15.30, dostrzegli niepokojące ich ruchy w polskich oddziałach - zwiększoną aktywność w taborach, wydawanie amunicji i prowiantu, a ich podejrzenia o dywersję zostały wzmocnione stwierdzeniem uszkodzeń w połączeniach telefonicznych i na szlaku kolejowym. Także wcześniejsza kontrola korespondencji legionistów ujawniła zawarte w niej informacje o zbilżającej się jakiejś tajemniczej akcji. A działo się to w chwili, gdy oddziały austro-węgierskie były wzmacniane, jeśli idzie o liczebność ludzi i sprzętu, wobec podjętego przez ich dowództwo planu wymarszu w głąb Ukrainy. II Brygada, choć starała się przejść ku linii frontu możliwie niezauważona przez - jak się jej wydawało - nieoświetlone i pogrążone w ciszy miejscowości, została dostrzeżona, tym łatwiej, że ów nienaturalny spokój otoczenia miał właśnie na celu uśpić jej czujność. W następstwie napływających z terenu meldunków gen. Kosak zawiadomił o godz. 20.30 o całej sytuacji swych zwierzchników i był gotów do rozpoczęcia kontrdziałania - wydał tedy rozkazy wstrzymania przejścia polskich oddziałów, otoczenia ich i zaaresztowania. Wobec tego prawie wszystkie podległe mu jednostki (m.in. dwie dywizje kawalerii oraz pancerny pociąg) zostały skierowane w rejon ich przemarszu, zaś specjalnie tam wysłany, z patrolem zwiadowczym, znający język polski gen. por. Johann Schilling (syn niemieckiego kolonisty spod Nowego Sącza i absolwent polskiego gimnazjum) miał nawiązać kontakt z jego dowództwem i nakłonić do poniechania akcji. Tak się jednak nie stało. Schilling, który nie cieszył się mirem podwładnych i, co więcej, był zwykle obiektem żołnierskich kpin, został przez legionistów, przy dużej aktywności ks. Panasia, na krótko zaaresztowany; następnie zaś, nazwany w oczy "starym osłem", którego "prędzej czy później i tak powieszą" i rychło zwolniony.

Odznaka legionistów internowanych po bitwie pod Raranczą


Ok. godz. 23.30 oddziały II Brygady starły się z Austriakami - oddziałami 53 pułku piechoty (złożonego z Chorwatów). 2 pułk Brygady walczył w rozwiniętym szyku, legioniści rozbili oddziały austro-węgierskie i dwie baterie artylerii, a por. Mieczysław Boruta-Spiechowicz wraz z 11 kompanią tego pułku uczynił niebawem drogę do dalszego marszu wolną. Haller nadal jednak oczekiwał nadejścia legionowej artylerii - daremnie, więc ok. godz. 1, czyli już 16 lutego, oddziały polskie ruszyły bez niej naprzód, omijając zgodnie z otrzymanym rozkazem Rarańczę i kierując się ku odległym o 5 km austriackim okopom. Szlak pułków 2 i 3 lekko się rozdzielił, a ich szybki marsz wyprzedził interwencję nadjeżdżającego pociągu pancernego. Niemniej, panowało wśród legionistów ogromne zmęczenie po wielu kilometrach wyczerpującego nocnego marszu, wypełnionego niepewnością osiągniecia celu i strzelaniną podczas utarczek. Okopy austro-węgierskie na linii frontu okazały się puste, jednakże znajdujące się tam zasieki z drutu kolczastego utrudniały legionistom przejście - tym bardziej, że nie posiadali oni nożyc do jego cięcia i tylko dzięki rzucanym na zasieki żołnierskim płaszczom mogli sprawniej je przekroczyć. Nieobsadzone były też oddalone od nich o kolejne 2 km okopy rosyjskie. Ok. 1500 legionistów, w tym ok. 100 oficerów z tych pułków, wraz z karabinami maszynowymi i kilkoma końmi, dobiło się wolności. Pozostałe oddziały zostały przez Austriaków otoczone i zamknięte przerwanym wcześniej pod Rarańczą pierścieniem ich wojsk. Znajdujące się w nim polskie oddziały rozpoczęły beznadziejną walkę na bagnety, artyleria przeciwnika uderzyła skutecznie w nienadążające za pułkami piechoty tabory; legionowa artyleria, tzw. "zakłady" (intendentura, kolumna sanitarna, piekarnia itp.) oraz kasa brygady zostały przez Austriaków zatrzymane. Akcja podjęta przez legionistów, w której poległo 16 z nich, a kilkunastu zostało rannych (były też w podobnej liczbie ofiary po stronie przeciwnej), zakończyła się ok. godz. 3 nad ranem.


Tekst i fotografia: dr Jan Skłodowski

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

Tekst Andrzeja W. Kaczorowskiego, treść referatu z ogólnopolskiej konferencji naukowej „PAMIĘĆ KRESÓW – KRESY W PAMIĘCI”, Gliwice 25-27 października 2017 r., zorganizowanej przez IPN Oddział w Katowicach i Muzeum w Gliwicach


WITOLD SZOLGINIA / TOLU Z ŁYCZAKOWA / 1923-1996 / LWOWIANIN SEMPER FIDELIS / UTRWALAŁ PAMIĘĆ O LWOWIE / MOWĄ I PISARSTWEM / W WIERSZACH I GRAFICE – taki napis znajduje się na jego płycie nagrobnej na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Z wykształcenia architekt (studia rozpoczynał jeszcze u polskich profesorów na już sowieckiej Politechnice Lwowskiej), z zawodu – pracownik naukowy (doc. dr hab.), był człowiekiem wielu talentów i umiejętności, m.in. znakomitym popularyzatorem wiedzy z dziedziny architektury, urbanistyki i budownictwa. Największą pasją jego życia stał się jednak rodzinny Lwów. Przez współczesnych nazywany był „Strażnikiem Miasta i Grobów” (określenie Zbigniewa Herberta), arcylwowianinem i lwowskim encyklopedystą, według Jerzego Janickiego „po papiesku nieomylnym w kwestiach lwowskich”; legendarny Tońko (Henryk Vogelfaenger) ze słynnej przedwojennej Wesołej Lwowskiej Fali przekazał Szolgini zaszczytny tytuł barda miasta Lwowa1.

Grób Witolda Szolgini na Powązkach w Warszawie; kwatera 237, rząd 3 (fot. © Ryszard Siwicki).

Na początku było lwowskie słowo

Do rangi symbolu urasta fakt, że zrodzona z wielkiej nostalgii za utraconym miastem bogata twórczość lwowska Szolgini zaczęła się od wierszy pisanych bałakiem – „mową rodzinną”, gwarą lwowskiej ulicy, językiem batiarów górnego Łyczakowa. Swej ogromnej tęsknocie autor dawał wyraz już od pierwszych zapisanych słów: „Tak mi si dziś marzy, ży jezdym wy Lwowi”. Jak wspominał, „zaczęło się to pewnego grudniowego wieczora w połowie lat pięćdziesiątych [XX w.], kilka dni przed Wigilią świąt Bożego Narodzenia”, gdy w euforii, „w radosnym, ale jakby przez łzy uniesieniu” napisał pierwszy w życiu wiersz pt. „Wigilia”; z niepojętego dla niego nakazu – w bałaku, gwarze swego miasta, był bowiem głęboko przekonany, że „jedynie tak, bałakowo, będzie prawdziwie i autentycznie…”2

Za pierwszym wierszem „poszły potem dość szybko następne, wszystkie również lwowskie w swej treści, czterowersowe i dwunastozgłoskowe w formie oraz bałakowe w stylu”3, które złożyły się na cykl ponad dwudziestu utworów zatytułowany „Krajubrazy syrdeczny”. Kolejne cykle: „My – zy Lwowa!”, „Lwoski kuścioły” oraz „Lwoski pumniki” powstawały później. Początkowo były pisane do szuflady, stanowiąc dla Szolgini rodzaj autoterapii. Ilustrowane jego rysunkami, z czasem wyszły z kręgu domowego, przekazywane przyjaciołom, kolegom i znajomym ze Lwowa. Zwykle podpisywane „Tolu z Łyczakowa”, rozprzestrzeniały się w diasporze lwowskiej w kraju i zagranicą na zasadzie „łańcuszka św. Antoniego”, często wracając do autora zmienione, zniekształcone (tłumaczone na język literacki!), a nawet przywłaszczone przez kolejnych czytelników. Podawane „z ręki do ręki” lub przesyłane pocztą, krążyły w kręgu środowiskowym, poza obiegiem oficjalnym i cenzurą państwową.

Swą twórczość autor prezentował także podczas spotkań towarzyskich z udziałem grona lwowskich przyjaciół od lat siedemdziesiątych XX w. tworzących nieformalne Koło Literacko-Artystyczne. „Jak widać, Szolginia pokusił się o coś, czego nikt przed nim nie zrobił, a mianowicie dokonał zapisów krajobrazów dzieciństwa bałakiem – gwarą lwowską. Adresatem wierszy uczynił więc wąskie grono dawnych lwowian, wśród nich – nie u wszystkich – przetrwała bowiem znajomość bałaku”4.

W wierszach i w prozie

Witold Szolginia zamierzał włączyć te wiersze do swych zbeletryzowanych wspomnień z lat 1929-1939. Impulsem do ich napisania był pierwszy po 22 latach od opuszczenia miasta pobyt autora we Lwowie we wrześniu 1968 r. Maszynopis „Domu pod żelaznym lwem” odrzuciły cztery wydawnictwa i dopiero Janina Kolendo z Instytutu Wydawniczego PAX doprowadziła do ich druku, wykorzystując krótki okres liberalizacji cenzury po objęciu kierownictwa przez nową ekipę partyjno-rządową Edwarda Gierka. Opowieść została opublikowana w 1971 r. bez niewygodnych dla „władzy ludowej” fragmentów o wkroczeniu Armii Czerwonej do Lwowa we wrześniu 1939 r., a także bez rozdziału o lwowskich Żydach5.

Okładka książki Witolda Szolgini „Dom pod Żelaznym Lwem”, wyd. 1, Instytut Wydawniczy „Pax”, Warszawa 1971.

 

Wprawdzie zabrakło poezji bałakowej – usuniętej z tekstu zapewne ze względów redakcyjnych – ale cała prawie 300-stronicowa książka, w której ani razu nie wymieniono nazwy miasta, nasycona została rodzynkami gwary lwowskiej. Już w pierwszych zdaniach o łyczakowskiej szkole dowiadujemy się, że kolega, który dostał „cwajera”, nazwał autora „ślipundrem” (tzn. okularnikiem – od szkieł, które Szolginia nosił)6. Syn sąsiadki Miśku wesoło podśpiewuje: „A ty, Jóźku, nie bońdź frajir, weź harmonii, zaaagraj sztajir…” Sprzedawca woła do ulicznego tłumu: „Ludzi! Kto sy kupi takiego szac karpa? Dwa i pół kila! Ta weź gu sy, pańcia, zrób gu pu żydosku, a nafutrujisz nim na Wilii cały swoji familii!” Tońko z Wesołej Lwowskiej Fali – najsłynniejszy lwowski batiar, symbol Lwowa i mistrz jego mowy ulicznej w pierwszym liście z Londynu do autora wkrótce po otrzymaniu książki stwierdził: „twój bałak, to mój bałak”7; obaj pochodzili z górnego Łyczakowa.

Mimo braku recenzji prasowych cały 10-tysięczny nakład rozszedł się błyskawicznie, wywołując wielki rezonans wśród lwowian. Wspomnienia Szolgini porównywano z utworami Kornela Makuszyńskiego i Jana Parandowskiego, autora nazwano potem „lwowskim Homerem”, a książkę „pierwszą kroplą, która wydrążyła szczelinę w niewzruszonej dotąd skale cenzury”, jednak to twierdzenie Jerzego Janickiego nie jest ścisłe. Mimo istniejących zakazów – obejmujących m.in. twórczość niektórych autorów (na przykład Mariana Hemara) oraz dotyczących pomijanych oficjalnie wydarzeń historycznych (jak walki polsko-ukraińskie o Lwów w 1918 r. czy okupacja sowiecka w 1939 i 1944 r.) – wcześniej wydano bowiem w PRL co najmniej kilkanaście publikacji książkowych o tematyce lwowskiej8, a w prasie wrocławskiej ukazywały się nawet (wprawdzie tylko okresowo) teksty satyryczne pisane bałakiem9; z drugiej zaś strony opowieść o domu przy Łyczakowskiej 137 nie stanowiła żadnego przełomu w działaniach Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk aż do lat pieriestrojki i głasnosti.    

Rodzinny dom Witolda Szolgini we Lwowie, Łyczakowska 137 – Dom pod Żelaznym Lwem (fot. © Jan Szolginia).

Debiut w Londynie

I książka, i ulotne wiersze z kraju wywołały duże zainteresowanie w polskim Londynie – światowym centrum diaspory lwowskiej. Założone tam w 1960 r. Koło Lwowian liczyło ponad 700 członków indywidualnych z 22 krajów świata (w większości z Wielkiej Brytanii) oraz kilkanaście zrzeszonych organizacji lwowskich i kresowych; od 1961 r. wydawano jako półrocznik w nakładzie tysiąca egzemplarzy „Biuletyn Koła Lwowian” – czołowe pismo emigracyjne o polskim Lwowie – który mimo braku debitu docierał także do PRL10. W tym właśnie periodyku pod koniec 1971 r. ukazało się pięć utworów bałakowych Tola z Łyczakowa11. Był to więc debiut poetycki Szolgini (choć pod pseudonimem)12.

Nie wiadomo, w jaki sposób wiersze dotarły do Londynu i czy opublikowano je za wiedzą i zgodą autora. Można tylko przypuszczać, że doszło do tego w sposób zupełnie przypadkowy, a redakcja pisma początkowo nawet nie wiedziała, kto jest twórcą tej oryginalnej poezji13.  Niewątpliwie poezja ta mogła zaistnieć tylko w wolnym świecie w obiegu emigracyjnym; wiersze były również czytane na spotkaniach lwowian i londyńskich obchodach rocznicy obrony Lwowa. Poezja bałakowa Szolgini stanowi rzadki przypadek wzbogacania twórczości emigracyjnej przez twórczość krajową.

Wiersze Witolda Szolgini rozprzestrzeniały się w diasporze lwowskiej w kraju i zagranicą poza obiegiem oficjalnym i cenzurą państwową (ten wiersz w wydanym później zbiorze „Krajubrazy syrdeczny” ma inny tytuł: „Jak zwyczajni w maju…”, są też pewne różnice w tekście).

 

Bliższy kontakt z Kołem Lwowian w Londynie Szolginia nawiązał zapewne dopiero w 1973 r. za pośrednictwem swego syna Krzysztofa, który spędzał studenckie wakacje na wyspie. Korespondencję z autorem bałakowych wierszy prowadził Stanisław Kwieciński, członek władz Koła i zarazem kierownik jego biura. Tolu z Łyczakowa był zainteresowany możliwością wydania swoich utworów zagranicą. Wkrótce prezes gen. Stanisław Kuniczak zapowiedział publikację tomiku wierszy „tego autora” w celu „kultywowania lwowskiej gwary, która zanika”14. Wielkim entuzjastą tej poezji był zwłaszcza Henry Barker (takiego nazwiska używał na emigracji Henryk Vogelfaenger), czyli niezapomniany Tońko, również związany z Kołem Lwowian w Londynie15.

W tym czasie w PRL oficjalnie ukazał się tylko jeden wiersz pisany bałakiem („Na słunecznym zygarzy”), umieszczony okolicznościowo w bibliofilskim druku (111 egz., Katowice 1974), zawierającym reprodukcje ekslibrisów Szolgini dla Jana Parandowskiego. Nie wiadomo, czy autor próbował publikować swe utwory (na przykład w prasie krajowej), czy też z góry starania takie uznał za bezcelowe.

Kryptonim „Lwowiak”

Londyńskie kontakty Szolgini nie uszły uwadze Służby Bezpieczeństwa, której komórki przeglądały korespondencję zagraniczną obywateli PRL. Przez 2,5 roku (od października 1973 do kwietnia 1976 r.) Tolu z Łyczakowa został objęty ścisłą kontrolą w ramach kwestionariusza ewidencyjnego (KE), a następnie sprawy operacyjnego rozpracowania (SOR) o kryptonimie „Lwowiak”16.  Zastosowano wobec niego szeroki arsenał środków: perlustrację, podsłuch telefoniczny, obserwację, ponadto wykorzystano osobowe źródła informacji –  m.in. tajnego współpracownika, który był przełożonym figuranta w miejscu pracy17, tj. Instytucie Kształtowania Środowiska. Oprócz kontaktów z „wrogimi ośrodkami dywersji ideologicznej na Zachodzie” niepokój SB budziło kolportowanie „drogą pocztową wśród b. mieszkańców Lwowa” wierszy o tematyce lwowskiej, w których autor wyrażał żal z powodu utraty Lwowa oraz nadzieję, że jeszcze kiedyś Lwów do nas powróci.

Ustalono ponad sto kontaktów Szolgini, w tym dwadzieścia dwa „warte dalszego zainteresowania”, czym zajęli się funkcjonariusze SB z sześciu Komend Wojewódzkich MO; wśród korespondentów, którzy otrzymywali wiersze Tola z Łyczakowa, byli przedstawiciele środowiska intelektualnego i twórczego (m.in. pisarz Parandowski, literaci i dziennikarze Jerzy Janicki i Adam Hollanek, śpiewak Andrzej Hiolski, profesorowie Jan Ernst, Artur Hutnikiewicz, Andrzej Maryański, Stanisław Nahlik, Tadeusz Riedl, Wiktor Zin, artystka malarka Irena Nowakowska-Acedańska, fotografik Janina Mierzecka, mecenas Witold Lis-Olszewski).

            Funkcjonariusz SB przeprowadził z „Lwowiakiem” dwie rozmowy „profilaktyczno-ostrzegawcze” (15 marca i 7 kwietnia 1976 r.), twierdząc, że jego wiersze wyrażające tęsknotę za Lwowem mogą być wykorzystywane przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa w propagandzie antykomunistycznej i antyradzieckiej. Na odczepnego Szolginia złożył „deklarację lojalności” wobec PRL, chociaż SB zdawała sobie sprawę, że „nie ma to żadnego znaczenia wobec faktu ukrywania znanych nam spraw dot. jego działalności”18. W tym czasie w Londynie trwał już druk „Wierszy Lwowskich” Tola z Łyczakowa19; autorem słowa wstępnego do 64-stronicowego tomiku zawierającego 30 utworów pisanych bałakiem był Henryk Vogelfaenger – słynny Tońcio z Wesołej Lwowskiej Fali, z którym Szolginia był zaprzyjaźniony20. Ostatecznie tomik nie ujrzał światła dziennego; nie wiadomo, dlaczego nie doszło do jego wydania. Można jedynie przypuszczać, że stało się to w wyniku nacisku SB na autora, który postanowił jednak zrezygnować z londyńskiej publikacji i w następnych latach rozluźnił swe kontakty z Kołem Lwowian21. „Biuletyn Koła Lwowian” anonimowo dwukrotnie jeszcze drukował jego wiersze, ale miało to charakter przypadkowy22.

Słownik „Ślipundra”

Witold Szolginia był wielkim miłośnikiem mowy lwowskiej ulicy. Tolu z Łyczakowa poświęcił bałakowi nie tylko swój najdłuższy, liczący ponad 60 zwrotek wiersz, opatrzony dowcipnymi rysunkami tłumaczącymi słownictwo gwarowe  – „O, mowu rudzinna, o, bałaku lwoski…”; pisanie tej inwokacji służyło autorowi jako swoista terapia szpitalna przed operacją oka.

Miał znakomity słuch językowy, przez długie lata układał i sukcesywnie uzupełniał słownik gwary lwowskiej; jego kartoteka liczyła około 700 jednostek leksykalnych i wraz z bałakowymi wierszami została ofiarowana przez autora prof. Zofii Kurzowej z Uniwersytetu Jagiellońskiego – lwowiance, która przygotowywała rozprawę o polszczyźnie Lwowa i kresów południowo-wschodnich do 1939 roku. Materiał pochodzący m.in. „z rękopiśmiennych wierszy o Lwowie” Szolgini oraz ze sporządzonego przez niego słownika stanowił punkt wyjścia do badań językoznawczych.

Ilustrowany słowniczek lwowskiego bałaku – jedna z ilustracji do wiersza „O, lwoski bałaku…” w czwartym tomie „Tamtego Lwowa” (rys. © Witold Szolginia).

 

Praca została wydana w stanie wojennym w 1983 r. i była prawdziwym wydarzeniem w piśmiennictwie PRL-owskim dotyczącym Lwowa23. Szolginia był cytowany w książce Kurzowej aż 240 razy; drugie rozszerzone wydanie ukazało się w 1985 r. i zawierało 316 cytatów24. Tolu z Łyczakowa poświęcił pani profesor fragment swoich „Lwoski dzieci”: „Muszym jednak wierszym zrobić Jij laudacji (…) za Jij u bałaku lwoskim dysertacji”.

„Dobrodziej” z Bytomia

Powstanie drugiego obiegu wydawniczego w PRL w niewielkim stopniu wprowadziło do odbioru społecznego tematykę lwowską; na ponad 6500 publikacji bezdebitowych z lat 1976-1989 wydano zaledwie około 30 książek i broszur dotyczących Lwowa o bardzo ograniczonym nakładzie. Tolu z Łyczakowa jako jeden z nielicznych niewątpliwie był beneficjentem tej sytuacji, o czym zadecydował szczególny splot okoliczności. W 1986 r. jego wiersze trafiły do przebywającego we wrocławskim szpitalu Waldemara Markowskiego (1937-1988), lwowianina z Bytomia, przedsiębiorcy budowlanego z zawodu. Zachwycony urodą poezji bałakowej, wdzięczny za poprawę zdrowia czytelnik postanowił wydać ją własnym sumptem; na jego życzenie Szolginia zilustrował wiersze piórkowymi rysunkami czarnym tuszem.

Kilka miesięcy później „Dobrodziej” z Bytomia zawiózł do Warszawy i wręczył autorowi 100 egzemplarzy zbioru jego wierszy. Sygnowany przez fikcyjną Oficynę Lwowską, bibliofilski 140-stronicowy tomik (prawdziwe cymelium) złożony z 44 utworów i kilkudziesięciu ilustracji nosił tytuł „Krajubrazy syrdeczny” i był podpisany znanym pseudonimem Tolu z Łyczakowa; oprawa opatrzona herbem Leopolis Semper Fidelis stanowiła dzieło bytomskiego mistrza sztuki introligatorskiej Wacława Tomaszewskiego (rodem z górnego Łyczakowa).

Okładka wydanego pod pseudonimem Tolu z Łyczakowa, napisanego w gwarze lwowskiej (bałaku), zbioru wierszy Witolda Szolgini „Krajubrazy syrdeczny”, wyd. 1 poza zasięgiem cenzury, Bytom 1986.

 

Wiersze były ułożone w cztery cykle tematyczne. Najobszerniejszy był otwierający tomik cykl tytułowy „Krajubrazy syrdeczny”; w dwudziestu dwóch utworach autor zawarł w porządku kalendarzowym, od styczniowego „spacyru” po grudniowy wieczór,  „serdeczne bałakowe opisy i zapisy wszystkich owych lwowskich wiosen, lat, jesieni i zim oraz różnorakich wizerunków Miasta w tych porach roku”25. Drugi cykl pt. „My – zy Lwowa…!” obejmował utwory z nostalgią prezentujące lwowski „genius loci” z wielkim peanem na cześć bałaku na czele, przy czym niektóre elementy słowne gwary lwowskiej zostały dodatkowo objaśnione przejrzystymi rysunkami autora. „Frygaj, hamaj, kakaj, taj nic ni bałakaj!” to z kolei głos jego matki wspomniany w wierszu „Lwoski frygani”. Nie brak też strof poświęconych przyjaciołom ze Lwowa, a nawet dedykowanych im  utworów. Oddzielne miejsce zajmuje kończąca cykl, licząca 42 zwrotki, „Moja Łyczakoska”. Dwa pozostałe cykle wierszy bałakowych upamiętniały miejsca w krajobrazie miasta szczególnie drogie autorowi. „Lwoski kuścioły” opiewały dwie katedry (łacińską i ormiańską) oraz „Kościół Matki Boskij Ustrubramskij na Łyczakowi”, natomiast „Lwoski pumniki” prezentowały najbardziej znane monumenty miasta „lwów pod ratuszym”. Tomik był dedykowany „wszystkim Lwowskim Dzieciom – gdziekolwiek są”.    

Wydawca poezji Tola z Łyczakowa podał zmyślone dane, jakoby zbiorek wydrukowało Koło Lwowian w Londynie w liczbie 70 sztuk w 1984 r.26 Zapewne w sposób niezamierzony nawiązywał do pierwszej, niedoszłej do skutku londyńskiej inicjatywy wydawniczej sprzed dziesięciu lat27; w każdym razie podobieństwo było tak uderzające, że trudno to uznać za zwykły przypadek. Mimo „konspiracyjnego” charakteru publikacji SB się nią nie zajmowała, w tym czasie bardziej niebezpieczne były bowiem podziemne druki solidarnościowe28.

Wyjście z katakumb

W tym samym roku 1986 wiersze Tola z Łyczakowa pojawiły się także w bezdebitowej antologii poezji o Lwowie „Semper Fidelis” (dwanaście utworów). Z kolei w 1988 r. jego wiersz o lwowskim bałaku znalazł się w drugoobiegowym almanachu „Leopolis. Dzieje i kultura Lwowa”29. Także w 1988 r. Stanisław Sławomir Nicieja opublikował jeden z bałakowych  wierszy („Pirszy listupada”) „ze zbiorów prywatnych doc. Witolda Szolgini” w swej głośnej monografii Cmentarza Łyczakowskiego. Poezja bałakowa z drugiego obiegu przechodziła do obiegu oficjalnego, co było swego rodzaju świadectwem końca PRL.

Okładka pierwszego tomu ośmioksięgu Witolda Szolgini „Tamten Lwów”, wyd. 2, Wydawnictwo Wysoki Zamek, Kraków 2010.

 

W nowej rzeczywistości politycznej po 1989 r. Tolu z Łyczakowa mógł wydawać swe lwowskie wiersze już bez żadnych przeszkód; niektóre zostały „podleczone”, zyskując zmienioną redakcję językową, bowiem autor poniewczasie dostrzegł zawinione przez siebie „usterki w ich urodzie”30. Jeszcze zanim ukazało się nowe wydanie tej poezji, Szolginia bogato nasycił swoimi wierszowanymi utworami poszczególne tomy fundamentalnego dzieła o „Tamtym Lwowie”31. Wiele miejsca poświęcił tam dialogom radiowym Szczepka i Tońka z Wesołej Lwowskiej Fali, którzy posługując się bałakiem rozpropagowali mit Lwowa i jego mieszkańców; o twórcach audycji napisał oddzielny rozdział swego opus magnum32. Osobista, prawie piętnastoletnia znajomość z Tońciem, aż do jego powrotu i śmierci w Warszawie, oraz fascynacja najsłynniejszą przedwojenną audycją znalazły odzwierciedlenie w książce na ten temat33. Bałak był wreszcie stale obecny w gawędach radiowych „Krajobrazy serdeczne”, które Szolginia regularnie co niedzielę wygłaszał swym charakterystycznym dźwięcznym głosem na antenie Programu III Polskiego Radia przez siedem ostatnich lat swego życia (1989-1996).   

Witold Szolginia w warszawskim mieszkaniu,1994 (fot. © Krzysztof Szolginia).

 

Kustosz pamięci o Lwowie

Do dzisiaj z oryginalnej twórczości bałakowej Szolgini chętnie korzystają autorzy spektakli teatralnych, kabaretów i utworów muzycznych dokumentujących życie dawnego Lwowa34. Rzecz jasna, poezja ta stanowi jedynie mały fragment różnorodnej twórczości lwowskiej Szolgini i w ogóle jego wszechstronnej działalności na rzecz utrwalenia pamięci o polskim Lwowie.

W 1974 r. Witoldowi Szolgini za twórczość lwowską przyznano złotą odznakę Koła Lwowian w Londynie, wedle ustaleń SB przemyconą do kraju przez Jerzego Janickiego35. W 1981 r. „za stałe utrwalanie pamięci o Lwowie w słowie i piśmie” otrzymał Krzyż Obrony Lwowa 1939-1944 nadany przez kapitułę Bractwa Orląt Lwowskich, której przewodniczył gen. Mieczysław Boruta-Spiechowicz.

Nie ulega wątpliwości, że w pełni zasłużył na zaszczytny tytuł „Kustosza Pamięci Narodowej”, od 2017 r. przyznawany przez Instytut Pamięci Narodowej także pośmiertnie.   

 


Post scriptum

Witold Szolginia uprawiał turystykę górską już od szkolnych lat, kiedy wyjeżdżał ze Lwowa na wakacje w Bieszczady do Sianek. Przemierzył potem z żoną, dziećmi i przyjaciółmi wiele szlaków turystycznych w górach. W ten sposób najchętniej spędzał urlopy. Wieloletni członek Klubu Turystów Górskich (późniejsza nazwa Polski Klub Górski) i PTTK, zdobył kwalifikacje przodownika (1963) i Górską Odznakę Turystyczną PTTK „Za wytrwałość” (1972).

Witold Szolginia na tatrzańskim szlaku, Czerwone Wierchy 1969 (fot. © Krzysztof Szolginia).

 


1 Więcej: A.W. Kaczorowski, Arcylwowianin – Witold Szolginia (1923-1996), „Biuletyn IPN” 2009 nr 1-2, s. 117-124; idem, „Pamięć, skarb tułaczy…” (Witold Szolginia) [w:] W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 8 Arcylwowianie, Wrocław 1997, s. 201-217; A. Pacholczykowa, Szolginia Witold Ryszard [w:] Polski Słownik Biograficzny  z. 199 (t. 48/4), Warszawa-Kraków 2013, s. 501-502; H. Wiórkiewicz, Witold Szolginia 1923-1996, „Niepodległość i Pamięć” 1996 nr 6, s. 212-217.
2 W. Szolginia, Tamten  Lwów. T. 1 Oblicze miasta, Wrocław 1992, s. 129-130.
3 Ibidem, s. 130.
4 U. Jakubowska, Mit lwowskiego batiara, Warszawa 1998, s. 290.
5 Uzupełnione i poprawione wydanie ukazało się w 1989 r. w nakładzie 40 tys. egz.; zmianie uległa także forma ortograficzna tytułu (na „Dom pod Żelaznym Lwem”).
6 Na jedną z uroczystości imieninowych w latach 80 XX w. Jerzy Michotek napisał specjalnie dla gospodarza i odśpiewał balladę „Łyczakowski Ślipunder”; od tego czasu tak niekiedy nazywano Szolginię w kręgu przyjaciół.
7 „To jest JEDYNA książka, która namalowała atmosferę i melodię naszego miasta” (w liście z 29 października 1973 r.); W. Szolginia, Tamten Lwów. T.6 Rozmaitości, Wrocław 1994, s. 142. 
8 Więcej: B.Hadaczek, Historia literatury kresowej, Kraków 2011; U. Jakubowska, op. cit.; A.W.Kaczorowski, Lwów niecenzuralny (na przykładzie twórczości Witolda Szolgini) [w:] Literatura w granicach prawa (XIX-XX w.), red. K. Budrowska, E. Dąbrowicz, M. Lul, Warszawa 2013, s. 309-325; K. Kotyńska, Białe plamy a rebours. Lwów w literaturze PRL i USRR [w:] eadem, Lwów. O odczytywaniu miasta na nowo, Kraków 2015, s. 109-137; J. Wasylkowski, Lwowska beletrystyka Lwowa dotycząca, „Rocznik Lwowski” 1991, s. 77-104. 
9 W latach 1946-1948 na łamach „Słowa Polskiego” i „Wrocławskiego Kuriera Ilustrowanego” oraz w roku 1957 w „Nowych Sygnałach”, gdzie ukazały się nawet dialogi Szczepka i Tońka z przedwojennej  audycji radiowej Wesoła Lwowska Fala; U. Jakubowska, op. cit., s. 127-135.
10 Pismo regularnie otrzymywała Biblioteka Narodowa, gdzie pracowała Wanda Szolginiowa (1926-2010), żona Witolda; niektóre numery były na nią adresowane.
11 Tolu z Łyczakowa, Zima we Lwowie, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 21, grudzień 1971, s. 94-99. Na publikację składało się pięć utworów bałakowych: Grudniowy wieczór, Gdy nadchodzu świenta…, Wigilia, W dzień Bużego Narudzenia i Łyczakoska zima.
12 W tym czasie niewielu autorów krajowych publikowało w oficynach i pismach emigracyjnych nawet pod pseudonimem , m.in. Stefan Kisielewski jako Tomasz Staliński wydawał swe powieści w Instytucie Literackim w Paryżu. Gdy w 1973 r. Kazimierz Orłoś jako pierwszy pisarz z PRL wydał tam pod własnym nazwiskiem zatrzymaną przez cenzurę w kraju książkę, został pozbawiony pracy i objęty zakazem druku. 
13 O barierze informacyjnej na linii emigracja – kraj (i vice versa)  świadczy fakt, że gdy w publikacji londyńskiej autora „Domu pod żelaznym lwem” uśmiercono, podając nieprawdziwe daty jego życia (1912-1972), sprostowanie  tej błędnej wiadomości ukazało się w „Biuletynie Koła Lwowian” dopiero pod koniec 1973 r. (!).
14 Opłatek lwowian, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 26, czerwiec 1974, s. 69.
15 „Ach, te Twoje wierszyki! Jakie oni  śliczny, można powiedzić: <cuny>!” – pisał do Szolgini (w liście z 29 października 1973 r.); W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 147.
16 AIPN BU 0246, AIPN BU 01322/305. Więcej A.W.Kaczorowski, Służba Bezpieczeństwa na tropach Tola z Łyczakowa, „Wschodni Rocznik Humanistyczny” T. 10 (2014), s. 75-90.
17 Zbigniew Nosek (1917-2000) – zarejestrowany jako TW „Waldemar” w latach 1962-1990.
18 Chodziło m.in. o zaprojektowanie tablicy pamiątkowej ku czci Orląt Lwowskich, którą uroczyście odsłonił w katedrze warszawskiej 31 X 1975 r. kard. Stefan Wyszyński w asyście  dwóch generałów – uczestników obrony Lwowa Romana Abrahama i Mieczysława Boruty-Spiechowicza.
19 Informację taką podano podczas Walnego Zebrania Koła Lwowian w Londynie 18 II 1976; „Biuletyn Koła Lwowian” nr 30, czerwiec 1976, s. 82.
20 Podczas kolejnej wizyty w Polsce zimą na początku 1976 r. Tońko po raz pierwszy złożył wizytę w warszawskim mieszkaniu Szolginiów.
21 Szolginia nie pozostawił żadnej relacji na temat swych kontaktów z Kołem Lwowian w Londynie ani też w sprawie rozmów z funkcjonariuszem SB, o których nie wiedziała nawet jego najbliższa rodzina.
22 Wigilia lwowiaka, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 37, grudzień 1979, s. 72 („wiersz nadesłany z Kraju, a napisany przez jednego z mieszkających tam braci – lwowiaków”); Figura Matki Boski na Placu Mariackim, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 43, czerwiec 1982, s. 84 („Autor w Kraju”).
23 Mimo charakteru naukowego publikacja miała 10 tys. nakładu; tytuł został wybity na okładce, która otrzymała barwy lwowskie (czerwono-niebieskie), odbyły się spotkania promocyjne  i ukazały recenzje prasowe. Nakład drugiego wydania zwiększono dwukrotnie.
24 Wyliczenia Wandy Szolginiowej.
25 W.Szolginia, Tamten Lwów. T. 1, op. cit., s. 130.
26 W tekście metryczki wydawniczej „nic nie odpowiadało  prawdzie”. „Swoiste, rozbrajająco naiwne <utajnienie> tego nielegalnego wydawnictwa” było dziełem Markowskiego, który „aż trzykrotnie przenosił się w konspiracyjnych warunkach z drukarni do drukarni w różnych miastach Górnego Śląska, czyniąc to zwykle późną nocą”; na ostatnim etapie druk odbył się w Tarnowskich Górach. W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 92-93.
27 „Biuletyn Koła Lwowian” nie odnotował publikacji krajowej tomiku Tola z Łyczakowa.
28 Rok później Markowski wydał własnym sumptem  „Kwiaty lwowskie” W. Szolgini – wzorowany na „Kwiatach polskich” Juliana Tuwima zbiorek wierszy pisanych polszczyzną literacką (m.in. poświęcony bałakowi 15-zwrotkowy wiersz „O, mowo nasza…”); tym razem tomik został powielony techniką kserograficzną. „Książeczka ta, w związku z ówczesnym niejakim złagodzeniem politycznych i społecznych warunków w Polsce, została już częściowo <odtajniona>”; autor wprawdzie wystąpił na stronie tytułowej pod pseudonimem Tolu z Łyczakowa, ale na jej odwrocie pojawiło się już jego imię i nazwisko wraz z adnotacją „Wydano 100 egz. na prawach rękopisu w listopadzie 1987 r. Opracowanie graficzne autora”; W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 94. Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami druki tego rodzaju nie podlegały cenzurze. Także inne leopolitana były na tej samej zasadzie powielane prywatnie przez autorów.
29 Obie pozycje wyszły w serii bezdebitowej „Biblioteki Lwowskiej”, której autorką była Danuta B. Łomaczewska (1928-2009) występująca pod pseudonimem Jerzy Wereszyca. 
30 Tolu z Łyczakowa [W. Szolginia], Krajubrazy syrdeczny, Wrocław 1995, s. 7. Poprawki w tekstach dotyczyły głównie zapisów słownictwa bałakowego.   
31 M.in. już w pierwszym tomie przytoczył historię powstawania  swych wierszy i umieścił kilkanaście utworów z cyklu „Krajubrazy syrdeczny”.; innymi ilustrował kolejne tomy. Odrębny rozdzialik poświęcił bałakowi (W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 4 My, lwowianie, Wrocław 1993, s. 51-85), publikując tam wiersz o „mowie rudzinnej” (wraz ze stosownymi rysunkami), i mniej tasiemcowy  o „mowie naszej”. „Lwowski bałak kocham, wiele z niego do dziś pamiętam, czasem nim jeszcze mówię” – pisał (ibidem, s. 80).  
32 Około „Lwowskiej Fali” [w:] Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 97-151.
33 W. Szolginia, Na Wesołej Lwowskiej Fali, Warszawa 1991.
34 Na przykład znany częstochowski zespół Makabunda od kilku lat z powodzeniem wykonuje piosenkę o tym samym tytule, by wykorzystując fragmenty wiersza Szolgini o lwowskim bałaku wyjaśnić znaczenie tej nazwy (makabunda = lwowski batiar).
35 Żeby autorowi z kraju nie zaszkodzić, decyzji tej nie ogłoszono publicznie. Szolginia podczas rozmowy z funkcjonariuszem SB twierdził, że odznakę (za „Dom pod żelaznym lwem”) otrzymał pocztą, jednak  na podstawie podsłuchu  telefonicznego jego rozmów i analizy akt paszportowych Jerzego Janickiego stwierdzono, że to właśnie Janicki kontaktował się ze Stanisławem Kwiecińskim i przywiózł z Londynu odznakę Koła Lwowian dla Szolgini przyznaną za wiersze o tematyce lwowskiej.


Autor: Andrzej W. Kaczorowski, członek Stowarzyszenia "Res Carpathica"