Blue Flower

Prezentujemy unikatowy dokument - bogato ilustrowany fotografiami wierszowany dziennik wyprawy gorgańskiej Zygmunta Chudzikiewicza, przywołany na światło dzienne przez Jana Skłodowskiego. Artykuł pierwotnie ukazał się w Pamiętniku Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego (Tom 26 Rok 2017, Kraków 2018).


Ten skromny formatem historyczny już dokument, wypełniony bijącymi autentyzmem beztroski zdjęciami z wędrówek po Gorganach i Czarnohorze w 1938 roku, przeplecionymi lekkim, czarującym, ujętym w mowie wiązanej słowem, przedstawiła mi w dalekim Paryżu jego właścicielka – Mieczysława Szulc, córka autora, urodzona jak i on w Kołomyi. Album ten przechowuje ona jako wyjątkową po swym Ojcu pamiątkę. Dokument tym cenniejszy, jako że zapiski i fotografie z wędrówek po pasmach górskich utraconych dla naszej turystyki i kultury wskutek zmian granic państwowych rzadko do dziś się zachowały. Takie ocalałe z zawieruchy dziejowej dokumenty, choć często o walorze jedynie rodzinnym czy zgoła osobistym, są dziś niezwykle wartościowym świadectwem tamtego czasu. Ukazują nie tylko w formie dokumentacyjnej dawne, dziś już nieistniejące schroniska i szlaki turystyczne, ale, co równie, a może nawet najbardziej istotne, klimat ówczesnego wędrowania. Ujawnia się on w zapisie fotograficznym i słownym poprzez zderzenie kontemplacji górskiego krajobrazu i wrażliwości turysty na jego piękno z bogactwem dookolnych, najdzikszych jeszcze i teraz gór w Europie. Ale, co równie pasjonujące, dzisiejsze przeglądanie kart albumu jawi się niczym wywoływanie dawnych klisz, ponownie ukazujących, ale w innych już, bo teraźniejszych współrzędnych percepcyjnych, tamten czas i tamte miejsca, ujawniających także wyraźniej nałożone nań emocje Autora i jego wrażliwość na obraz, słowo i dźwięk. Umożliwienie mi pracy nad przygotowaniem tego niezwykłego diariusza do prezentacji drukiem, przyjmuję jako wyróżnienie i zaufanie ze strony Pani Mieczysławy Szulc – kieruję do Niej za to słowa szczerego podziękowania.

Zygmunt Mieczysław Chudzikiewicz był rodzinnie związany z Kołomyją – „stolicą” Pokucia – miastem leżącym na dawnych kresach południowo-wschodnich Rzeczypospolitej. Urodził się tam 29 grudnia 1910 r. jako syn inżyniera Włodzimierza Chudzikiewicza i Marii z Łysakowskich.

Klasa Autora w gimnazjum w Kołomyi, 1929 r. – Autor albumu w dolnym rzędzie, drugi od prawej (fot. aut. niezn.).

Jako absolwent tamtejszego Państwowego Gimnazjum im. Króla Kazimierza Jagiellończyka studiował na Politechnice Lwowskiej na Wydziale Elektrotechnicznym, na którym obronił w 1938 r. dyplom z wynikiem celującym. W czasie studiów działał w Kole Pokucian jako jego wiceprezes, w tym też czasie – bo w 1937 r. - ukończył podchorążówkę we Lwowie.

Zarząd Koła Pokucian, 1932/33 r. – Autor albumu stoi, trzeci od prawej (fot. aut. niezn.).

Podkarpackie położenie Kołomyi sprawiło, że bliskie mu geograficznie góry stały się także bliskie jego sercu. W latach gimnazjalnych bywał w Hryniawie nad Czeremoszem, a w późniejszych – w Jaremczu i okolicach Miluliczyna nad Prutem. W 1938 r. wybrał się w Karpaty dwukrotnie –  wpierw w Grogany w dniach 24 czerwca –2 lipca, z dawnym kolegą gimnazjalnym Alojzym (Alkiem) Świątkiem i jego narzeczoną Anną (Hanką) Nikish, siostrzenicą przyjaciół z Kołomyi, następnie zaś w Czarnohorę – w okresie 9-20 lipca ze swą narzeczoną Marią i najmłodszym bratem Leszkiem. Uwiecznił te wędrówki we wspomnianym, własnoręcznie wykonanym albumie, kryjącym pod sztywną, pokrytą szarym płótnem okładką (13 x 23 cm) ozdobioną tkaną barwną wstążką o motywach roślinnych 35 kart złączonych w całość fioletowym sznurkiem. Przedstawiają one odwiedzane schroniska, rozległe górskie krajobrazy i scenki rodzajowe, a są naprzemiennie rozdzielone wierszowanym opisem odwiedzanych miejsc, najczęściej pełnym humoru, ale i głębszej refleksji.

Album rozpoczyna się barwnym akwarelowym portretem ujmującym szkicowo z półprofilu stojącego Hucuła w regionalnym ubiorze. Dalej znajdziemy 53 czarno-białe fotografie. Materiał odnoszący się bezpośrednio do wyprawy w Gorgany to 32 zdjęcia (9 x 14 cm), 12 tekstów w manuskrypcie – w tym dwa przedstawiające zapis nutowy wraz ze słowami huculskiej piosenki (zapewne zasłyszanej od mieszkańców regionu podczas wędrówek) oraz 7 szkiców tras odbytych wycieczek. Komplet ten można poprzedzić dwoma zbiorowymi zdjęciami, na których występuje Autor. Dla rzetelności w prezentacji albumu należy dodać, że wyjazd w Czarnohorę nie ma tu –  jak w przypadku Gorganów – obszerniejszej dokumentacji. W tym bowiem jego miejscu zostało usuniętych 9 kart. W efekcie wyprawie tej przypomina jedynie 9 okazjonalnych ujęć fotograficznych, a zdjęcia z tej części albumu nie są opisane; brak też związanych z nimi tekstów i szkiców przebytych tras. Pozostałe fotografie odnoszą się do zdarzeń spoza Huculszczyzny; zostały dołączone do albumu w późniejszym czasie i nie przez Autora. Tak więc album niniejszy przedstawia w sposób kompletny w zasadzie jedynie wędrówkę po Gorganach.

Wyprawa w te góry, jak wskazują informacje zawarte w dokumencie, rozpoczęła się w Kołomyi 24 czerwca (był to piątek) 1938 r. –  to data „Zjazdu gwiaździstego” w tym mieście wspomnianej trójki uczestników wędrówki. Jak pokazuje szkic ich tras dojazdu, Hanka przybyła z Warszawy przez Cieszyn, Lwów i Zaleszczyki, Alek – z Cieszyna przez Lwów, Mietek natomiast (czyli Autor używający prywatnie drugiego imienia) ze Lwowa. Wyposażeni w plecaki i „wigowską setkę” (cenione do dziś mapy wydawane przez Wojskowy Instytut Geograficzny w skali 1:100.000) wyjechali tego dnia pociągiem z Kołomyi przez Delatyn do Nadwórnej, a stamtąd koleją wąskotorową do Rafajłowej, wsławionej walkami Legionów Polskich na przełomie lat 1914/1915. Noc spędzili tam w schronisku turystycznym mieszczącym się na piętrze budynku szkolnego Towarzystwa Szkoły Ludowej (wzniesionego z drewna w stylu huculskim w 1936 r.), zwrócili też uwagę na tamtejszą interesującą drewnianą cerkiew. Następnego dnia (25 czerwca) udali się doliną Rafajłowca i Drogą Legionów na przełęcz Rogodze Wielkie, gdzie znajduje się do dziś historyczny krzyż i tablica ze sławnym czterowierszem, skrupulatnie przez Autora zapisanym w notatkach. Stamtąd głównym karpackim grzbietem (stanowiącym od połowy XIV w. przez kilkaset lat granicę polsko-węgierską) przeszli przez szczyt Pantyr do położonego nieco niżej na połoninie schroniska Przemyskiego Towarzystwa Narciarskiego (wzniesionego w 1935 roku), gdzie zatrzymali się na nocleg w zbiorowej sali. W kolejnym dniu wędrówki karpackim grzbietem wędrowali przez Durnię (nazwali ją Durnym), Gropę, Bratkowską Wielką i Małą, Ruską i Steryszorę, zatrzymując się na noc w schronisku, także należącym do Przemyskiego Towarzystwa Narciarskiego (zbudowanym jak poprzednie w 1935 r.), na pobliskiej połoninie. Następnego dnia wyruszyli przez znaną z rozległych panoram Płoskę, dalej Douhę, do schroniska PTT (Oddziału Stanisławowskiego, wzniesionego w 1938 r.) na połoninie Niżnej pod Doboszanką, w dolinie Zubrynki. Stamtąd kolejnego dnia przeszli przez Doboszankę, Medweżyk, doliny Ozirnego i Doużyńca do Rafajłowej, gdzie stanęli na nocleg w schronisku WKN (Warszawskiego Klubu Narciarskiego, zbudowanym w tymże 1938 r.). Obiekt ten swą nowoczesnością i udogodnieniami cywilizacyjnymi, niespotykanymi w tamtejszych schroniskach, wywarł na wędrowcach silne wrażenie, a dotychczasowe forsowne cztery dni marszu i niewygód spowodowały, że spędzili w nim dwa dni, mimo zauważalnie wysokich, „warszawskich”, bo spod znaku Syreny, cen. Siódmego dnia pobytu wyjechali samochodem z Rafajłowej do Zielonej, skąd doliną Czernika dotarli na Kozi Gorgan i Poleński znajdując nocleg w pobliskim domku myśliwskim (wtenczas te odległe ostępy karpackiej puszczy były znanymi rewirami rządowych polowań). Ostatni dzień wędrówki – 2 lipca –  wypełniło strome zejście do doliny Sitnego, a następnie skierowanie się dolinami Zielenicy i Żonki do Jaremcza. Tam, po wykonaniu pamiątkowego zdjęcia w „humorystycznej” scenerii fotograficznego atelier, udali się na zasłużony obiad w restauracji pensjonatu „Lankoszówka”, położonego przy wodospadzie Prutu.

 

Szkic trasy

 

Dzień I

 

Trasa - dzień I

 

Dzień II

Trasa - dzień II

 

 

Fantazja pantyrska

 Gdybym był Wielkim Wezyrem,
lub chociaż Małym Szlemem,
mieszkałbym pod Pantyrem
ze swym haremem.

Z damą żołędną czasem
zasypiałbym pod dębem.
Z dzwonkową pasałbym owce
w noc ciemną, nago, na zrębie.

Gdy znudzę się pikową,
wydam ją za Durnego,
a damą pik Maryjkę
mianuję od pierwszego.

Z damulką kier co tydzień
upijałbym się mlekiem.
Aż wreszcie,
pod Pantyrem,
przestałbym być człowiekiem
i stałbym się – (o wstydzie!)
najmilszym w świecie satyrem.

 

 

Zgubieni w lesie, wplątani
w objęcia wiatrołomu,
nie chcemy niczego więcej,
nie zazdrościmy nikomu.

 

 Pod Durnym

Motto: Skazaw mudryj Seneka: „Trymajś wid „durnoho” z dałeka!...”

 Trzydzieści procent spadu,
sto procent irytacji.
Klnę swe więzy, niewolnik
bezsiły grawitacji.

 

Dzień III

Trasa - dzień III

 

 

Za dwa i pół złotego
jestem w schronisku hrabią.
Chichotem dziewcząt w kuchni
Gorgany wabią.

Kiwa się lampa zdziwiona:
Pany, Hucuły, dziwki?..
Cud się zbratania dokonał
przez góry, taniec i ..  śliwki!

 

Brodzimy w mokrej trawie,
żurawiom podobni, nie ludziom.
Jak one ciągniemy wytrwale
ku coraz piękniejszym bezludziom.

 

 Bilans.  P.K.O. poświęcam.

Złotą walutą słońca,
paproci zielonym banknotem
spłacają góry sowicie
naszą odwieczną tęsknotę.

Zapachem i szumem wiatru,
nektarem srebrnej rosy
sycimy – korni pielgrzymi –
miejski, bolesny niedosyt.

 

 

Burza

 Już huczy płachta deszczem,
tuląc gromadkę wśród boru.
Po nagłym, wspólnym dreszczu
wiem, że uderzył piorun. 

Dzień IV

 

Trasa - dzień IV

 

 

Doboszanka

 Zielonych głazów lawina.
Pion-ciało drży w ręku zmęczenia.
O magio kąta ostrego
człowieka i kamienia!...

Do cienia wszystko uciekło
prócz szczytu, nieba i słońca.
Czterdziestu stopni cosinus
obliczam mimo gorąca.

 

Schronisko W.K.N.

O słodka
torturo wrzącej wody,
tryskającej z kurka!
Esencjo
stylu i wygody!
Szumiącego sznurka
dziecinna radości!
O sprężyn rozkoszy!
Wzorze gościnności!
Przedsionku Edenu
dla brudnych i zgłodniałych!
Słowem:
Schronie Wu Ka Enu!

………………………………

Jak zwykle na świecie
znajdzie się robaczek
i w tym bujnym kwiecie:
Komfort, zarząd, ceny,
są pod znakiem Syreny… 

Dzień VII

 

Trasa - dzień VII

 

Źródełko 

W gęstwinie zbocza skryte, pod Kozim Gorganem,
znalazłem dzięki mapie (tej do stu tysięcy).
Umyło mnie, napoiło. Szmerem dziwnie znanym
żegnało, gdym odchodził, by nie wrócić więcej.

Na dnie nieba, w marzeniach
zatopiony nurek,
wracam jednak po chwili,
by … zakręcić kurek.

 Dzień VIII

 

Trasa - dzień VIII

 

 

 

Niechaj więc zdjęcia i zapiski Zygmunta Mieczysława Chudzikiewicza z jego wędrówek po Gorganach przypomną przedwojenne wschodniokarpackie klimaty nie tylko już bardzo nielicznym dziś je pamiętającym czy ich spadkobiercom – strażnikom rodzinnej pamięci – ale będą też zaproszeniem na szlak naszego karpackiego dziedzictwa skierowanym do kolejnych pokoleń.


Zygmunt Chudzikiewicz zamieszkał w 1939 roku w Warszawie i podjął pracę w Państwowym Instytucie Telekomunikacyjnym „Tele-Radio”; w tymże roku zawarł związek małżeński z Marią z d. Górka pochodzącą ze Lwowa. Mobilizacja wojenna zastała go w Gródku Jagiellońskim podczas ćwiczeń wojskowych rezerwistów 26 pułku piechoty, skąd pod koniec sierpnia wyjechał transportem kolejowym w kierunku stolicy. Zginął w walkach pod Otwockiem 10 września jako podoficer rezerwy 5 kompanii, 26 p.p., 5 Lwowskiej Dywizji Piechoty. Pochowany w Karczewie k. Otwocka w sektorze wojskowym cmentarza. Odznaczony pośmiertnie medalem „Za udział w wojnie obronnej 1939”.

Nagrobek Zygmunta Mieczysława Chudzikiewicza na cmentarzu w Karczewie k. Warszawy - kwatera wojenna (fot. Jan Skłodowski)


Fotografie archiwalne: Zygmunt Chudzikiewicz

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

Polany Surowiczne to niezamieszkana dziś dolina we wschodniej części Beskidu Niskiego - wieś wysiedlono w 1945 roku. Ślady dawnych dziejów jednak pozostały. Jednym z nich jest grób lekarza "szpitalu lwowskiego". O odkrywaniu jego tajemnic i pożytku z czytania dziewiętnastowiecznych gazet pisze Witold Grzesik.


Cholera

Cholera. Dla nas wyrażenie ekspresyjne, choć nader łagodne w dzisiejszych czasach, przegrywające zdecydowanie z bardziej brutalnymi słowami wskazującymi stan emocjonalny jednostki. W XIX wieku zaś budząca strach nazwa choroby (łac. Cholerae), na którą nie było wówczas dobrego lekarstwa. Ponieważ charakter cholery nie był znany, nie potrafiono także skutecznie przeciwdziałać zarażeniu. I tak szerzyło się owo nieszczęście po wielkich połaciach kraju, zbierając bardzo obfite żniwo. Wystarczy przytoczyć Wikipedię, gdzie o cholerze czytamy tak: "Cholerę cechuje śmiertelność koło 1% (skrajnie do 20%) przypadków prawidłowo leczonych i 50% przy braku leczenia". Owe 50% brzmi zresztą dość optymistycznie, bywało w dawnych wiekach gorzej. Charakter choroby rozpoznał dr Robert Koch dopiero w 1883 roku, od tego czasu można było konsekwentnie zapobiegać jej rozwojowi i rozprzestrzenianiu. A tak naprawdę wystarczało zachowywać elementarne zasady higieny…

Niestety, zanim rozpoznano wroga, dziesięć lat wcześniej, bo w roku 1873, opanowała Galicję kolejna już epidemia. Z początkiem lata prasa zaczęła donosić o coraz większej liczbie zachorowań. Szerzył się mór i w miastach, również tych największych, i we wioskach. Niech przemówią liczby: ukazujący się we Lwowie Dziennik Polski pisał tak (we wszystkich cytatach zachowano pisownię oryginalną):

„…nie podajemy nazwisk miejscowości, w których się pojawiła lub wygasła cholera, bo wykaz taki zająłby co najmniej połowę jednego numeru naszego Dziennika. Poprzestajemy przeto tylko na podaniu cyfr (…): w czasie od 15. sierpnia (…) w ciągu 14 dni grasowała cholera w 67 powiatach a 1,732 miejscowościach, w których do pozostałych 9,241 chorych przybyło 74,550 tak, iż zdrowiało 40,732, umarło 28,846, a pozostało w leczeniu 14,243 (…) w wykazie z pierwszej połowy sierpnia wymieniło namiestnictwo 17 tysięcy i kilkaset umarłych na cholerę, co daje (…) w ciągu jednego miesiąca sierpnia 45,846 umarłych…”

Metody walki z chorobą podejmowano różne i z różnym skutkiem. We wsiach próbowano wszelkich sposobów. Otóż, we wsi oznaczonej jedynie literą „S” :

„…grasowała w ostatnich czasach silnie cholera (…) zachorował brat wójta: naturalnym sprytem obdarzony wójt, obwija chorego w mokry koc i wkłada to zawiniątko w piec, z którego właśnie chleb wyjęto, i to tak głęboko, iż z wązkiego otworu pieca zaledwie głowa pacjenta na zewnątrz wyglądała. Po tej operacji w dzień później wyzdrowiał chory, a zaniemógł wójt, który natychmiast po emigracji brata z pieca, weń się ulokował. Równocześnie zachorowała mu i ukochana połowica i niestety, gdy piec był zajęty przez męża, przeniosła się do wieczności. Od tej chwili aż do ustania cholery, trudno było znaleźć wolnego pieca; wszędzie znalazłeś pacjentów.”

Trzeba przyznać, że pióro redaktora, lekkie i nieco złośliwe, nadaje koloryt takiej opowieści. Były też większe okropności, których dokładnych i dosadnych opisów tu nie zacytuję: w grę wchodziły kołki osikowe, wbijane w uprzednio ćwiartowane członki niedawno zmarłych, którzy jako upiory i wilkołaki mieli chodzić po śmierci i roznosić chorobę. Jako lekarstwo podawano chorym krew wyduszoną ze świeżych zwłok wyciąganych z grobu. Wyciąg artykułów z ówczesnej prasy, opisujących podobne ludowe antycholeryczne środki zaradcze, mógłby być całkiem interesującym opracowaniem, ale tylko dla czytelników o mocnych nerwach.

Oczywiście do pracy ofiarnie przystępowali lekarze. Nie znając zasad prewencji nader często zarażali się od chorych niosąc im pomoc. Apel o ich wysiłki był powszechny. 4 sierpnia lwowski magistrat wydał obwieszczenie:

„Z powodu pojawiającej się w naszem mieście cholery, wzywa się panów doktorów medycyny i chirurgów, chęć mających nieść pomoc chorym cholerycznym za djetami dziennymi, a to: po 10 złr. dla panów doktorów medycyny, za po 5 złr. dla panów chirurgów, aby się zgłosili do fizyka miejskiego, który im bliższe w tej mierze udzieli wyjaśnienie”.

Gazety są pełne informacji o poświęceniu lekarzy. Choć gwoli sprawiedliwości napiszmy, że zdarzały się też bardzo krytyczne artykuły na temat medyków, którzy ze strachu przed chorobą odmawiali pomocy, a zastępowali ich odważni studenci medycyny.

A jak ktoś nie wierzył w medycynę, mógł również… nabyć wino anticholeryczne.

Dziennik Polski (Lwów), nr 189/1873

Cholera zaczęła ustępować we wrześniu 1873 roku, późniejszą jesienią zupełnie już nie notowano przypadków zachorowań. 

Polany Surowiczne

Do Polan Surowicznych po raz pierwszy przyjechałem w 1981 roku, kiedy zakładaliśmy tam studenckie schronisko, znane i działające do dziś jako „Chałupa Elektryków”. Niedaleko naszego domu odnaleźliśmy bardzo zarośnięty i zapuszczony wówczas cmentarz – od wysiedlenia łemkowskich mieszkańców minęło wówczas już 36 lat. Większość nagrobków była mocno uszkodzona, przeważnie ich rozrzucone części były ledwo widoczne w głębokiej trawie, jeżynach i pokrzywach.

W północno-zachodniej części cmentarza leżały kawałki nagrobka zdecydowanie różniącego się od „miejscowych”. Miał kształt słupa, po bokach wykute symbole węża i trupiej czaszki z piszczelami. Wąż, w tym przypadku wąż eskulap – to znak, że pochowany jest tu lekarz. Trupia czaszka zaś – że powodem śmierci była zaraza.

Grób lekarza w Polanach Surowicznych - stan sprzed 1991 roku

Na pomniku wyryty był napis:

(pierwsze linijki nieczytelne)
LEKARZ
SZPITALU
LWOWSKIEGO
* 1847 W 26 Z.
WŚRÓD
EPIDEMI
16 SIERPNIA
1873
POKÓJ JEGO
POPIOŁOM

Tak też opisaliśmy nagrobek lekarza w przewodniku „Od Komańczy do Krempnej” z 1988 roku i w jego kolejnych wydaniach. O ile cały odczytany tekst był zapisany bardzo wyraźnym, „drukowanym” pismem, o tyle w miejscu, gdzie powinno być imię i nazwisko, znajdowały się niewyraźne wgłębienia. Nie udało się nam wówczas dowiedzieć, jak zmarły medyk się nazywał.

Cmentarz odnowiliśmy w ramach obchodów dziesięciolecia schroniska w 1991 roku. Zebraliśmy potrzebną podstawową wiedzę konserwacyjną od znanych nam fachowców, ustawiliśmy większość nagrobków na ich miejscach (niektóre wręcz wydobyliśmy spod ziemi), postawiliśmy także pomnik lekarza. Po nas konserwację prowadzili pod okiem Szymona Modrzejewskiego wolontariusze spod znaku Stowarzyszenia Magurycz.

Grób lekarza w Polanach Surowicznych - stan w 2013 roku

Mijały lata, w kolejnych wersjach przewodnika informacja o „dwóch linijkach nieczytelnych” była ponawiana, aż nastał rok 2007. Trochę nieoczekiwanie trafiła się okazja wizyty w Polanach Surowicznych w majowy weekend. Jak zawsze odwiedziłem cmentarz. Miało się pod wieczór, słońce rzucało bardzo ostre promienie na pomnik nagrobny w taki sposób i pod takim kątem, że każde zagłębienie było świetnie widoczne. Podjęliśmy z synem próbę odczytania owych dwóch linijek. Trwało to długo – na koniec zapisaliśmy, że z dużą dozą prawdopodobieństwa owym medykiem zmarłym podczas zarazy jest:

Ś.P.
Dr med. EMIL
TITTEL

Tytuł i personalia lekarza są niejako wykaligrafowane w kamieniu, całkiem zgrabnym pismem, wykutym zapewne w innej chwili i chyba przez innego kamieniarza; głębokość i ostrość liter jest zbyt różna od reszty napisu.

Fragment inskrypcji na grobie lekarza - "Dr. Med EMIL TITTEL"

Pamiętam, że próbowałem niemal od razu sprawdzić w Internecie, czy nie znajdę czegoś o doktorze Emilu Tittelu – ale poza wszystkimi innymi ograniczeniami w zasobach informacyjnych, trafiałem na prosty problem. Słowo „tittel” (czyli „tytuł” po niemiecku) występuje w dowolnych dokumentach lwowskich z tego okresu tysiące razy – bądź co bądź była to wówczas austriacka Galicja, z tego też powodu język niemiecki był w oficjalnym użyciu; mieszkańców niemieckojęzycznych w mieście było również wielu.

O lekarzu „szpitalu lwowskiego

Minęło kilka kolejnych lat, pojawiły się pierwsze biblioteki cyfrowe, udostępniające dziewiętnastowieczną prasę. Podjąłem kolejną próbę. Skoro – tak myślałem – jest znana dokładna data zgonu lekarza, może znajdę o tym jakąś notkę w lwowskiej gazecie?

Dość naiwna była taka myśl. Gdzie Lwów, gdzie Polany Surowiczne. W gazetach stołecznych, a Lwów przecież miał taki status, trzeba było pisać o wszystkim, co się działo w całym kraju. Trzeba pamiętać, że ówczesna Galicja rozciągała się od Białej (tej od dzisiejszej Bielska-Białej) do Zaleszczyk. Gdzie na czterech lub sześciu stronach gazety, na których trzeba zmieścić i wiadomości z wiedeńskiego cesarsko-królewskiego dworu, i informacje o nowych wydarzeniach we Lwowie, Krakowie i Stanisławowie, i zapowiedzi ważnych towarzyskich wydarzeń, i urzędowe rozporządzenia, i kolejny odcinek poczytnej powieści, i parę sensacyj ze świata, i ogłoszenia o sprzedaży mydła lub powidła lub o tym, że stateczny pan pozna panią, i w dobie zarazy także ważne wieści o walce z cholerą w największych miastach prowincji, gdzie w tym wszystkim szukać wzmianki o tym, że gdzieś w karpackiej głuszy zmarł na epidemię lekarz? A bo to on jeden?

Próbować jednak warto. We Lwowie ukazywały się wówczas trzy krajowe dzienniki – Gazeta Lwowska, Dziennik Polski oraz Gazeta Narodowa. Wydawane były codziennie, także w soboty i niedziele, a jeżeli były ku temu specjalne okoliczności, nawet dwa razy w ciągu jednego dnia. Cyfrowa Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego miała szczęśliwie numery z sierpnia 1873 roku wszystkich trzech gazet.

Gazeta Narodowa i Gazeta Lwowska opisywały oczywiście bardzo szeroko wydarzenia związane z epidemią, podawały liczby i fakty, rozpisywały się o szczególnych przypadkach zachorowań i cudownych ozdrowień, ale głównie koncentrowały się na dużych ośrodkach miejskich – Lwowie, Stanisławowie czy Przemyślu, ewentualnie na bliskich okolicach samego Lwowa.

Jako trzecią gazetę zacząłem elektronicznie „wertować” Dziennik Polski. Zacząłem od chyba 30 sierpnia, zakładając, że przecież informacja o historii w dalekiej karpackiej wsi nie dotarłaby do Lwowa zbyt szybko. Nic nie znalazłem, cofałem się do poprzednich wydań, trochę już dla porządku otwierałem coraz wcześniejsze gazety. I nagle, przeglądając Dziennik Polski z 22 sierpnia… poczułem się jak Indiana Jones odnajdujący zagubiony skarb. Zdaje się, że nawet krzyknąłem z przejęcia, bo żona przybiegła zaniepokojona. Zobaczcie sami, co przeczytałem:

„Z pod Rymanowa.18 sierpnia. W sobotę straciliśmy Dra Titla ze Lwowa na epidemję. Młody ten lekarz przybyl przed trzema tygodniami z całym zaparciem własnego ja --- z całym poświęceniem rzucił się w góry dla ratowania opuszczonego ludu. O głodzie, wycieńczony na siłach, zachorował w chwili, gdy w oddalonych górach ostatnie krople --- ostatnie środki ledwie że rozdał chorym --- kazał się wieźć do Rymanowa, gdzieby był mógł mieć pomoc, w Polanach choroba się tak rozwinęła, że nie można go było wieźć dalej, udał się o pomoc do miejscowego proboszcza gr. un., ten odmówił pomocy --- nie przyjął pod dach człowieka poświęcenia. Kazał go umieścić w pustej zadżumionej chacie, gdzie wszyscy wymarli. Tam bez żadnej pomocy zakończył najszlachetniejszy człowiek, dla którego miłośc bliźniego była jedynym prawem. Cześc jego pamięci.”

Notatka z Dziennika Polskiego z 22 sierpnia 1873 roku (nr 196/1873)

A więc nie myliłem się co do nazwiska lekarza – zapisywany był we wzmiance przez jedno „t”, ale akurat to kiedyś nie było – jak dziś – tak pieczołowicie pilnowane. Że Polany nie Surowiczne – to też jest typowe, w wielu dokumentach jest mowa o Polanach, zawsze musimy weryfikować, o które chodzi, czy o te „nasze”, czy może te koło Krempnej (czasem zwane Myscowskimi). Poza tym wszystko się zgadza. 16 sierpnia 1873 roku istotnie była sobota.

Owym proboszczem greckokatolickim, który tak surowo obszedł się z chorym lekarzem, był Joann Pasternak, opisywany w pariafalnych kronikach jako wyjątkowo dobry człowiek, dbający zarówno o stronę duchową ludności, jak i materialną cerkwi. Czy można się mu dziwić, że starał się oddalić od siebie i swojej rodziny zagrożenie zarażenia chorobą, która wówczas była we wsiach wyrokiem śmierci?

Zanim wydamy osąd, poczytajmy dalej. Okazuje się bowiem, że historia ma dalszy ciąg! Przejrzałem jeszcze raz kolejne numery Dziennika Polskiego. Ów korespondent z Rymanowa (o inicjałach P.R.) słał do centrali kolejne sprawozdania. Cóż czytamy trzy dni póżniej? Otóż:

„Gdy jeszcze grozą przejmuje wszystkich zgon męża poświęcenia, dr. Titla, o którym wczoraj donosiłem, a już niestety zapisuję fakt (...) ohydą swą sięgający jeszcze wyżej. Zmarły dr. Titel miał w górach do pomocy dwie siostry służebniczki N.M.P., które współubiegały się w ratowaniu biednych Rusinów, a wymiatanych, jak miotłą, przez cholerę. (...) W takich warunkach dotknięta została epidemją niezmordowana Siostra Józefa, po śmierci dr Titla, siostra Marta, towarzyszka jej, zdołała przywieźć ją do Rymanowa (...) zawiozła przed probostwo i tam od księdza Laskowskiego żądała dachu. Ksiądz (...) kazał chorą umieścić w kostnicy cmentarnej (...) po usilnych błaganiach towarzyszki przeniesiono chorą do nory wilgotnej, smrodliwej, przy sądzie, gdzie zamykają kryminalistów, tam to dnia wczorajszego, rano, Siostra Józefa zakończyła żywot, pełen poświęcenia.”

A więc nie tylko ksiądz greckokatolicki z Polan, ale także proboszcz jegomość z Rymanowa bał się cholery na tyle, żeby nie ryzykować zbyt dużego kontaktu z chorą osobą. I podobnie jak w Polanach, zarażonym przyznawano w mieście miejsca na tyle poślednie, aby uniknąć z cholerykami styczności i na tyle marne, że szanse na wyzdrowienie były nikłe. Gdy w gazecie lwowskiej ukazała się taka notatka, która godziła w dobre imię władz miasta, nie mogło się obyć bez polemiki. I taka się pojawiła dosłownie po dwóch dniach, opatrzona złośliwym komentarzem naszego korespondenta.

,,Z Rymanowskiego sądu powiatowego otrzymaliśmy pismo następujące:

W korespondencji „Z pod Rymanowa d. 20 bm. powiedziano, „że przeniesiono na cholerę siostrę służebniczkę do nory wilgotnej, smrodliwej, przy sądzie, gdzie zamykają aresztantów i kryminalistów, tam to dnia wczorajszego siostra Józefa zakończyła żywot.” Tak nie było. Do aresztów tutejszych sądowych żadnego chorego nie przynoszono i nikt też na cholerę cholery w tych aresztach lub przy sądzie nie umarł. Siostra Józefa umarła, jak się dowiadukemy, w lokalu, w którym się mieści areszt gminny. Upraszamy o zamieszczenie sprostowania w najbliższym numerze swego szan. pisma. Tomkiewicz”

(Równocześnie z pismem powyższem otrzymaliśmy pismo podpisane przez burmistrza m. Rymanowa, p. Bratusa, asesora Sapeckiego i sekretarza M.Chmurowicza, w którem ci panowie zaprzeczają gołosłownie, jakoby siostra Józefa umarła w aresztach sądowych, mówią coś ogólnikowo o jakiemś wygodnem pomieszczeniu w „stancji przyzwoitej”, ale ani słówkiem nie dają do poznania, że umarła w areszcie gminnym! Czyż w aresztach gminnych jest miejsce dla cholerycznych?”

--------------- o ---------------

W kolejnych miesiącach przeglądałem kilka sąsiednich roczników gazet. Nie znalazłem w zasadzie żadnych szczegółowych wzmianek o wydarzeniach w miejscowościach tak peryferyjnych, jak wieś Polany Surowiczne. Kolejne wieści z najbliższych okolic Rymanowa kończyły się na tym mieście, ewentualnie na Krośnie, Dukli lub Brzozowie. Tym bardziej tak drobiazgowa informacja o historii z Polan graniczy z cudem.

Inspirowany notatkami o wydarzeniach w Rymanowie szukałem także, ale bezskutecznie, grobu siostry Józefy na tamtejszym cmentarzu. Zapewne spoczęła chowana naprędce w ziemnej mogile, po której śladu już nie było po kilku latach. Znalazłem tylko przy okazji nagrobek bardzo podobny do tego lekarskiego z Polan, ale o kilkadziesiąt lat starszy.

Wciąż mało wiemy o doktorze Tittelu i jego rodzinie. W jakim szpitalu pracował? Czy był wyznania katolickiego, czy może należał do jakiegoś ewangelickiego zboru (był chrześcijaninem, to pewne – pomnik wieńczy krzyż)? Musiał być dla kogoś ważnym, skoro otrzymał taki nagrobek ku swojej pamięci – jak widać, postawiono pomnik nie na darmo, czego świadectwem jest ten artykuł. Są zapewne archiwa we Lwowie, które mogą nas zaprowadzić do wyświetlenia niektórych zagadek. Czas pokaże – może ktoś dopisze kolejny rozdział tej historii?

Jedno jest pewne – historia ostatnich chwil lekarza szpitalu lwowskiego, spoczywającego na cmentarzu w Polanach Surowicznych, nie będzie już owiana gęstą mgłą tajemnicy. Kiedy zajrzycie w tamte strony, zapalcie świeczkę doktorowi Emilowi Tittelowi. 16 sierpnia 2018 roku minie dokładnie 145 rocznica jego śmierci.


Tekst i współczesne fotografie: Witold Grzesik

Materiały archiwalne ze zbiorów Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

 

Prezentujemy opracowanie dr. Jana Skłodowskiego pt.: Bitwa pod Rarańczą - geneza i następstwa. Na szlaku II Brygady Legionów Polskich do Niepodległej.

Tekst pierwotnie ukazał się w pięciu częściach w Kurierze Galicyjskim zimą 2018 roku. Materiały jest wydany z okazji 100-lecia opisywanych wydarzeń i jest częścią projektu obchodów setnej rocznicy bitwy pod Rarańczą, którego Stowarzyszenie"Res Carpathica" jest organizatorem.

Materiał jest do ściągnięcia pod adresem: www.rescarpathica.pl/extdoc/Artykuly/Rarancza_JanSklodowski.pdf

Poniżej zamieszczamy fragment tekstu, opisujący samo starcie pod Rarańczą.


15 lutego do godz. 18 trwały przygotowania, żołnierze otrzymali amunicję i prowianty, zaś przeciwny spiskowi płk. Zieliński, objęty "przymusem wojskowym" (jako "najmilszy więzień" - tak postrzegany ze względu na powszechny szacunek, jakim go otaczano), był faktycznie aresztowany w łonie II Brygady. Wtenczas polskie oddziały, liczące ok. 4500 żołnierzy, ruszyły znaną im drogą na Rarańczę, z planem przebycia w nocy z 15/16 lutego szlaku do Rokitny, znajdującej się już na terytorium rosyjskim. Tu należy dodać, że nie wszystkie oddziały Polskiego Korpusu Posiłkowego mogły wziąć udział w akcji - 2 pułk ułanów znajdował się w odległym Synowódzku, część kadry (szkoła oficerska i podoficerska) - w Bolechowie i Dolinie. Zrezygnowano też z udziału w przejściu dwóch znajdujących się w Czerniowcach polskich pułków armii austro-węgierskiej ze względu na możliwe opóźnienia w dotarciu oraz brak pewności co do przychylnego stanowiska wobec akcji ich oficerów. Celem jej było jak najszybsze przebicie się przez linię frontu wszystkich oddziałów II Brygady. Nie było to łatwe już na samym początku wymarszu, bowiem oprócz najsprawniej się przemieszczających oddziałów piechoty w skład II Brygady wchodziły mniej mobilne tabory i artyleria. Został on upozorowany wyjściem oddziałów na ćwiczenia nocne, co zresztą było wtenczas rutynowym ich działaniem; taka też myląca informacja miała zostać wysłana do gen. Kosaka. Zdecydowano się również skierować ok. godz. 16 w rejon okopów mniejszy oddział legionistów (pod dowództwem ppor. Aleksandra Stawarza, celem unieszkodliwienia austriackiej artylerii oraz przerwania w terenie telefonicznej łączności) i ruszyć, dla sprawności marszu, z możliwie skromnymi taborami. Wymarsz nastąpił z Mamajowiec, dalszą drogę zaplanowano przez Sadagórę (nie: Sadogórę, jak się niekiedy podaje), na Rarańczę, i dalej, ku Rokitnie. Sprzyjającą okolicznością był fakt, że najbliższe austro-węgierskie oddziały gen. Kosaka znajdowały się ok. 16 km od zaplanowanego miejsca przekroczenia linii frontu. Jednakowoż, Austriacy już wcześniej, bo ok. godz. 15.30, dostrzegli niepokojące ich ruchy w polskich oddziałach - zwiększoną aktywność w taborach, wydawanie amunicji i prowiantu, a ich podejrzenia o dywersję zostały wzmocnione stwierdzeniem uszkodzeń w połączeniach telefonicznych i na szlaku kolejowym. Także wcześniejsza kontrola korespondencji legionistów ujawniła zawarte w niej informacje o zbilżającej się jakiejś tajemniczej akcji. A działo się to w chwili, gdy oddziały austro-węgierskie były wzmacniane, jeśli idzie o liczebność ludzi i sprzętu, wobec podjętego przez ich dowództwo planu wymarszu w głąb Ukrainy. II Brygada, choć starała się przejść ku linii frontu możliwie niezauważona przez - jak się jej wydawało - nieoświetlone i pogrążone w ciszy miejscowości, została dostrzeżona, tym łatwiej, że ów nienaturalny spokój otoczenia miał właśnie na celu uśpić jej czujność. W następstwie napływających z terenu meldunków gen. Kosak zawiadomił o godz. 20.30 o całej sytuacji swych zwierzchników i był gotów do rozpoczęcia kontrdziałania - wydał tedy rozkazy wstrzymania przejścia polskich oddziałów, otoczenia ich i zaaresztowania. Wobec tego prawie wszystkie podległe mu jednostki (m.in. dwie dywizje kawalerii oraz pancerny pociąg) zostały skierowane w rejon ich przemarszu, zaś specjalnie tam wysłany, z patrolem zwiadowczym, znający język polski gen. por. Johann Schilling (syn niemieckiego kolonisty spod Nowego Sącza i absolwent polskiego gimnazjum) miał nawiązać kontakt z jego dowództwem i nakłonić do poniechania akcji. Tak się jednak nie stało. Schilling, który nie cieszył się mirem podwładnych i, co więcej, był zwykle obiektem żołnierskich kpin, został przez legionistów, przy dużej aktywności ks. Panasia, na krótko zaaresztowany; następnie zaś, nazwany w oczy "starym osłem", którego "prędzej czy później i tak powieszą" i rychło zwolniony.

Odznaka legionistów internowanych po bitwie pod Raranczą


Ok. godz. 23.30 oddziały II Brygady starły się z Austriakami - oddziałami 53 pułku piechoty (złożonego z Chorwatów). 2 pułk Brygady walczył w rozwiniętym szyku, legioniści rozbili oddziały austro-węgierskie i dwie baterie artylerii, a por. Mieczysław Boruta-Spiechowicz wraz z 11 kompanią tego pułku uczynił niebawem drogę do dalszego marszu wolną. Haller nadal jednak oczekiwał nadejścia legionowej artylerii - daremnie, więc ok. godz. 1, czyli już 16 lutego, oddziały polskie ruszyły bez niej naprzód, omijając zgodnie z otrzymanym rozkazem Rarańczę i kierując się ku odległym o 5 km austriackim okopom. Szlak pułków 2 i 3 lekko się rozdzielił, a ich szybki marsz wyprzedził interwencję nadjeżdżającego pociągu pancernego. Niemniej, panowało wśród legionistów ogromne zmęczenie po wielu kilometrach wyczerpującego nocnego marszu, wypełnionego niepewnością osiągniecia celu i strzelaniną podczas utarczek. Okopy austro-węgierskie na linii frontu okazały się puste, jednakże znajdujące się tam zasieki z drutu kolczastego utrudniały legionistom przejście - tym bardziej, że nie posiadali oni nożyc do jego cięcia i tylko dzięki rzucanym na zasieki żołnierskim płaszczom mogli sprawniej je przekroczyć. Nieobsadzone były też oddalone od nich o kolejne 2 km okopy rosyjskie. Ok. 1500 legionistów, w tym ok. 100 oficerów z tych pułków, wraz z karabinami maszynowymi i kilkoma końmi, dobiło się wolności. Pozostałe oddziały zostały przez Austriaków otoczone i zamknięte przerwanym wcześniej pod Rarańczą pierścieniem ich wojsk. Znajdujące się w nim polskie oddziały rozpoczęły beznadziejną walkę na bagnety, artyleria przeciwnika uderzyła skutecznie w nienadążające za pułkami piechoty tabory; legionowa artyleria, tzw. "zakłady" (intendentura, kolumna sanitarna, piekarnia itp.) oraz kasa brygady zostały przez Austriaków zatrzymane. Akcja podjęta przez legionistów, w której poległo 16 z nich, a kilkunastu zostało rannych (były też w podobnej liczbie ofiary po stronie przeciwnej), zakończyła się ok. godz. 3 nad ranem.


Tekst i fotografia: dr Jan Skłodowski

Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.

Tekst Andrzeja W. Kaczorowskiego, treść referatu z ogólnopolskiej konferencji naukowej „PAMIĘĆ KRESÓW – KRESY W PAMIĘCI”, Gliwice 25-27 października 2017 r., zorganizowanej przez IPN Oddział w Katowicach i Muzeum w Gliwicach


WITOLD SZOLGINIA / TOLU Z ŁYCZAKOWA / 1923-1996 / LWOWIANIN SEMPER FIDELIS / UTRWALAŁ PAMIĘĆ O LWOWIE / MOWĄ I PISARSTWEM / W WIERSZACH I GRAFICE – taki napis znajduje się na jego płycie nagrobnej na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Z wykształcenia architekt (studia rozpoczynał jeszcze u polskich profesorów na już sowieckiej Politechnice Lwowskiej), z zawodu – pracownik naukowy (doc. dr hab.), był człowiekiem wielu talentów i umiejętności, m.in. znakomitym popularyzatorem wiedzy z dziedziny architektury, urbanistyki i budownictwa. Największą pasją jego życia stał się jednak rodzinny Lwów. Przez współczesnych nazywany był „Strażnikiem Miasta i Grobów” (określenie Zbigniewa Herberta), arcylwowianinem i lwowskim encyklopedystą, według Jerzego Janickiego „po papiesku nieomylnym w kwestiach lwowskich”; legendarny Tońko (Henryk Vogelfaenger) ze słynnej przedwojennej Wesołej Lwowskiej Fali przekazał Szolgini zaszczytny tytuł barda miasta Lwowa1.

Grób Witolda Szolgini na Powązkach w Warszawie; kwatera 237, rząd 3 (fot. © Ryszard Siwicki).

Na początku było lwowskie słowo

Do rangi symbolu urasta fakt, że zrodzona z wielkiej nostalgii za utraconym miastem bogata twórczość lwowska Szolgini zaczęła się od wierszy pisanych bałakiem – „mową rodzinną”, gwarą lwowskiej ulicy, językiem batiarów górnego Łyczakowa. Swej ogromnej tęsknocie autor dawał wyraz już od pierwszych zapisanych słów: „Tak mi si dziś marzy, ży jezdym wy Lwowi”. Jak wspominał, „zaczęło się to pewnego grudniowego wieczora w połowie lat pięćdziesiątych [XX w.], kilka dni przed Wigilią świąt Bożego Narodzenia”, gdy w euforii, „w radosnym, ale jakby przez łzy uniesieniu” napisał pierwszy w życiu wiersz pt. „Wigilia”; z niepojętego dla niego nakazu – w bałaku, gwarze swego miasta, był bowiem głęboko przekonany, że „jedynie tak, bałakowo, będzie prawdziwie i autentycznie…”2

Za pierwszym wierszem „poszły potem dość szybko następne, wszystkie również lwowskie w swej treści, czterowersowe i dwunastozgłoskowe w formie oraz bałakowe w stylu”3, które złożyły się na cykl ponad dwudziestu utworów zatytułowany „Krajubrazy syrdeczny”. Kolejne cykle: „My – zy Lwowa!”, „Lwoski kuścioły” oraz „Lwoski pumniki” powstawały później. Początkowo były pisane do szuflady, stanowiąc dla Szolgini rodzaj autoterapii. Ilustrowane jego rysunkami, z czasem wyszły z kręgu domowego, przekazywane przyjaciołom, kolegom i znajomym ze Lwowa. Zwykle podpisywane „Tolu z Łyczakowa”, rozprzestrzeniały się w diasporze lwowskiej w kraju i zagranicą na zasadzie „łańcuszka św. Antoniego”, często wracając do autora zmienione, zniekształcone (tłumaczone na język literacki!), a nawet przywłaszczone przez kolejnych czytelników. Podawane „z ręki do ręki” lub przesyłane pocztą, krążyły w kręgu środowiskowym, poza obiegiem oficjalnym i cenzurą państwową.

Swą twórczość autor prezentował także podczas spotkań towarzyskich z udziałem grona lwowskich przyjaciół od lat siedemdziesiątych XX w. tworzących nieformalne Koło Literacko-Artystyczne. „Jak widać, Szolginia pokusił się o coś, czego nikt przed nim nie zrobił, a mianowicie dokonał zapisów krajobrazów dzieciństwa bałakiem – gwarą lwowską. Adresatem wierszy uczynił więc wąskie grono dawnych lwowian, wśród nich – nie u wszystkich – przetrwała bowiem znajomość bałaku”4.

W wierszach i w prozie

Witold Szolginia zamierzał włączyć te wiersze do swych zbeletryzowanych wspomnień z lat 1929-1939. Impulsem do ich napisania był pierwszy po 22 latach od opuszczenia miasta pobyt autora we Lwowie we wrześniu 1968 r. Maszynopis „Domu pod żelaznym lwem” odrzuciły cztery wydawnictwa i dopiero Janina Kolendo z Instytutu Wydawniczego PAX doprowadziła do ich druku, wykorzystując krótki okres liberalizacji cenzury po objęciu kierownictwa przez nową ekipę partyjno-rządową Edwarda Gierka. Opowieść została opublikowana w 1971 r. bez niewygodnych dla „władzy ludowej” fragmentów o wkroczeniu Armii Czerwonej do Lwowa we wrześniu 1939 r., a także bez rozdziału o lwowskich Żydach5.

Okładka książki Witolda Szolgini „Dom pod Żelaznym Lwem”, wyd. 1, Instytut Wydawniczy „Pax”, Warszawa 1971.

 

Wprawdzie zabrakło poezji bałakowej – usuniętej z tekstu zapewne ze względów redakcyjnych – ale cała prawie 300-stronicowa książka, w której ani razu nie wymieniono nazwy miasta, nasycona została rodzynkami gwary lwowskiej. Już w pierwszych zdaniach o łyczakowskiej szkole dowiadujemy się, że kolega, który dostał „cwajera”, nazwał autora „ślipundrem” (tzn. okularnikiem – od szkieł, które Szolginia nosił)6. Syn sąsiadki Miśku wesoło podśpiewuje: „A ty, Jóźku, nie bońdź frajir, weź harmonii, zaaagraj sztajir…” Sprzedawca woła do ulicznego tłumu: „Ludzi! Kto sy kupi takiego szac karpa? Dwa i pół kila! Ta weź gu sy, pańcia, zrób gu pu żydosku, a nafutrujisz nim na Wilii cały swoji familii!” Tońko z Wesołej Lwowskiej Fali – najsłynniejszy lwowski batiar, symbol Lwowa i mistrz jego mowy ulicznej w pierwszym liście z Londynu do autora wkrótce po otrzymaniu książki stwierdził: „twój bałak, to mój bałak”7; obaj pochodzili z górnego Łyczakowa.

Mimo braku recenzji prasowych cały 10-tysięczny nakład rozszedł się błyskawicznie, wywołując wielki rezonans wśród lwowian. Wspomnienia Szolgini porównywano z utworami Kornela Makuszyńskiego i Jana Parandowskiego, autora nazwano potem „lwowskim Homerem”, a książkę „pierwszą kroplą, która wydrążyła szczelinę w niewzruszonej dotąd skale cenzury”, jednak to twierdzenie Jerzego Janickiego nie jest ścisłe. Mimo istniejących zakazów – obejmujących m.in. twórczość niektórych autorów (na przykład Mariana Hemara) oraz dotyczących pomijanych oficjalnie wydarzeń historycznych (jak walki polsko-ukraińskie o Lwów w 1918 r. czy okupacja sowiecka w 1939 i 1944 r.) – wcześniej wydano bowiem w PRL co najmniej kilkanaście publikacji książkowych o tematyce lwowskiej8, a w prasie wrocławskiej ukazywały się nawet (wprawdzie tylko okresowo) teksty satyryczne pisane bałakiem9; z drugiej zaś strony opowieść o domu przy Łyczakowskiej 137 nie stanowiła żadnego przełomu w działaniach Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk aż do lat pieriestrojki i głasnosti.    

Rodzinny dom Witolda Szolgini we Lwowie, Łyczakowska 137 – Dom pod Żelaznym Lwem (fot. © Jan Szolginia).

Debiut w Londynie

I książka, i ulotne wiersze z kraju wywołały duże zainteresowanie w polskim Londynie – światowym centrum diaspory lwowskiej. Założone tam w 1960 r. Koło Lwowian liczyło ponad 700 członków indywidualnych z 22 krajów świata (w większości z Wielkiej Brytanii) oraz kilkanaście zrzeszonych organizacji lwowskich i kresowych; od 1961 r. wydawano jako półrocznik w nakładzie tysiąca egzemplarzy „Biuletyn Koła Lwowian” – czołowe pismo emigracyjne o polskim Lwowie – który mimo braku debitu docierał także do PRL10. W tym właśnie periodyku pod koniec 1971 r. ukazało się pięć utworów bałakowych Tola z Łyczakowa11. Był to więc debiut poetycki Szolgini (choć pod pseudonimem)12.

Nie wiadomo, w jaki sposób wiersze dotarły do Londynu i czy opublikowano je za wiedzą i zgodą autora. Można tylko przypuszczać, że doszło do tego w sposób zupełnie przypadkowy, a redakcja pisma początkowo nawet nie wiedziała, kto jest twórcą tej oryginalnej poezji13.  Niewątpliwie poezja ta mogła zaistnieć tylko w wolnym świecie w obiegu emigracyjnym; wiersze były również czytane na spotkaniach lwowian i londyńskich obchodach rocznicy obrony Lwowa. Poezja bałakowa Szolgini stanowi rzadki przypadek wzbogacania twórczości emigracyjnej przez twórczość krajową.

Wiersze Witolda Szolgini rozprzestrzeniały się w diasporze lwowskiej w kraju i zagranicą poza obiegiem oficjalnym i cenzurą państwową (ten wiersz w wydanym później zbiorze „Krajubrazy syrdeczny” ma inny tytuł: „Jak zwyczajni w maju…”, są też pewne różnice w tekście).

 

Bliższy kontakt z Kołem Lwowian w Londynie Szolginia nawiązał zapewne dopiero w 1973 r. za pośrednictwem swego syna Krzysztofa, który spędzał studenckie wakacje na wyspie. Korespondencję z autorem bałakowych wierszy prowadził Stanisław Kwieciński, członek władz Koła i zarazem kierownik jego biura. Tolu z Łyczakowa był zainteresowany możliwością wydania swoich utworów zagranicą. Wkrótce prezes gen. Stanisław Kuniczak zapowiedział publikację tomiku wierszy „tego autora” w celu „kultywowania lwowskiej gwary, która zanika”14. Wielkim entuzjastą tej poezji był zwłaszcza Henry Barker (takiego nazwiska używał na emigracji Henryk Vogelfaenger), czyli niezapomniany Tońko, również związany z Kołem Lwowian w Londynie15.

W tym czasie w PRL oficjalnie ukazał się tylko jeden wiersz pisany bałakiem („Na słunecznym zygarzy”), umieszczony okolicznościowo w bibliofilskim druku (111 egz., Katowice 1974), zawierającym reprodukcje ekslibrisów Szolgini dla Jana Parandowskiego. Nie wiadomo, czy autor próbował publikować swe utwory (na przykład w prasie krajowej), czy też z góry starania takie uznał za bezcelowe.

Kryptonim „Lwowiak”

Londyńskie kontakty Szolgini nie uszły uwadze Służby Bezpieczeństwa, której komórki przeglądały korespondencję zagraniczną obywateli PRL. Przez 2,5 roku (od października 1973 do kwietnia 1976 r.) Tolu z Łyczakowa został objęty ścisłą kontrolą w ramach kwestionariusza ewidencyjnego (KE), a następnie sprawy operacyjnego rozpracowania (SOR) o kryptonimie „Lwowiak”16.  Zastosowano wobec niego szeroki arsenał środków: perlustrację, podsłuch telefoniczny, obserwację, ponadto wykorzystano osobowe źródła informacji –  m.in. tajnego współpracownika, który był przełożonym figuranta w miejscu pracy17, tj. Instytucie Kształtowania Środowiska. Oprócz kontaktów z „wrogimi ośrodkami dywersji ideologicznej na Zachodzie” niepokój SB budziło kolportowanie „drogą pocztową wśród b. mieszkańców Lwowa” wierszy o tematyce lwowskiej, w których autor wyrażał żal z powodu utraty Lwowa oraz nadzieję, że jeszcze kiedyś Lwów do nas powróci.

Ustalono ponad sto kontaktów Szolgini, w tym dwadzieścia dwa „warte dalszego zainteresowania”, czym zajęli się funkcjonariusze SB z sześciu Komend Wojewódzkich MO; wśród korespondentów, którzy otrzymywali wiersze Tola z Łyczakowa, byli przedstawiciele środowiska intelektualnego i twórczego (m.in. pisarz Parandowski, literaci i dziennikarze Jerzy Janicki i Adam Hollanek, śpiewak Andrzej Hiolski, profesorowie Jan Ernst, Artur Hutnikiewicz, Andrzej Maryański, Stanisław Nahlik, Tadeusz Riedl, Wiktor Zin, artystka malarka Irena Nowakowska-Acedańska, fotografik Janina Mierzecka, mecenas Witold Lis-Olszewski).

            Funkcjonariusz SB przeprowadził z „Lwowiakiem” dwie rozmowy „profilaktyczno-ostrzegawcze” (15 marca i 7 kwietnia 1976 r.), twierdząc, że jego wiersze wyrażające tęsknotę za Lwowem mogą być wykorzystywane przez Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa w propagandzie antykomunistycznej i antyradzieckiej. Na odczepnego Szolginia złożył „deklarację lojalności” wobec PRL, chociaż SB zdawała sobie sprawę, że „nie ma to żadnego znaczenia wobec faktu ukrywania znanych nam spraw dot. jego działalności”18. W tym czasie w Londynie trwał już druk „Wierszy Lwowskich” Tola z Łyczakowa19; autorem słowa wstępnego do 64-stronicowego tomiku zawierającego 30 utworów pisanych bałakiem był Henryk Vogelfaenger – słynny Tońcio z Wesołej Lwowskiej Fali, z którym Szolginia był zaprzyjaźniony20. Ostatecznie tomik nie ujrzał światła dziennego; nie wiadomo, dlaczego nie doszło do jego wydania. Można jedynie przypuszczać, że stało się to w wyniku nacisku SB na autora, który postanowił jednak zrezygnować z londyńskiej publikacji i w następnych latach rozluźnił swe kontakty z Kołem Lwowian21. „Biuletyn Koła Lwowian” anonimowo dwukrotnie jeszcze drukował jego wiersze, ale miało to charakter przypadkowy22.

Słownik „Ślipundra”

Witold Szolginia był wielkim miłośnikiem mowy lwowskiej ulicy. Tolu z Łyczakowa poświęcił bałakowi nie tylko swój najdłuższy, liczący ponad 60 zwrotek wiersz, opatrzony dowcipnymi rysunkami tłumaczącymi słownictwo gwarowe  – „O, mowu rudzinna, o, bałaku lwoski…”; pisanie tej inwokacji służyło autorowi jako swoista terapia szpitalna przed operacją oka.

Miał znakomity słuch językowy, przez długie lata układał i sukcesywnie uzupełniał słownik gwary lwowskiej; jego kartoteka liczyła około 700 jednostek leksykalnych i wraz z bałakowymi wierszami została ofiarowana przez autora prof. Zofii Kurzowej z Uniwersytetu Jagiellońskiego – lwowiance, która przygotowywała rozprawę o polszczyźnie Lwowa i kresów południowo-wschodnich do 1939 roku. Materiał pochodzący m.in. „z rękopiśmiennych wierszy o Lwowie” Szolgini oraz ze sporządzonego przez niego słownika stanowił punkt wyjścia do badań językoznawczych.

Ilustrowany słowniczek lwowskiego bałaku – jedna z ilustracji do wiersza „O, lwoski bałaku…” w czwartym tomie „Tamtego Lwowa” (rys. © Witold Szolginia).

 

Praca została wydana w stanie wojennym w 1983 r. i była prawdziwym wydarzeniem w piśmiennictwie PRL-owskim dotyczącym Lwowa23. Szolginia był cytowany w książce Kurzowej aż 240 razy; drugie rozszerzone wydanie ukazało się w 1985 r. i zawierało 316 cytatów24. Tolu z Łyczakowa poświęcił pani profesor fragment swoich „Lwoski dzieci”: „Muszym jednak wierszym zrobić Jij laudacji (…) za Jij u bałaku lwoskim dysertacji”.

„Dobrodziej” z Bytomia

Powstanie drugiego obiegu wydawniczego w PRL w niewielkim stopniu wprowadziło do odbioru społecznego tematykę lwowską; na ponad 6500 publikacji bezdebitowych z lat 1976-1989 wydano zaledwie około 30 książek i broszur dotyczących Lwowa o bardzo ograniczonym nakładzie. Tolu z Łyczakowa jako jeden z nielicznych niewątpliwie był beneficjentem tej sytuacji, o czym zadecydował szczególny splot okoliczności. W 1986 r. jego wiersze trafiły do przebywającego we wrocławskim szpitalu Waldemara Markowskiego (1937-1988), lwowianina z Bytomia, przedsiębiorcy budowlanego z zawodu. Zachwycony urodą poezji bałakowej, wdzięczny za poprawę zdrowia czytelnik postanowił wydać ją własnym sumptem; na jego życzenie Szolginia zilustrował wiersze piórkowymi rysunkami czarnym tuszem.

Kilka miesięcy później „Dobrodziej” z Bytomia zawiózł do Warszawy i wręczył autorowi 100 egzemplarzy zbioru jego wierszy. Sygnowany przez fikcyjną Oficynę Lwowską, bibliofilski 140-stronicowy tomik (prawdziwe cymelium) złożony z 44 utworów i kilkudziesięciu ilustracji nosił tytuł „Krajubrazy syrdeczny” i był podpisany znanym pseudonimem Tolu z Łyczakowa; oprawa opatrzona herbem Leopolis Semper Fidelis stanowiła dzieło bytomskiego mistrza sztuki introligatorskiej Wacława Tomaszewskiego (rodem z górnego Łyczakowa).

Okładka wydanego pod pseudonimem Tolu z Łyczakowa, napisanego w gwarze lwowskiej (bałaku), zbioru wierszy Witolda Szolgini „Krajubrazy syrdeczny”, wyd. 1 poza zasięgiem cenzury, Bytom 1986.

 

Wiersze były ułożone w cztery cykle tematyczne. Najobszerniejszy był otwierający tomik cykl tytułowy „Krajubrazy syrdeczny”; w dwudziestu dwóch utworach autor zawarł w porządku kalendarzowym, od styczniowego „spacyru” po grudniowy wieczór,  „serdeczne bałakowe opisy i zapisy wszystkich owych lwowskich wiosen, lat, jesieni i zim oraz różnorakich wizerunków Miasta w tych porach roku”25. Drugi cykl pt. „My – zy Lwowa…!” obejmował utwory z nostalgią prezentujące lwowski „genius loci” z wielkim peanem na cześć bałaku na czele, przy czym niektóre elementy słowne gwary lwowskiej zostały dodatkowo objaśnione przejrzystymi rysunkami autora. „Frygaj, hamaj, kakaj, taj nic ni bałakaj!” to z kolei głos jego matki wspomniany w wierszu „Lwoski frygani”. Nie brak też strof poświęconych przyjaciołom ze Lwowa, a nawet dedykowanych im  utworów. Oddzielne miejsce zajmuje kończąca cykl, licząca 42 zwrotki, „Moja Łyczakoska”. Dwa pozostałe cykle wierszy bałakowych upamiętniały miejsca w krajobrazie miasta szczególnie drogie autorowi. „Lwoski kuścioły” opiewały dwie katedry (łacińską i ormiańską) oraz „Kościół Matki Boskij Ustrubramskij na Łyczakowi”, natomiast „Lwoski pumniki” prezentowały najbardziej znane monumenty miasta „lwów pod ratuszym”. Tomik był dedykowany „wszystkim Lwowskim Dzieciom – gdziekolwiek są”.    

Wydawca poezji Tola z Łyczakowa podał zmyślone dane, jakoby zbiorek wydrukowało Koło Lwowian w Londynie w liczbie 70 sztuk w 1984 r.26 Zapewne w sposób niezamierzony nawiązywał do pierwszej, niedoszłej do skutku londyńskiej inicjatywy wydawniczej sprzed dziesięciu lat27; w każdym razie podobieństwo było tak uderzające, że trudno to uznać za zwykły przypadek. Mimo „konspiracyjnego” charakteru publikacji SB się nią nie zajmowała, w tym czasie bardziej niebezpieczne były bowiem podziemne druki solidarnościowe28.

Wyjście z katakumb

W tym samym roku 1986 wiersze Tola z Łyczakowa pojawiły się także w bezdebitowej antologii poezji o Lwowie „Semper Fidelis” (dwanaście utworów). Z kolei w 1988 r. jego wiersz o lwowskim bałaku znalazł się w drugoobiegowym almanachu „Leopolis. Dzieje i kultura Lwowa”29. Także w 1988 r. Stanisław Sławomir Nicieja opublikował jeden z bałakowych  wierszy („Pirszy listupada”) „ze zbiorów prywatnych doc. Witolda Szolgini” w swej głośnej monografii Cmentarza Łyczakowskiego. Poezja bałakowa z drugiego obiegu przechodziła do obiegu oficjalnego, co było swego rodzaju świadectwem końca PRL.

Okładka pierwszego tomu ośmioksięgu Witolda Szolgini „Tamten Lwów”, wyd. 2, Wydawnictwo Wysoki Zamek, Kraków 2010.

 

W nowej rzeczywistości politycznej po 1989 r. Tolu z Łyczakowa mógł wydawać swe lwowskie wiersze już bez żadnych przeszkód; niektóre zostały „podleczone”, zyskując zmienioną redakcję językową, bowiem autor poniewczasie dostrzegł zawinione przez siebie „usterki w ich urodzie”30. Jeszcze zanim ukazało się nowe wydanie tej poezji, Szolginia bogato nasycił swoimi wierszowanymi utworami poszczególne tomy fundamentalnego dzieła o „Tamtym Lwowie”31. Wiele miejsca poświęcił tam dialogom radiowym Szczepka i Tońka z Wesołej Lwowskiej Fali, którzy posługując się bałakiem rozpropagowali mit Lwowa i jego mieszkańców; o twórcach audycji napisał oddzielny rozdział swego opus magnum32. Osobista, prawie piętnastoletnia znajomość z Tońciem, aż do jego powrotu i śmierci w Warszawie, oraz fascynacja najsłynniejszą przedwojenną audycją znalazły odzwierciedlenie w książce na ten temat33. Bałak był wreszcie stale obecny w gawędach radiowych „Krajobrazy serdeczne”, które Szolginia regularnie co niedzielę wygłaszał swym charakterystycznym dźwięcznym głosem na antenie Programu III Polskiego Radia przez siedem ostatnich lat swego życia (1989-1996).   

Witold Szolginia w warszawskim mieszkaniu,1994 (fot. © Krzysztof Szolginia).

 

Kustosz pamięci o Lwowie

Do dzisiaj z oryginalnej twórczości bałakowej Szolgini chętnie korzystają autorzy spektakli teatralnych, kabaretów i utworów muzycznych dokumentujących życie dawnego Lwowa34. Rzecz jasna, poezja ta stanowi jedynie mały fragment różnorodnej twórczości lwowskiej Szolgini i w ogóle jego wszechstronnej działalności na rzecz utrwalenia pamięci o polskim Lwowie.

W 1974 r. Witoldowi Szolgini za twórczość lwowską przyznano złotą odznakę Koła Lwowian w Londynie, wedle ustaleń SB przemyconą do kraju przez Jerzego Janickiego35. W 1981 r. „za stałe utrwalanie pamięci o Lwowie w słowie i piśmie” otrzymał Krzyż Obrony Lwowa 1939-1944 nadany przez kapitułę Bractwa Orląt Lwowskich, której przewodniczył gen. Mieczysław Boruta-Spiechowicz.

Nie ulega wątpliwości, że w pełni zasłużył na zaszczytny tytuł „Kustosza Pamięci Narodowej”, od 2017 r. przyznawany przez Instytut Pamięci Narodowej także pośmiertnie.   

 


Post scriptum

Witold Szolginia uprawiał turystykę górską już od szkolnych lat, kiedy wyjeżdżał ze Lwowa na wakacje w Bieszczady do Sianek. Przemierzył potem z żoną, dziećmi i przyjaciółmi wiele szlaków turystycznych w górach. W ten sposób najchętniej spędzał urlopy. Wieloletni członek Klubu Turystów Górskich (późniejsza nazwa Polski Klub Górski) i PTTK, zdobył kwalifikacje przodownika (1963) i Górską Odznakę Turystyczną PTTK „Za wytrwałość” (1972).

Witold Szolginia na tatrzańskim szlaku, Czerwone Wierchy 1969 (fot. © Krzysztof Szolginia).

 


1 Więcej: A.W. Kaczorowski, Arcylwowianin – Witold Szolginia (1923-1996), „Biuletyn IPN” 2009 nr 1-2, s. 117-124; idem, „Pamięć, skarb tułaczy…” (Witold Szolginia) [w:] W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 8 Arcylwowianie, Wrocław 1997, s. 201-217; A. Pacholczykowa, Szolginia Witold Ryszard [w:] Polski Słownik Biograficzny  z. 199 (t. 48/4), Warszawa-Kraków 2013, s. 501-502; H. Wiórkiewicz, Witold Szolginia 1923-1996, „Niepodległość i Pamięć” 1996 nr 6, s. 212-217.
2 W. Szolginia, Tamten  Lwów. T. 1 Oblicze miasta, Wrocław 1992, s. 129-130.
3 Ibidem, s. 130.
4 U. Jakubowska, Mit lwowskiego batiara, Warszawa 1998, s. 290.
5 Uzupełnione i poprawione wydanie ukazało się w 1989 r. w nakładzie 40 tys. egz.; zmianie uległa także forma ortograficzna tytułu (na „Dom pod Żelaznym Lwem”).
6 Na jedną z uroczystości imieninowych w latach 80 XX w. Jerzy Michotek napisał specjalnie dla gospodarza i odśpiewał balladę „Łyczakowski Ślipunder”; od tego czasu tak niekiedy nazywano Szolginię w kręgu przyjaciół.
7 „To jest JEDYNA książka, która namalowała atmosferę i melodię naszego miasta” (w liście z 29 października 1973 r.); W. Szolginia, Tamten Lwów. T.6 Rozmaitości, Wrocław 1994, s. 142. 
8 Więcej: B.Hadaczek, Historia literatury kresowej, Kraków 2011; U. Jakubowska, op. cit.; A.W.Kaczorowski, Lwów niecenzuralny (na przykładzie twórczości Witolda Szolgini) [w:] Literatura w granicach prawa (XIX-XX w.), red. K. Budrowska, E. Dąbrowicz, M. Lul, Warszawa 2013, s. 309-325; K. Kotyńska, Białe plamy a rebours. Lwów w literaturze PRL i USRR [w:] eadem, Lwów. O odczytywaniu miasta na nowo, Kraków 2015, s. 109-137; J. Wasylkowski, Lwowska beletrystyka Lwowa dotycząca, „Rocznik Lwowski” 1991, s. 77-104. 
9 W latach 1946-1948 na łamach „Słowa Polskiego” i „Wrocławskiego Kuriera Ilustrowanego” oraz w roku 1957 w „Nowych Sygnałach”, gdzie ukazały się nawet dialogi Szczepka i Tońka z przedwojennej  audycji radiowej Wesoła Lwowska Fala; U. Jakubowska, op. cit., s. 127-135.
10 Pismo regularnie otrzymywała Biblioteka Narodowa, gdzie pracowała Wanda Szolginiowa (1926-2010), żona Witolda; niektóre numery były na nią adresowane.
11 Tolu z Łyczakowa, Zima we Lwowie, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 21, grudzień 1971, s. 94-99. Na publikację składało się pięć utworów bałakowych: Grudniowy wieczór, Gdy nadchodzu świenta…, Wigilia, W dzień Bużego Narudzenia i Łyczakoska zima.
12 W tym czasie niewielu autorów krajowych publikowało w oficynach i pismach emigracyjnych nawet pod pseudonimem , m.in. Stefan Kisielewski jako Tomasz Staliński wydawał swe powieści w Instytucie Literackim w Paryżu. Gdy w 1973 r. Kazimierz Orłoś jako pierwszy pisarz z PRL wydał tam pod własnym nazwiskiem zatrzymaną przez cenzurę w kraju książkę, został pozbawiony pracy i objęty zakazem druku. 
13 O barierze informacyjnej na linii emigracja – kraj (i vice versa)  świadczy fakt, że gdy w publikacji londyńskiej autora „Domu pod żelaznym lwem” uśmiercono, podając nieprawdziwe daty jego życia (1912-1972), sprostowanie  tej błędnej wiadomości ukazało się w „Biuletynie Koła Lwowian” dopiero pod koniec 1973 r. (!).
14 Opłatek lwowian, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 26, czerwiec 1974, s. 69.
15 „Ach, te Twoje wierszyki! Jakie oni  śliczny, można powiedzić: <cuny>!” – pisał do Szolgini (w liście z 29 października 1973 r.); W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 147.
16 AIPN BU 0246, AIPN BU 01322/305. Więcej A.W.Kaczorowski, Służba Bezpieczeństwa na tropach Tola z Łyczakowa, „Wschodni Rocznik Humanistyczny” T. 10 (2014), s. 75-90.
17 Zbigniew Nosek (1917-2000) – zarejestrowany jako TW „Waldemar” w latach 1962-1990.
18 Chodziło m.in. o zaprojektowanie tablicy pamiątkowej ku czci Orląt Lwowskich, którą uroczyście odsłonił w katedrze warszawskiej 31 X 1975 r. kard. Stefan Wyszyński w asyście  dwóch generałów – uczestników obrony Lwowa Romana Abrahama i Mieczysława Boruty-Spiechowicza.
19 Informację taką podano podczas Walnego Zebrania Koła Lwowian w Londynie 18 II 1976; „Biuletyn Koła Lwowian” nr 30, czerwiec 1976, s. 82.
20 Podczas kolejnej wizyty w Polsce zimą na początku 1976 r. Tońko po raz pierwszy złożył wizytę w warszawskim mieszkaniu Szolginiów.
21 Szolginia nie pozostawił żadnej relacji na temat swych kontaktów z Kołem Lwowian w Londynie ani też w sprawie rozmów z funkcjonariuszem SB, o których nie wiedziała nawet jego najbliższa rodzina.
22 Wigilia lwowiaka, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 37, grudzień 1979, s. 72 („wiersz nadesłany z Kraju, a napisany przez jednego z mieszkających tam braci – lwowiaków”); Figura Matki Boski na Placu Mariackim, „Biuletyn Koła Lwowian” nr 43, czerwiec 1982, s. 84 („Autor w Kraju”).
23 Mimo charakteru naukowego publikacja miała 10 tys. nakładu; tytuł został wybity na okładce, która otrzymała barwy lwowskie (czerwono-niebieskie), odbyły się spotkania promocyjne  i ukazały recenzje prasowe. Nakład drugiego wydania zwiększono dwukrotnie.
24 Wyliczenia Wandy Szolginiowej.
25 W.Szolginia, Tamten Lwów. T. 1, op. cit., s. 130.
26 W tekście metryczki wydawniczej „nic nie odpowiadało  prawdzie”. „Swoiste, rozbrajająco naiwne <utajnienie> tego nielegalnego wydawnictwa” było dziełem Markowskiego, który „aż trzykrotnie przenosił się w konspiracyjnych warunkach z drukarni do drukarni w różnych miastach Górnego Śląska, czyniąc to zwykle późną nocą”; na ostatnim etapie druk odbył się w Tarnowskich Górach. W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 92-93.
27 „Biuletyn Koła Lwowian” nie odnotował publikacji krajowej tomiku Tola z Łyczakowa.
28 Rok później Markowski wydał własnym sumptem  „Kwiaty lwowskie” W. Szolgini – wzorowany na „Kwiatach polskich” Juliana Tuwima zbiorek wierszy pisanych polszczyzną literacką (m.in. poświęcony bałakowi 15-zwrotkowy wiersz „O, mowo nasza…”); tym razem tomik został powielony techniką kserograficzną. „Książeczka ta, w związku z ówczesnym niejakim złagodzeniem politycznych i społecznych warunków w Polsce, została już częściowo <odtajniona>”; autor wprawdzie wystąpił na stronie tytułowej pod pseudonimem Tolu z Łyczakowa, ale na jej odwrocie pojawiło się już jego imię i nazwisko wraz z adnotacją „Wydano 100 egz. na prawach rękopisu w listopadzie 1987 r. Opracowanie graficzne autora”; W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 94. Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami druki tego rodzaju nie podlegały cenzurze. Także inne leopolitana były na tej samej zasadzie powielane prywatnie przez autorów.
29 Obie pozycje wyszły w serii bezdebitowej „Biblioteki Lwowskiej”, której autorką była Danuta B. Łomaczewska (1928-2009) występująca pod pseudonimem Jerzy Wereszyca. 
30 Tolu z Łyczakowa [W. Szolginia], Krajubrazy syrdeczny, Wrocław 1995, s. 7. Poprawki w tekstach dotyczyły głównie zapisów słownictwa bałakowego.   
31 M.in. już w pierwszym tomie przytoczył historię powstawania  swych wierszy i umieścił kilkanaście utworów z cyklu „Krajubrazy syrdeczny”.; innymi ilustrował kolejne tomy. Odrębny rozdzialik poświęcił bałakowi (W. Szolginia, Tamten Lwów. T. 4 My, lwowianie, Wrocław 1993, s. 51-85), publikując tam wiersz o „mowie rudzinnej” (wraz ze stosownymi rysunkami), i mniej tasiemcowy  o „mowie naszej”. „Lwowski bałak kocham, wiele z niego do dziś pamiętam, czasem nim jeszcze mówię” – pisał (ibidem, s. 80).  
32 Około „Lwowskiej Fali” [w:] Tamten Lwów. T. 6, op. cit., s. 97-151.
33 W. Szolginia, Na Wesołej Lwowskiej Fali, Warszawa 1991.
34 Na przykład znany częstochowski zespół Makabunda od kilku lat z powodzeniem wykonuje piosenkę o tym samym tytule, by wykorzystując fragmenty wiersza Szolgini o lwowskim bałaku wyjaśnić znaczenie tej nazwy (makabunda = lwowski batiar).
35 Żeby autorowi z kraju nie zaszkodzić, decyzji tej nie ogłoszono publicznie. Szolginia podczas rozmowy z funkcjonariuszem SB twierdził, że odznakę (za „Dom pod żelaznym lwem”) otrzymał pocztą, jednak  na podstawie podsłuchu  telefonicznego jego rozmów i analizy akt paszportowych Jerzego Janickiego stwierdzono, że to właśnie Janicki kontaktował się ze Stanisławem Kwiecińskim i przywiózł z Londynu odznakę Koła Lwowian dla Szolgini przyznaną za wiersze o tematyce lwowskiej.


Autor: Andrzej W. Kaczorowski, członek Stowarzyszenia "Res Carpathica"

Sentymentalna opowieść Jacka Gutowskiego o rodzinnym pobycie w Czarnohorze i o poszukiwaniu śladów bohaterów Vincenza - polskiego Homera Huculszczyzny. Rzecz działa się w 2002 roku, zapewne mogłaby i dziś, choć co rok ubywa pamięci i dawnych obyczajów... 


W drewnianej chacie Hanusi i Wasyla Łucjuków wita nas zapach pieczonego w domowym piecu świeżego chleba. Wraz z moją rodziną oraz rodziną zaprzyjaźnionych Ukraińców ze Lwowa spędzimy w Krzyworówni, położonej w sercu Huculszczyzny, dwa wakacyjne tygodnie. Gospodarze na czas naszego pobytu przenoszą się na poddasze, a my zajmujemy cały dół: dwie izby sypialne oraz obszerną sień-jadalnię z werandą. 

„Całość chaty nie tonie bezbronnie w otoczeniu zieleni czy bieli zimowej i nie gubi się w podmurowaniu. Odcina się od terenu jak odrębne ciało, co więcej, zamyka się zakutana, nawet opancerzona. Szczególnie dawne chaty zawierały się zawzięcie niby twierdze, czasem nie byle jakim obwarowaniem. (...) ukazują się zdziwionemu wędrowcowi obwarowane i zawarte szczelnie zameczki drewniane. Nieraz podobne kapliczkom o powyginanych uroczo kopułkach, daszek do daszku nachylony przyjaźnie, półpiętrowe – przyziemne gniazda-zacisza, a cacka budowlane. Bywają grażdy obszerne i malutkie, w szczegółach styl ich nieco samowolny, każda nieco inna, ale zasada ta sama, że po obu stronach chaty otacza je tabor zabudowań gospodarczych z dachami niższymi od chat a spadającymi na zewnątrz. Tu i tam, gdzie tylko zdołają się wepchnąć, tulą się do nasady chaty, a wybiegają poza nią. A ona, niby opierając się na nich bokiem dachu, bierze je pod skrzydła i tuli do siebie.”

Dzisiejsze domy huculskie, w tym chata Łucjuków, to proste drewniane chaty o spadzistych dachach, kryte blachą, przypominające nieco chaty w stylu zakopiańskim. Wyróżnia je tradycyjny wystrój wnętrza – wyszywane w charakterystyczne wzory makatki i liżnyki na ścianach ze świerkowych desek, obok nich ikony i stare portrety przodków rodu w barwnych strojach huculskich, tych samych, które do dzisiaj wiszą w szafach, przechowane z dziada-pradziada na odświętne okazje. Któregoś dnia przebierzemy się w nie wszyscy, aby wykonać pamiątkowe zdjęcia. Nasz zachwyt wzbudzi szczególnie kobiecy naszyjnik, wykonany ze srebrnych monet z czasów Marii Teresy i późniejszych, polskich monet z czasów międzywojennych, który w swoisty sposób wyraża historię tej ziemi. Chata otoczona jest ogrodem i łąkami, na których pasie się półdziko marżyna – konie, świnie, owce i głównie krowy, które same zbierają się na udój o określonej porze. Okoliczne chaty, rozmieszczone na stromym stoku, zamieszkuje klan Zelenczuków, z rodu których pochodzi Hanusja. A w dolinie, dwieście metrów poniżej, szumi Czeremosz. Ten szum i dzwonki pasącej się i wędrującej swobodnie po wsi marżyny, to jedyny dźwięk jaki nam towarzyszy, gdy milknie gwar rozmów, a cień ramienia Ihreca powoli przesuwa się ku górze po zboczu Synyci. Jedynie on zwycięża majestatyczną ciszę odbijającą się od gór.

„Nieraz z daleka już się witają, wołają z pełnej piersi, aż lasy odhukują:
– Zdrowiście, Wasylku luby? Sława Isu!
Odpowiedź równie gromka:
– Na wieki Bohu sława i wam Dmytryku!
– Zbliżają się, ściskają dłonie, potrząsają rękami, starzy ludzie po dawnemu całują się wzajemnie w ręce. 
– Boże pomahaj w drodze! 
– Daj Boże i wam! 
– Czy dużi? (Czyście mocni?)
– Dobrze, jak wy?
– Jak się wam trwa? Jakeście dniowali? Jak spali?
– Myròm. (W spokoju).
– A rodzina?
– Myròm.
– A ojcowie?
– Myròm.
– Żonka-gazdyńka, dziateczki?
– Myròm.
– A co słychać w dolinach, pobratymie słodki ta godny?
– Dobrze tymczasem, Bóg świąteńki cierpi nas, łaskaw jakoś.
– A co na wierchach?
(...) Siadają, kurzą fajki, coraz bardziej zbliża ich rozmowa. (...) Po tych powitaniach niezbędnych zaczynają sobie opowiadać gazdowie nieco dokładniej, co słychać we wsi, a co na świecie. Ciekawy to i cudowny sposób (przez obcych wędrowców zwany huculskim telefonem), którym po górach rozszerzają się wieści i docierają do najdalszych zakątków.”

Nazajutrz wczesnym rankiem budzi nas rześki kobiecy głos. Dobryj deń, ja ciocia Wasyla, a de Hanusja? Nawet moja znajomość ukraińskiego pozwala rozpoznać huculski dialekt. Wiele w nim, jak i u polskich górali, słów zapożyczonych z języków nizin okalających Karpaty: polskiego, słowackiego, rumuńskiego, węgierskiego. Akcent, jak w polskim, pada wcześniej, na drugą, charakterystycznie przeciąganą sylabę, a nie jak w ukraińskim na ostatnią (np. huculskie Zelénczuk zamiast ukraińskiego Zełenczúk). Także ostatnie słowo frazy jest melodyjnie rozciągane. Potakiwanie wyraża się węgierskim („zakarpackim”) ijooo.

Ciocia gospodarza przybyła pomóc zapracowanej Hanusi w przygotowywaniu posiłków dla nas. Jej i Hanusi specjalność to tradycyjne huculskie potrawy: banysz, pidbitok, bryndza, budz, kulesza, wareniki z afinami albo z cebulą i ziemniakami („z cebuleju ta kartofleju”), różnie przyrządzane grzyby, jarzynowe i grzybowe zupy oraz wywary z lokalnych ziół jako napoje. Przybyła niewzywana przez nikogo z odległej o 15 km Werchowyny, coraz częściej po staremu nazywanej Żabiem (hucul. Ziébie).

 Ludzie mówili, że u Hanusi goście, tak ja ne snidała i pryszła.

Przypominam sobie fragment z powieści Vincenza o dorocznej podróży duszpasterskiej proboszcza Krzyworówni do leżącego w głębi Czarnohory Bystreca. Nim ksiądz przebył połowę z górą dwudziestokilometrowej drogi – w Bystrecu, przy kapliczce, ludzie czekali zebrani na nabożeństwo.... Wkrótce, dzięki „huculskiemu telefonowi”, stajemy się ogólnie znani i rozpoznawani nawet w odległych, porozrzucanych prisiłkach i osedkach, do których wędrujemy przez niekończące się strome łąki, poprzegradzane woriniami, tradycyjnymi ogrodzeniami, wykonanymi ze smrekowych drągów. Po wstępnym, obowiązkowym powitaniu: - Sława Isusu!,  – Sława na wiki Bohu! - zawsze jest czas na niespieszną, serdeczną rozmowę. 

„Ten i ów gazda był na chramie w Jasieniu węgierskim albo na jarmarkach w Kosowie, w Syhocie na Węgrzech, a drugi aż w Stanisławowie i to nie raz. (...) Ale znów dużo takich było dawniej i dziś się zdarzy niejeden, co ani razu nie byli nawet w Kosowie. Jak to się mówi: od urodzenia nie bywali w mieście żadnym, ani nikt z ich rodu. O mieście tylko tyle słyszeli, że tam śmierdzi, aż dusi, nie ma wody, nic nie widać, że ciasno i strasznie. Stąd też domy nastawiane jeden drugiemu na głowie i tak też biedacy ludzie latami mieszkają, jeden drugiemu na głowie się tłoczą. Zdarzy się jednak, że taki „niechożały” (nieuchodzony) gazda musi się wybrać gdzieś daleko do miasta, czy do Kosowa, czy do samej Kołomyi. Wtedy jest źle. Gazda, podobnie jak jego nieuchodzony koń, co latami pustuje na pastwiskach, stracha się łatwo, traci wiele czasu, gubi różne rzeczy. Na dolskich gościńcach fury śpieszą się okropnie, nie wiadomo po co. Woźnica wrzeszczy i grozi z daleka, a tu gazda zagapi się i już fura najedzie nań, zrani konia, trąci człowieka. I jeszcze ten woźnica dolski, paskudne człowieczysko, najmniejszej grzeczności nieświadom, widać że z pustego rodu, nawymyśla tak, że w górach za takie głowę by zrąbali. A ten jakoś nic, jedzie sobie dalej. Marny naród. Do miasta przychodzi gazda albo zbyt rano o świcie i tam wyczekuje cierpliwie przed urzędem do południa, albo choć i w biały dzień przyjdzie, ale dla nich czegoś za późno, czekajże teraz przez noc. Tam u nich swój czas. (...) Ale niech tutaj w góry przylezą te łaty miastowe! Tam gdzie byle mizerny chłopczyna w godzinkę pobiegnie po ser czy masło i wróci, ot tak rzec, parę kroków do stai na tej połoninie, którą stąd widać, powiadają, że to wycieczka. Jeden dzień śpią przedtem, a dwa dni potem. Idą jak barany za procesją pogrzebową, odpoczywają jak cyganie po sławetnej pracy cygańskiej. Potem tłumaczą, że to niezdrowo tak zanadto prędziutko latać po górach. Za to zdrowo żyć w mieście. Inny jest ten czas górski, nie może się zgodzić z obcym czasem.”

 

Rodzina Marii i Jacka Gutowskich w Krzyworówni (2002)

Jakże chciałbym, aby był z nami tutaj mój nieżyjący już ojciec, który zaraził mnie miłością do prozy Vincenza i do Hucułów. W pogórskiej podtarnowskiej wiosce, w której zamieszkał, uciekając w latach osiemdziesiątych z miasta na swą emeryturę – okoliczne góry mianował nazwami z Czarnohory: Baba Lodowa    Eudokia, Pop Iwan, Szpyci, a charakterystyczne postacie swych sąsiadów określał imionami bohaterów „Prawdy starowieku” i „Zwady”. W czasach, w których żył, mogliśmy jedynie z rozrzewnieniem spoglądać z Halicza na wschód w kierunku Pikuja i daleko majaczących Gorganów. Dopiero w późnych latach osiemdziesiątych okowy sowieckiej izolacji wschodnich Karpat nieco zelżały. W Czarnohorę ruszyły pierwsze od 1939 roku wyprawy polskich turystów, a dziś wędrowcy z Polski dominują na jej odludnych szlakach, o czym przekonujemy się podczas wyprawy na Popa Iwana. W Krzyworówni, gdzie stał dwór dziedzica Przybyłowskiego, dziadka Stanisława Vincenza, jesteśmy jednak jedynymi przybyszami, jacy zatrzymali się na dłużej.

„Schodząc ze schodów witał ich pan Krzyworówni, wyprostwany i wysmukły, choć siwy już, ziemianin polski, o niebieskich oczach, o łagodnej, ściągłej, nieco schorowanej twarzy. Zrównoważony, lecz smętny też, a małomówny – pierwszy gazda górski. Za nim na półpiętrowym, dość wysokim ganku stała w tłoku rodzina skupiona, lecz w oddaleniu należnym, wokół obszernego fotela, na którym siedziała sędziwa dama, matka dziedzica, zwana przez wnuki Bunia. Słońce już zaszło dawno, lecz fioletowa jej suknia słoneczniła się i promieniowała, jak gdyby cała jej duma rodowa skupiła się w tej sukni. Nikt nie odzywał się , nikt nie śmiał odezwać się dopóki go Bunia nie zagadnęła, i nikt nie ruszył się bez jej zachęty. Dopiero gdy dziedzic zeszedł na dół, zerwała się zaraz najstarsza jego córka, ulubiona przez Bunię, i zeszła za ojcem. Dyscyplina naruszyła się do tego stopnia, że wszystko, co żyło, żona dziedzica, krewni, dzieci dorosłe i małe, domownicy, a także psy, wysypało się bezładnie w dół ku gościom z połoniny. Witano się gwarnie i długo, i powszechnie. Wyłączono jednak przezornie od powitania rzekomo oswojonego młodego niedźwiedzia, zwanego Brus, i najzupełniej oswojonego, ale tylko w stosunkach z ludźmi, nie ze zwierzętami, rysia zwanego Smyk. Jeszcze zanim otwarto bramy, zamknięto je pośpiesznie do furdygi, to jest do aresztu z kamiennych głazów, który znajdował się w dolnym sadzie. Ten nieco ponury pomnik surowych czasów, jeszcze przed stu laty przeznaczony dla dzikich napastników, teraz miewał tylko chwilowe zastosowanie dla takich domowników jak Brus i Smyk. Ponownie otwarto na oścież bramę do ogrodu, w tym jednym dniu trzody połonińskie miały dostęp wszędzie. Witano je jeszcze dłużej niż ludzi. Krowy, grymaśne jak zazwyczaj , poszły od razu do młynówki, pewne, że i tak o nich zapomną. Brodziły po wodzie, popijały ją, a tymczasem chłopaki i dziewuchy ze służby dworskiej uganiali za nimi na bosaka po wodzie. Dźwigając koszyki i koryta pełne jabłek, ugaszczali krowy i cielęta. Konie i źrebięta wtargnęły hurmą przed ganek. Zwęszył je czy dosłyszał ogier ze stajni i witał donośnym rżeniem. Wówczas rżenie końskie przebrzmiało przez wszystkie podwórza i ogrody. W odpowiedzi osamotnieni Brus i smyk odpowiadali przeraźliwymi głosami. Tymczasem przed gankiem za porządkiem karmiono konie cukrem, po czym dzieci wsuwały się między konie, które już skubały sobie świeżą otawę z trawników. Zwabione hałasem pawie zbiegły się z ogrodu i posiadały na poręczach ganku. W końcu wraz z gołębiami przyleciał wcale dorodny ptak, nazywany skromnie Ptaszkiem. Był to orzeł czarnohorski, od małego chowany z kurami i gołębiami.”

Próżno szukając śladów dworu dojeżdżamy do skrzyżowania dróg, gdzie odgałęzia się - karkołomna jeszcze przed wojną - droga na przełęcz Bukowiec. Droga w dół doliny Czeremoszu wiedzie do Uścieryk, gdzie Rzeka Czarna łączy swe wody z Białą, niegdyś stanowiącą granicę polsko-rumuńską. Pytamy o dwór sprzedawczynię w stojącym u zbiegu dróg spożywczym kiosku. Wskazuje ubranego w dawno zużytą marynarkę stojącego opodal starszego człowieka. Starszy  u Hucułów znaczy ponadosiemdziesięcioletni. Staruszek liczy sobie w rzeczy samej ponad dziewięćdziesiątkę, słabo słyszy, ale dwór pamięta świetnie.

 Wróćcie jakiś kilometr w górę doliny, gdzie stoi wzdłuż drogi trzynaście sosen. To jedyna pozostałość ogrodu. Teren dworski rozparcelowano i zabudowano domami – informuje z wyraźną nostalgią w głosie. Wszystko przemija, i my także, i nasz czas – dodaje z zagadkowym uśmiechem. Jak Wasze nazwisko? – pyta Igor, mój ukraiński przyjaciel ze Lwowa. Starzec z trudem wraca myślą ze świata wspomnień i mimo, że rozmowa toczy się po ukraińsku, odpowiada z wyraźnie polskim akcentem: Przybyłowski. A więc napotkaliśmy potomka dziedzica z Krzyworówni! Spoglądamy w górę doliny Waratynu. Pytam po polsku o kuźnię i kowala Sawickiego. Zgodnie z oczekiwaniem nazwisko Sawicki nic mu nie mówi. Wszak jedyny potomek kowala Piotruś Sawicki – panicz Ryś, opisany przez Vinzenza, zginął bezpotomnie w końcu XIX wieku. Ale kuźnia istniała jeszcze niedawno. Ot tam, nad potokiem – wskazuje. 

„W tym miejscu, gdzie stroma i kręta droga, idąca wśród głazów i berd wąwozem Waratynu, z przełęczy Bukowca schodzi na równię , stoi z lewej strony wysoko wśród głazów kapliczka z wyrzeźbionym świętym, błogosławiącym z góry przechodniów, poniżej zaś po prawej stronie drogi, olbrzymi głaz wielkości leśnej koliby, zwany „żydowskim kamieniem”. Nazwa pochodzi stąd, że stoczył się on przed wielu laty, podobno nakrywając wraz z konikiem i małym wózkiem młodego Żyda, nabożnego biedaka i wędrowca z bractwa chasydów, gdy wracał w stronę Kosowa. Jeszcze teraz po lewej stronie drogi wiele podobnych głazów sterczy wysoko, czyhając, zda się , na przechodnia. Miejsce puste i urocze. Tam właśnie znajdowała się stroma ścieżka, zdążająca od Bukowca ku domostwu Foki, od razu pnąca się w górę. Grażda Foki stanowiła (...) kompleks chat i budynków zawikłany dziwacznie, ale organicznie, i połączonych ze sobą za pomocą korytarzy krytych i krętych lub otwartych galeryjek w kształcie podłużnych altan. Pierwotnie zamknięte obejście grażdy zostało przez to rozsadzone. Zamknięty, ciemny ganek łączył starą grażdę z nową chatą w skos w tyle położoną, do której przybudowane były nowsze budynki gospodarcze. Z tyłu zaś były nowe i duże stajnie i obory, połączone gankiem otwartym z jeszcze jedną chatą, jasną i nową, zaopatrzoną w dość duże okna. W niej mieszkali po latach przybrani synowie Foki.”

Nasz samochód mija resztki „żydowskiego kamienia”, rozsadzonego podczas poszerzania drogi i bez trudu pokonuje serpentyny wiodące na Bukowiec. Z przełęczy ruszamy pieszo, grzbietem  na wschód. Gdzieś tutaj musiała stać szumejowa grażda. Nazwisko Szumej nie mówi nic napotkanym w drodze ludziom, taszczącym na plecach worki z zakupami, ale Foka tak – to jedno z najpopularniejszych nazwisk we wsi Jasienów (Jasienowo), czyżby nadane jego przybranym synom? Poza muzealnym obiektem na Zarzeczu jedyną w okolicy zamieszkałą grażdę znajdujemy już tylko, po długim błądzeniu w lesie, u szczytu Ihreca. Zamieszkuje ją od czasu wybudowania w 1925 roku rodzina Potjaków. Chętnie udzielają nam schronienia w chacie przed padającym deszczem. Jak inni Huculi żyją ubogo z hodowli krów i owiec, wyrębu lasu. Miesięczny dochód netto na osobę pracującą rzadko przekracza tutaj 150 hrywien (ok. 25 USD). Podczas wieczornych rozmów Wasyl Łucjuk opowiada o tragicznych i ciężkich czasach ostatniego półwiecza. W przeciwieństwie do mieszkańców wielu regionów Ukrainy, nie odnajdujemy u Hucułów śladów nostalgii za radianskimi czasami i kołchoźlaną stabilizacją. Na ruinach spalonej w czasie wojny cerkwi w Żabiem, huculskiej stolicy, zbudowano stojący do dzisiaj budynek obwodowego komitetu partii (rajkomu). „Wyzwoliciele” spalili także istniejący w Krzyworówni przed 1939 rokiem budynek ukraińskiej organizacji oświatowej Proswita. Gazdom odebrano ziemię, połoniny i założono kołchozy. Najdłużej ponoć nie chcieli wyrzec się swej własności mieszkańcy Kosmacza, tego samego w którym zginął Dobosz, legendarny huculski opryszek. Najbardziej opornych wobec nowego systemu wywożono do łagrów... Wielu nie wróciło już nigdy, jak Petro Szekieryk-Donykiw, huculski działacz społeczny i kulturalny, poseł na Sejm RP, który w jego obradach uczestniczył w huculskim stroju. Te zabarwione ludzkim cierpieniem historie zawsze będą przychodzić mi na myśl podczas czytania fragmentu „Barwinkowego wianka” poświęconego Syrojidom, podludzkim, złym istotom z huculskiej mitologii i ich ojczyźnie – krajowi niewoli.

Pomimo formalnego istnienia spółdzielni we wsi faktycznie respektowano istniejące w ludzkiej pamięci dawne granice łąk i lasów, toteż po 1990 roku, już w niepodległej Ukrainie, nietrudno było je odtworzyć. Nie myślcie że myśmy tę ziemię zabrali dziedzicom Przybyłowskim – mówi z nieskrywaną dumą Wasyl o gospodarstwach klanu Zelenczuków – nasi przodkowie kupili ją od nich uczciwie, jeszcze za Polszczy. Zrujnowanego przez wkraczające w 1939 r oddziały sowieckie kościółka katolickiego w Żabiem nie odbudowano do dzisiaj. Tych, którzy wystarczająco energicznie poczuwali się do polskich korzeni i uniknęli wcześniejszej eksterminacji, przesiedlono na teren województwa opolskiego i wrocławskiego. Wielu mieszkańców okolicznych wiosek ma tam swych krewnych do dzisiaj, o czym świadczą numery rejestracyjne samochodów odwiedzających Krzyworównię – ojciec Wasyla mieszka we Wrocławiu. Po wojnie wybudowano we wsi nową szkołę, dom ludowy i gminną banię, rosyjską odmianę sauny. Założono także muzeum Iwana Franko – w chacie, w której przebywał ukraiński wieszcz. Stanisław Vincenz znał i cenił poetę, a nawet postawił jego popiersie przy swym dworku w Słobodzie Rungurskiej. Jak czytam we wstępie ukraińskiego tłumaczenia pierwszego tomu „Na wysokiej połoninie”, wydanego w 1997 r: „po tragicznym wrześniu 1939 r. Vincenz, wraz z synem Andrzejem, trafił wraz z 6000 więźniów do więzienia w Stanisławowie”. Został stamtąd zwolniony wskutek interwencji stowarzyszenia ukraińskich literatów po kilku miesiącach, po czym zamieszkał w swym letnim domku w ukochanym Bystrecu. Na krótko – po kilku miesiącach, potajemnie, wraz z żoną przekradł się przez Czarnohorę na węgierską stronę, prowadzony przez wiernego huculskiego przyjaciela Biłohołowego, i nigdy już do swej umiłowanej ojczyzny nie wrócił... Ciocia Wasyla doskonale pamięta tamten dzień i pusty rankiem, otwarty dom. Jako młoda wówczas dziewczyna pracowała u Vincenzów w roli służącej. – W domu panowała równość. Wszyscy siadaliśmy razem do stołu przy posiłkach, a pani Irena Vincenz własnoręcznie zaplatała mi warkocze. Po wkroczeniu wojsk niemieckich i węgierskich pani przyjechała na krótko – zapewne zabrać jakieś rzeczy. Chciała wtedy zabrać mnie ze sobą, ale mój ojciec się na to nie zgodził...  Często słyszymy od naszych rozmówców: O Vincenzie nikt tutaj nie powie złego słowa! To wiele znaczy, po latach antypolskiej indoktrynacji...

Za niepodległej Ukrainy w muzeum Iwana Franko, gdzie często zatrzymują się przybywający tu turyści, otworzono pokój poświęcony Vincenzowi, którego sowiecka propaganda nie tak dawno skazała na niebyt. Przetrwał w ludzkiej pamięci. Szkołę niedawno wyremontowano, podobnie jak dom ludowy. Wraz z muzeum, urzędem pocztowym, przystankiem autobusowym i kilkoma sklepami stanowią senne centrum wsi. Tylko gminna bania już nie działa, „uległa decentralizacji”. Zamiast gminnej, ambicją wielu gospodarzy jest uruchomienie małej, własnej, przy chacie w ogródku.

„Lasy stare, pamiętające dawną swobodę, witały radosnymi okrzykami te pieśni, których nie słyszały przez cały czas niewoli, przez pół wieku. Wracała kolęda z tamtego świata, pytała w imieniu Ojców:

Cóż tam porabia nasza warstwa sławna?
Czy wiara taka jak starodawna?

Czyli w kościołach modlą się szczerze?
Czyli się kłonią Tajnej Wieczerzy?
Czy dzierżą mocno starowieku wiarę,
Prawdę swobodną, jak ojce stare?

Kolęda znalazła wszystko po staremu. Nie zgasła jeszcze stara prawda. Starzy ludzie witali kolędę ze łzami w oczach. Gdy pod oknami zagrały skrzypki i trembity, gdy zadzwonił dzwoneczek kierownika kolędy, gdy młode głosy huknęły: „Czy śpisz czy czuwasz gospodareczku?” Odpowiadano z chaty gromko: „Prosimy, prosimy panowie kolędniczkowie”. Kolędnicy rzędem stawali pod oknami, podnosząc ogromne topory jak wojownicy starowieku. W chacie zaś dzieci w radosnym przestrachu pchały się do okna, niepewne, czy może gdzieś w tłumie kolędników nie ukryły się janheły skrzydlate, czy z tyłu za trembitarzami, nie kroczy sam święty Mikołaj. Widziały, jak wśród świateł czerwieniły się stroje kolędników, jak błyskały topory w tańcu, jak na śniegu kotłował pląs.”

Jak kiedyś po zakazach austriackich, tak po 1990 roku po sowieckich, wróciła na Huculszczyznę tradycja zbiorowego kolędowania z muzyką, tańcami i śpiewem. Wasyl należy do najbardziej entuzjastycznych organizatorów grupy ponad stu kolędników, których widzimy na zdjęciu obok krzyworówniańskiej cerkwi.  Wiele się tutaj zmieniło – opowiada stary Zelenczuk, emerytowany cieśla, ojciec Hanusi  tylko 300-letnia cerkiew w Krzyworówni stoi na swoim miejscu. A drewno w niej bez uszczerbku –  dodaje fachowo. Nawet ta sama plebania, w której mieszkał stary ksiądz Buraczyński istnieje do dzisiaj. U nas nie było żadnych konfliktów na tle religijnym – dodaje Wasyl, porównując Huculszczyznę z innymi rejonami Ukrainy, gdzie często dochodzi do sporów pomiędzy grekokatolikami i wiernymi różnych odłamów prawosławia. Po likwidacji cerkwi greko-katolickiej (unickiej) przez władze sowieckie naszą cerkiew przekształcono w prawosławną i dziś taką pozostała. Jako parafianie podlegamy ukraińskiemu patriarchatowi w Kijowie. 

Kolędnicy przy cerkwi w Krzyworówni, lata 1990-te. Zdjęcie ofiarowane autorowi przez Wasyla Zelenczuka.

Mimo to na ścianie cerkwi widnieje pamiątkowa tablica poświęcona unickiemu metropolicie Lwowa Szeptyckiemu i jego słynnemu listowi apostolskiemu „Do moich braci Hucułów”. Na Huculszczyźnie prawie wszystkie parafie należą do prawosławnego patriarchatu kijowskiego lub ponownie stały się greckokatolickie. Tylko nieliczni zamieszkali w Werchowynie Moskale  jak Huculi nieodmiennie określają potomków Rosjan przybyłych po 1939 roku, aby budować zręby sowieckiej administracji  założyli tam cerkiew prawosławną patriarchatu moskiewskiego. Dzisiejszy proboszcz Krzyworówni, Iwan Rybaruk, osobiście pojechał wraz z grupą prawosławnych i unickich Hucułów do Kijowa przywitać Papieża. W wydawanym w Żabiem Kalendarzu Huculskim widnieje zdjęcie wykonane w czasie udzielania mu osobistego błogosławieństwa przez Iwana Pawła II.

„(...) wiele lat temu garstka gazdów huculskich, ze sławnym Foką Szumejowym i rzeźbiarzem Markiem Mehedennym na czele, pojechała pod opieką księdza metropolity lwowskiego do Rzymu. W delegacji do papy-rymskiego, do samego Ojca świętego! Powiadają niektórzy, że tam, a nie gdzie indziej jest pępek ziemi. Przekazują też i dużo o tym gadają, że bardzo by dobrze tamtędy jechać na umieranie, bo bliżej nieba. Nie wiadomo jak z tym naprawdę, ale oni nie po to jechali. Pojechał też z nimi Andrijko. (...) Ku przerażeniu wszystkich Andrijko zerwał się i był już u kolan Ojca świętego. W dole nad błyszczącą podłogą błyszczała potężna łysina Andrijkowa okolona długimi włosami, które odbijały się od jaskrawej czerwieni serdaka i jakoś zanadto się rozwichrzyły. A na podniesieniu papieskim wznosiła się sucha wyrzeźbiona czaszka starca, z ostrym nosem i włosami białymi jak mleko. Rozczulony Andrijko oglądając z bliska tamtą piękną głowę, lubując się jej widokiem, odezwał się wprost do papieża. Zadudnił połonińskim głosem: Dziadeczku luby! Panotczyku święty! Znasz ludzki język czy nie? Bo gdybyś znał, sieroto, to bym ci zaraz opowiedział Dziwa to i najtajniejsze. Rozsadza mnie bratczyku, nagwarzyć się z tobą . Może by o zagadkach, co świat przewrócą? A może o schodach niebiesnych? Dla kogóż to chowałem?”

Papa Rymskij – Polak, rozumiejący doskonale ich ojczystą mowę, jest dla Hucułów niekwestionowanym autorytetem. Jadąc na Huculszczyznę z katolickiej Polski nie sądziłem, że spotkam tam ludzi, którzy zadziwią mnie swą wiarą w Chrystusa, wyrażaną tak głęboko swym życiem, nie tylko w codziennym powitaniu. Tutaj nikt nie może czuć się sam, pomimo oddalenia swojej chaty, odległej od sąsiadów o kilometry stromych ścieżek. Na hali pod szczytem Synyci spotykamy samotną chatkę, zamieszkałą przez osiemdziesięcioletnią, pogodną, jak wszyscy chyba Huculi, staruszkę.  Ja już nie schodzę na dół  ludzie odbierają mi rentę i robią potrzebne zakupy. My wszyscy tu sobie pomagamy, bo inaczej każdy sam zginąłby tu w górach – opowiada o pomocy swych sąsiadów. Iwan Rozwadowski, sąsiad Łucjuków, wiezie nas swym półciężarowym, kilkunastoletnim mercedesem na wycieczkę do Dzembroni, eksponowaną, wyboistą, niekończącą się drogą w górę doliny huczącego i pieniącego się obok Czeremoszu. Bez wahania zatrzymuje samochód widząc innego kierowcę, pochylonego pod klapą zdezelowanego moskwicza: Brateńku lubyj, czy to coś poważnego, czy mogę coś pomóc? Po chwili razem uzupełniają płyn w chłodnicy wodą nabraną z rzeki. Zwracają się do siebie jak przed wiekami! Nie wyobrażam sobie takiej bezinteresownej pomocy we Lwowie – stwierdza z zachwytem Igor. Vincenz opisuje huculską wiarę w istnienie Rachmanów  dobrotliwych, pogodnych, życzliwych i łagodnych ludzi zamieszkałych w wysokich górach daleko, na wschodzie. Rachmanny – znaczy tutaj łagodny, dobry, miłosierny, uosabiający te cechy. Na Huculszczyźnie obchodzono pięć tygodni po Wielkim Tygodniu tzw. rachmańską wielkanoc. Przykładano wtedy ucho do ziemi słuchając, jak Rachmani  daleko, w swym kraju, biją radośnie w dzwony po spożyciu świątecznych jajek, jakie skleiły się same ze skorupek poświęconych i wrzuconych do Rzeki przez Hucułów w Wielką Sobotę i zaniesionych przez wodę do ich kraju. Podobno tradycja o Rachmanach wzięła się ze staroruskiego latopisu Nestora, relacjonującego wrażenia greckich (bizantyjskich) podróżników o Brachmanach zamieszkujących Tybet. Vincenz dopuszcza także wpływ hebrajskich przekazów chasydów, licznie kiedyś zamieszkujących te rejony, a nawet wpływ islamu. W drodze powrotnej, czekając w pięciogodzinnej kolejce na granicy ukraińsko-polskiej, przeglądam papieską encyklikę Dives in misericordia. Wszak polskie placówki na przejściu granicznym przybrane są w biało-żółte flagi z racji odbywanej właśnie pielgrzymki Ojca Św., poświęconej Bożemu Miłosierdziu. Wpadają mi w oczy zdania, których sens mocno spaja moje refleksje: „Drugie z wyrażeń, które w słownictwie Starego Testamentu służy dla określenia miłosierdzia to rahamim.(...)w swym źródłosłowie wskazuje na miłość matczyną (rehem=łono matczyne). (...) rodzi całą skalę uczuć, a wśród nich dobroć i tkliwość, cierpliwość i wyrozumiałość, czyli gotowość przebaczania”.

Wracam myślą do rozmów z Wasylem o trudnym dniu dzisiejszym Huculszczyzny i całej Ukrainy, o niepewnej przyszłości. Wraz z Igorem jesteśmy pewni, że ta kraina, tak gościnna i atrakcyjna przyrodniczo i kulturowo może, podobnie jak w czasach drugiej Rzeczypospolitej, stać się ponownie Mekką polskich i, szerzej, zagranicznych turystów i letników. Wasyl wraz z Igorem, z uznaniem i pewną dozą zazdrości patrzą na rozmach reform społeczno-gospodarczych, jakie zmieniły obraz zachodniego sąsiada ich ojczyzny. Nam trzeba ukraińskiego Balcerowicza – nieodmiennie konkludują nasze dyskusje. To, czy wasz rejon będzie w przyszłości licznie odwiedzany przez zagranicznych letników, zależy tak od stabilności Ukrainy, jak i od samych Hucułów  odpowiadam. Rozwój agroturystyki jest hamowany przez kiepskie warunki sanitarne  nawet w bogatszych huculskich chatach. Korzystając z wychodka  sławojki, jaką zasłynął ponad 70 lat temu ówczesny minister oświecenia publicznego i wyznań religijnych, rozpościerającej wówczas nad Czeremoszem swą jurysdykcję drugiej Rzeczypospolitej, doceniam ogrom dokonań polskich samorządów gminnych, które budując w ciągu ostatnich 10 lat tysiące kilometrów wodociągów i kanalizacji, nadrobiły szybko dziesięciolecia zaniedbań w tym zakresie.  W tym kraju nie myślano o sprawach bytowych nawet w takim stopniu jak w PRL  mówi Igor. Wasza władza ludowa dopuszczała, mimo wszystko, porównania z zachodnimi statystykami liczby samochodów przypadających na rodzinę, chociaż stosunkowo słabo w nich wypadaliście. W imperium sowieckim w ogóle takich statystyk nie brano pod uwagę. Po uzyskaniu niezależności przez Ukrainę podano natomiast do wiadomości inną przerażającą statystykę: w ZSRR jeden czołg przypadał na cztery rodziny! Stąd ta głęboka zapaść poziomu życia z której musimy się wydostać! Tak tutaj, jak i na całej Ukrainie. Bez względu na przyczyny – dystans do nadrobienia jest rzeczywiście ogromny. A odpowiedź na pytanie, czy na Huculszczyznę wróci przedwojenna, turystyczna prosperity jest bez wątpienia jednocześnie odpowiedzią na pytanie o poziom życia i przyszłość materialną samych Hucułów. Oby była odpowiedzią pozytywną! Życząc im tego z całego serca wypowiadam do ukraińskiego celnika dwa słowa:  Do pobaczenja! – Wsioho wam dobroho! – odpowiada.


Autor: Jacek Gutowski

Wszystkie cytaty pochodzą z pierwszego tomu tetralogii Stanisława Vincenza „Na wysokiej połoninie” pt. „Prawda starowieku”, wyd. PAX Warszawa 1983.


Wszystkie materiały wizualne i audytywne znajdujące się w bibliotece internetowej Stowarzyszenia "Res Carpathica", tak w całości, jak i w odniesieniu do ich części składowych:  tekstów, zdjęć, filmów i nagrań dźwiękowych - zarówno współczesnych, jak i archiwalnych, są objęte i chronione prawami autorskimi, wobec czego jest zabronione wszelkie wykorzystywanie ich na jakichkolwiek nośnikach bez wskazania źródła oraz uzyskania zgody ich autorów i właścicieli zbiorów.